Bije już licznik przed 9 maja

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2022-04-19 20:00

Na froncie napastniczej wojny Rosji z Ukrainą panuje operacyjny zastój, którego elementem jest, niestety, utrwalająca się tragedia ludności cywilnej.

Dane wywiadowcze są nieco sprzeczne i nawet wojskowym fachowcom trudno przewidzieć, czy car Kremla realnie koncentruje siły do jakiegoś uderzenia, czy raczej stawia na długotrwałe wyniszczanie Ukrainy. Na pewno coraz głośniej bije mu licznik przed 9 maja, na placu Czerwonym zaczynają się przygotowania do demonstracji siły w 77. rocznicę zwycięstwa ZSRR w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej 1941-45. Współczesnej armii rosyjskiej trudno jednak podpiąć się do owego narodowego święta sukcesami w tzw. operacji specjalnej. Dla podpułkownika Władimira Putina idolem i wzorcem rządzenia pozostaje generalissimus Józef Stalin, ale obecny satrapa sam czuje, że w opinii narodu ciut odstaje nie tylko stopniem.

W związku z tym na dniach można się spodziewać jego rozkazów równie nieskoordynowanych, co nieobliczalnych. W poprzednim tygodniu symboliczne pójście na dno stolicy imperium – komu przyszło do głowy w 1995 r. przemianowanie zatapialnego z definicji krążownika ze Sławy na Moskwę… – wywołało u cara furię. Z mojej krynicy wiadomości z tamtej strony, czyli armijnego organu „Krasnaja Zwiezda”, spiłem argumenty, że zatopienie dumy floty to wystarczający pretekst do… wojny z Ukrainą! To nie żart, wszak wszystko dotychczas jest zaledwie specjalną operacją wojskową. Na szczęście jednak taki pretekst nie może zostać wykorzystany, albowiem na rynku rosyjskim przyczyną zatonięcia Moskwy jest wyłącznie sztorm oraz pożar wywołany bliżej niesprecyzowaną eksplozją, której przyczyną była równie tajemnicza awaria, bez związku z atakiem ukraińskim. Wszystko to razem pozwala na postawienie tezy, że dla Putina wystarczającym powodem do propagandowej chwały 9 maja stałoby się zajęcie bohaterskiego Mariupola i w następnym kroku – całego brzegu Morza Azowskiego, co równałoby się uzyskaniu połączenia z Krymem. Dla Ukrainy taka perspektywa jest straszna w kontekście odbudowy gospodarki po wojnie, ponieważ nastąpiłoby radykalne ograniczenie dostępu do morza i skoncentrowanie całej wymiany handlowej transportem morskim w Odessie.

Poniedziałkowy atak ciężkiej artylerii Rosji na kombinat metalurgiczny Azowstal w obleganym od ponad miesiąca bohaterskim Mariupolu. W podziemnych schronach skryło się tam ponad tysiąc mieszkańców zniszczonego miasta o strategicznym znaczeniu.
Mariupol City Council / Cover Images / Forum

Po naszej stronie frontu mało znane są podejmowane przez Putina kontruderzenia wobec zachodnich sankcji. Jednym z jego planów jest radykalne zwiększenie udziału rozliczeń w walutach narodowych w systemie handlu zagranicznego, czyli dedolaryzacja i deeuroizacja. Obrót surowcami energetycznymi generalnie rozliczany jest w USD, natomiast dobrami w obszarze Europy – w EUR. Na razie jedynym obszarem, w którym Kreml skutecznie forsuje waluty narodowe, jest tzw. Eurazjatycka Unia Gospodarcza, w skład której wchodzą: Rosja, Białoruś, Kazachstan, Kirgistan i Armenia. Ale to wasale, car ma ambicje namówienia do swojego planu piątki BRICS, którą tworzą: Brazylia, Rosja, Indie, Chiny oraz RPA. To udziałowcy grupy G20, którzy nie łapią się do G7, ale ze względu na wielkość gospodarek uważają się za równorzędnych potentatom Zachodu. Dedolaryzacja to marzenie Chin, ale także Indii, które w planie detronizacji Zachodu trzymają sztamę z chińskim rywalem oraz Rosją. W tym kontekście niejasna jest najbliższa przyszłość G20. Obecność szefów państw/rządów zachodnich na tegorocznym szczycie grupy w Indonezji, konkretnie na Bali, wspólnie z Putinem wydaje się niewyobrażalna, ale piątka BRICS nie zgodzi się na jego wykluczenie. Dla nas byłby to oczywiście moralny szok, ale być może kunktatorskim kompromisem G20 stanie się, niestety, jego obecność zdalna…

Możesz zainteresować się również: