Styczeń był dla przeciętnego Kowalskiego jednym z dwóch
najgorszych miesięcy od dekady
Osób bez pracy przybywa tak szybko, jak w szczycie kryzysu. Bezrobocie to kula u nogi całej gospodarki.
Koniunktura na rynku pracy się poprawia? Nic bardziej mylnego. Bezrobocie rośnie dokładnie w takim samym tempie jak w szczycie kryzysu, czyli na przełomie 2008 i 2009 r. W styczniu liczba osób bez pracy przebiła barierę dwóch milionów. Perspektywa powrotu silnej koniunktury oddala się.
Byle do wiosny
Wczorajsze dane Głównego Urzędu Statystycznego (GUS) mogą niepokoić. W styczniu 2010 r. grono bezrobotnych powiększyło się o 160 tys. osób. To niemal dokładnie taki sam wynik, jak w styczniu 2009 r., kiedy wśród pracodawców zapanował popłoch i wzrost bezrobocia był najwyższy przynajmniej od 2001 r. Bez zajęcia jest już 12,7 proc. Polaków.
— Rynek pracy nadal jest w kryzysie i w najbliższych miesiącach w nim pozostanie. Gospodarka cały czas przeżywa kłopoty, dlatego firmy zmuszone są zwalniać kolejnych pracowników — mówi Karolina Sędzimir-Domanowska, ekonomistka rynku pracy PKO BP.
W najbliższych miesiącach bezrobocie dalej będzie rosnąć. W styczniu do urzędów pracy zgłosiło się 216 firm, które zadeklarowały, że w najbliższym czasie zwolnią 27,7 tys. osób (w styczniu 2009 r. było to 175 firm i 13,9 tys. osób). Większość ekonomistów spodziewa się, że już w lutym bezrobocie przekroczy 13 proc. Dopiero późna wiosna może przynieść pewną poprawę.
— Wzrostu bezrobocia o 160 tys. osób już nie zobaczymy. Styczeń zawsze jest najgorszym miesiącem, ponieważ wielu pracownikom kończą się umowy czasowe lub prace aktywizujące. Dodatkowo od stycznia wzrósł zasiłek o ponad 100 zł, dlatego część bezrobotnych zwlekało z rejestracją. Nie zmienia to jednak faktu, że na rynku pracy ciągle najgorsze przed nami — mówi Karolina Sędzimir-Domanowska.
Na rozdrożu
Rosnące bezrobocie sprawia, że Polacy trzymają się za kieszeń. Jak podał wczoraj GUS, w styczniu 2010 r. zostawiliśmy w sklepach tylko o 2,5 proc. więcej niż przed rokiem (choć już wtedy konsumpcja weszła w stagnację). Po uwzględnieniu wzrostu cen sprzedaż detaliczna wręcz spadła — o 1,1 proc.
— Dane są rozczarowujące. Przed publikacją prognozowaliśmy wzrost sprzedaży o 5 proc. (przed uwzględnieniem inflacji — red.). Widzimy zagrożenia dla konsumpcji — mówi Maciej Reluga, główny ekonomista BZ WBK.
Część analityków słabe wyniki tłumaczy też tym, że przed robieniem zakupów powstrzymywała nas wyjątkowo mroźna w tym roku zima. Rozbicie sprzedaży na sektory pokazuje, że szczególnie niechętnie podchodzimy do dużych zakupów, np. mebli, sprzętu AGD czy RTV oraz samochodów. Tu sprzedaż w ujęciu rocznym spada.
— Szczególnie ciekawy jest przypadek samochodów. Pod koniec roku sprzedaż wreszcie wyszła na plus, a teraz znowu jest na minusie. Konsumenci mogli stwierdzić, że nie jest jeszcze tak różowo i na jakiś czas opóźniają decyzję o kupnie auta — mówi Tomasz Kaczor, główny ekonomista BGK.
Wyraźnie rosną natomiast obroty w handlu kosmetykami i farmaceutykami. Tu sprzedaż nic nie robi sobie z cyklu koniunkturalnego w kraju. Podskoczyła też sprzedaż paliwa — nawet po uwzględnieniu wzrostu cen na stacjach, wzrost wyniósł 5,9 proc. rok do roku. Dynamika rośnie już czwarty miesiąc z rzędu.
— To pokazuje, że logistyka ma się coraz lepiej, a ona zwykle przewiduje rozwój sytuacji w całej gospodarce. Być może niedługo wreszcie doczekamy się ożywienia — zaznacza Tomasz Kaczor.
Podobnie profetyczną rolę pełnią wskaźniki nastrojów wśród przedsiębiorców. Luty w badaniu GUS przyniósł pewną poprawę, zwłaszcza w przetwórstwie przemysłowym. Co ciekawe, tu również najlepsze wyniki notują firmy farmaceutyczne.
— Ale nadal nastroje w firmach są niezbyt dobre. Gospodarka stoi na rozdrożu: albo przyspieszy, albo wejdzie w stagnację — mówi ekonomista BGK.
Jacek
Kowalczyk