W zależności od punktu siedzenia i widzenia politycy stawiają albo na pozbawione pierwiastka emocji przyczyny merytoryczne – w tym wypadku nie tyle lotniczo-techniczne, ile biologiczno-chemiczne – albo na jakąś mityczną bombę, najlepiej termobaryczną odpaloną przez krasnoludki.
Wśród sprzecznych tez na temat przyczyn uśmiercenia życia w Odrze moją uwagę przykuła wyglądająca na całkiem realną. W słodkiej z definicji wodzie wykryto znaczny wzrost zasolenia oraz pH i zawartości tlenu, co mogło uruchomić reakcję łańcuchową ekosystemu – produkcję toksyn oraz ich uwalnianie z procesów gnilnych przez fitoplankton. Efekt śmiertelnego domina oczywiście bardzo wzmocniła wysoka temperatura oraz bardzo niskie przepływy wodne wywołane suszą, przed którą nie potrafimy się skutecznie bronić, bo brakuje inwestycji w retencję wody.
Najciekawsza jest jednak teza na temat pierwotnej przyczyny nadmiernego zasolenia. Otóż może się okazać, że miało to związek ze wzmożonym odwadnianiem śląskich wyrobisk w celu przywrócenia wydobycia dla przeciwdziałania kryzysowi energetycznemu. Liczba kopalń i innych bardzo uciążliwych dla środowiska obiektów energetycznych w górnym biegu Odry jest przecież ogromna. To byłby – mało właściwie zaskakujący – wątek biznesowy. Na razie znamy drugi koniec kija, czyli coraz poważniejsze konsekwencje klęski ekologicznej dla działalności gospodarczej w bezpośredniej bliskości Odry. Pierwszym przegranym stała się wyjątkowo czuła na panikę klientów branża turystyczna, ale uderzonych jest już znacznie więcej. To byłby paradoks, gdyby pierwszym końcem kija i początkiem dramatu przyrody okazało się wcale nie dosłowne spuszczenie nielegalnych ścieków, lecz prowadzona bez ekologicznej wyobraźni planowa działalność przemysłowa.

