Biznes pachnący żywicą

Adrian Chimiak
opublikowano: 2006-06-14 00:00

Nic się nie marnuje. — Każdy wiór, każdy odcięty klocek to pieniądz — twierdzi Marek Pietrek.

Tartak to pachnący interes. Wszędzie unosi się aromat żywicy, czasami tylko zakłócany spalinami.

— Sosna wydziela bardzo przyjemny zapach. Ale gdy tniemy jodłę! Wie pan, jak to jest, gdy kot załatwi potrzebę? — wprowadza mnie w tajemnice zawodu Marek Pietrek, właściciel tartaków w Murowie i Chudobie na Opolszczyźnie.

Zaczynał od zrujnowanego tartaku w Starych Budkowicach.

— Gdy uruchomiłem trak, taką pilarkę ramową, ludzie uciekli. Niemiłosierny hałas, wszystko się trzęsło, ale dziewiętnastowieczny Hoffman-Breslau na korby zadziałał — wspomina Marek Pietrek.

Z czasem coraz mniej zysków firmy pochodziło z pośrednictwa i transportu drewna, a więcej produkcja palet. Dziś jest ich ponad 160 tys. rocznie, z tego dwie trzecie idzie do Niemiec. Tartaki przerabiają 10 tys. metrów sześc. drewna na więźby dachowe i deski.

— Najlepsze więźby są z modrzewia, ale to bardzo drogie drewno — opowiada Marek Pietrek.

Zagrożeniem dla firmy są odbiorcy zalegający z płatnościami.

— Kluczborski Famak był nam winien 94 tys. zł, wobec innej firmy dochodzimy swoich praw na drodze sądowej. Notabene, w prokuraturze w Opolu jest użyta nasza więźba — mówi Marek Pietrek.

Wszystkie palce na miejscu

Dawniej w tartaku wystarczyło mieć ostre piły i mocne ręce. Dzisiaj, w Chudobie trakami kieruje się dżojstikiem. Precyzja wykonania cięcia musi być wysoka, choć sosna jest zawsze krzywa.

— Gdyby nasze palety były nierówne, automat podający na nich towar nie trafiłby w odpowiednie miejsce. Za wypadek nasz partner zażądałby odszkodowania — tłumaczy Marek Pietrek.

Drewno to materiał zależny od warunków zewnętrznych. Rano deski są cięższe i szersze nawet o 0,5 cm niż słonecznym popołudniem (długość się nie zmienia). Dwóch pracowników w ciągu zmiany wytwarza 400 palet.

— Na szczęście już nie zbija się palet ręcznie, służą do tego wbijaki automatyczne. Gwoździe wyskakują z nich jak z karabinu maszynowego, po kilka na sekundę — pokazuje z wprawą właściciel.

Przedsiębiorstwo ma własny transport: kilka aut dostawczych i ciężarowych, w tym jedno z dźwigiem do rozwożenia więźby dachowej i dwa ciągniki siodłowe (długość więźby ogranicza jedynie wysokość drzewa).

Nic się nie marnuje

— Każdy wiór, każdy odcięty klocek to pieniądz — twierdzi Marek Pietrek.

Dzięki zagospodarowaniu odpadów firma ma wysoką rentowność. Plac tartaku w Murowie podzielony jest na części. W zachodniej składowane są deski zbijane jako podkłady do transportu więźby, przy budynku leżą klocki na nogi do palet, a przy bramie stoi przyczepa z drewnem na opał.

— Nie możemy działać w oderwaniu od środowiska, w którym funkcjonujemy. Wokół mieszka sporo starszych, biednych ludzi. Zawozimy im pocięte kawałki za grosze — przyznaje Marek Pietrek.

Pokazuje stertę podziękowań i dyplomów. Firma dofinansowuje domy dziecka (m.in. w Bogacicy), fundacje działające na rzecz upośledzonych umysłowo dzieci („Patronat” z Częstochowy i Dom Rodzinnej Rehabilitacji Dzieci państwa Jednorogów z Opola). Sponsoruje lokalne imprezy integracyjne, pomaga szkołom i klubom sportowym, ostatnio przy zakupie sprzętu nagłośnieniowego na boisko drużyny piłkarskiej Unia Murów.

Marek Pietrek jest miłośnikiem przyrody i myśliwym. Rozpoznaje głosy leśnych ptaków, zachwala dziki, które ryjąc użyźniają i oczyszczają ziemię z pędraków.

— Taki z szefa myśliwy, że każe mi siadać na ambonie, a sam dłubie nożem w drewnianym klocku — śmieje się przysłuchująca się rozmowie księgowa firmy.

Biznesmen potwierdza, że lubi rzeźbienie w drewnie.

— Znajomi mówią, że po wiórach wiedzą, gdzie siedziałem — dodaje Marek Pietrek.

Wstrzelić się w zielone

O przyszłość firmy przedsiębiorca jest spokojny.

— Na drewno zawsze będzie zapotrzebowanie, bo drzewa stanowią część naszego życia, lubimy się nim otaczać, jest wdzięcznym materiałem budowlanym. To tworzywo naturalne, odnawialne — przekonuje Pietrek.

Trochę narzeka na monopol państwa w utrzymaniu lasów, ale nie wyobraża sobie oddania gospodarki leśnej w prywatne ręce.

— To byłaby gospodarka rabunkowa. Przez 10 lat prosperowalibyśmy, a później: plajta — przepowiada.

Jest optymistą, planuje, że zakupiony w tym roku tartak w Chudobie pomoże zwiększyć przerób drewna o kolejne 3 tys. metrów sześc.

— Co jakiś czas państwo zapala zielone światło dla przedsiębiorców. Zauważył pan, że na skrzyżowaniu czerwone pali się najdłużej? Trzeba się wstrzelić w to zielone. Ja to potrafię — zapewnia Marek Pietrek.