Bielska wełna traci rynek

Witold Nieć
opublikowano: 14-05-1999, 00:00

Bielska wełna traci rynek

Przerost zatrudnienia uderzył w zakłady przetwórcze

BLISKO DNA: Robimy co tylko możliwe, aby uratować nasz zakład, ale w sytuacji gdy załamała się koninktura całej branży trudno stworzyć konkretny program wyjścia z zapaści — mówi Jan Solich dyrektor przędzalni czesankowej Weldro z Bielska-Białej. fot. A. Wawok

Z bielskiej wełny niewiele zostało. Dawne hale fabryczne pozamieniano na pasaże handlowe lub hurtownie. Część stoi pusta, zaś ich obecni właściciele tęsknie wypatrują inwestora. Z dwunastu firm włókienniczych, które powstały po wojnie, z zyskiem pracują tylko dwie — Merilana i Krepol. Kolejne — Bewelana, Kentex, Weldoro i Wega — usiłują jakoś sobie radzić. Reszty już nie ma.

Przed drugą wojną światową w Bielsku i Białej (dwóch oddzielnych wtedy miastach) działało 56 fabryk włókienniczych. Po wojnie połączono je w dwanaście firm. Na początku lat 90. postanowiono „coś zrobić” z wełną. Głośny, opracowany wtedy przez francuskich ekspertów, program ratowania przemysłu włókienniczego na Podbeskidziu zakładał połączenie wszystkich firm w jeden zakład.

— To była fikcja. Od razu było wiadomo, że nic z tego nie wyjdzie. Mówiliśmy jasno od samego początku, ze szansę na przetrwanie mają tylko te firmy, które obronią swoją pozycję, rynki i kontrakty przed drapieżną konkurencją. Jednak wskazywaliśmy, że taka nakazowa konsolidacja jeszcze bardziej pogorszy naszą sytuację. Nikt nas nie słuchał — wspomina Stanisław Noworyta, niegdyś szef Zakładów Przemysłu Wełniarskiego Wega, następnie dyrektor Wydziału Przekształceń Własnościowych Urzędu Wojewódzkiego w Bielsku-Białej.

Zdaniem byłych decydentów bielskiej wełny, program ten miał przede wszystkim pomóc ekspertom z zachodniej Europy w zorientowaniu się, jak dalece jesteśmy dla nich niebezpiecznymi konkurentami. Od chwili opracowania raportu minęły lata. Poza dziesiątkami spotkań, deklaracji i zapewnień bielska wełna nie doczekała się — na razie — radykalnej poprawy sytuacji.

W 1995 roku w stan upadłości postawiono najnowocześniejszy zakład Bewelanę. Rok później po kilkumiesięcznej batalii jej los podzieliła Wega. Upadł też Finex, któremu nie pomogło ani oddanie za długi — miastu — budynków w centrum, ani przeniesienie i skonsolidowanie produkcji w jednym miejscu.

Najbardziej dochodowa

Jaskółką, zwiastująca poprawę sytuacji, miała być firma Expand należąca do rodziny Gajdzińskich. W 1997 roku kupili oni Krepol, rok później również Welux.

— Słyszałem już komentarze, że jesteśmy wyjątkowo dochodową firmą, bo dzierżawimy mnóstwo pomieszczeń. To prawda, ale tylko połowiczna. Przede wszystkim bowiem produkujemy i sprzedajemy — mówi Adam Gajdziński, prezes i właściciel firm Kerpol i Welux.

W ubiegłym roku wywieziono wszystkie maszyny z Weluxu i zwolniono część załogi.

— To było konieczne. Dzięki temu wszystko robimy teraz w jednym miejscu przy znacznie mniejszych kosztach — podkreśla Gajdziński.

W 1997 roku wartość przychodów ze sprzedaży Krepolu wyniosła 37,6 mln złotych, zaś zysk netto — 474 tysiące. Rok wcześniej przychody były prawie o 200 tysięcy złotych niższe, zaś zysk netto wyniósł tylko 56 tysięcy złotych.

— Ubiegły rok nie był zły, natomiast jest jeszcze za wcześnie, byśmy ujawniali jakiekolwiek dane. W najbliższych miesiącach skupimy się na budowaniu sieci dystrybucyjnej i finalizowaniu rozmów z poważnymi niemieckimi partnerami — dodaje Adam Gajdziński.

W niezłej sytuacji znajduje się też Merilana, kupiona przez Universal. Waldemar Morawiec, dyrektor ds. marketingu, również nie chciał ujawnić wyników firmy. Zadeklarował jednak, że nie ma żadnych obaw co do przyszłości spółki.

Ratujmy, co się da

Nie wszyscy zachowują taki optymizm.

— Obrazowo rzecz ujmując, gorzej już być nie może. Pracujemy nad wyjściem z trudnej sytuacji, ale kiedy kłopoty przeżywa cała branża, nie wszystko można przewidzieć — uważa Jan Solich, dyrektor Przędzalni Czesankowej Weldoro z Bielska-Białej.

W Weldoro pod koniec ubiegłego roku musiano zwolnić 120 osób, czyli trzecią część załogi.

Spadek importu na rynki wschodnie i liberalne przepisy celne nie odstraszyły na razie niemieckiego koncernu Dechamps Textils, od 1998 roku właściciela Bewelany. Niemcy, kupiwszy za prawie 1,5 mln marek firmę od Weldoro, kosztem 14 mln złotych modernizują park maszynowy, farbiarnię i wykańczalnię. Na razie przynosi ona straty.

Kto zawinił

Przyczyn obecnych kłopotów przemysłu lekkiego może być kilka. Eksperci Polskiej Izby Przemysłu Tekstylnego twierdzą, że w latach 1991-97 import tekstyliów zwiększył się ponad trzykrotnie do 3,2 mld USD. Oficjalne statystyki to tylko wierzchołek góry lodowej. Inną przyczyną kiepskiej kondycji bielskich firm jest — zdaniem indagowanych dyrektorów firm — przerost zatrudnienia i brak przygotowania spółek do działania w warunkach gospodarki rynkowej.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Witold Nieć

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Świat / Bielska wełna traci rynek