BIZNES RZADKO GRYWA W TEATRZE
Przybytki sztuki, podobnie jak szpitale, w większości żyją od dotacji do dotacji i łatają biedę szukając grosza na rynku
Teatry dzielą się na biedne, biedniejsze, najbiedniejsze i prywatne. Te ostatnie nie dostają ani grosza dotacji, a jedyną podstawą ich działania jest rachunek ekonomiczny. Do biednych należy zaliczyć teatry utrzymywane z dotacji wojewodów. Kondycji finansowej zazdroszczą im teatry, utrzymywane przez gminy.
Są teatry, które, mimo wszechwładnej w kulturze sponsorowanej nędzy, zarabiają na siebie i jeszcze przynoszą zysk. Jest wśród nich — paradoksalnie — teatr dotowany z budżetu wojewódzkiego. Ale jego dyrektor nie chciał za dużo mówić o sukcesie.
— Im lepsze mam wyniki, tym bardziej zmniejszą mi dotację — martwi się Edmund Karwański, dyrektor warszawskiego Teatru Kwadrat.
Tymczasem, w warszawskim Urzędzie Wojewódzkim twierdzą, że dodatkowa działalność zarobkowa teatrów nie wpływa na wysokość dotacji. Jakość przedstawień też. Urzędnicy sztuki nie oceniają. Oni ją rozliczają. Patrzą na liczbę zatrudnionych, kontrolują, czy liczba premier zgadza się z planem.
Kwadratura Buffo
Co zrobić, żeby teatr przyniósł zysk?
— Musimy opierać się na czystym rachunku ekonomicznym. Nie gramy tych spektakli, do których musielibyśmy dopłacić. Ale nie gramy też tego, co nam samym się nie podoba. Dwa, trzy razy w sezonie zdarza się, że odwołujemy przedstawienie, jeśli sprzedano za mało biletów — mówi Janusz Stokłosa, prezes spółki prowadzącej prywatny teatr Studio Buffo.
Pracuje w nim 25 artystów. Administracja i księgowość to ośmioro ludzi, włączając strażaka. Premiera spektaklu kosztuje od 200 do 300 tys. zł (w teatrach dotowanych — od 100 do 180 tys.). W Buffo każde przedsięwzięcie oczywiście musi się zwrócić. Wszyscy artyści zatrudnieni są na umowę o dzieło. Za próby im się nie płaci. Aktorzy to kompania teatralna. Nie chroni ich etat. Mogą zarobić, jeśli dużo grają. Za jedno przedstawienie dostająprzeciętnie od 120 do 150 zł. Gdy występują jako zespół poza siedzibą teatru, zarabiają dwa-trzy razy więcej. Opłaca się, a może raczej, trzeba pracować: pensja staje się atrakcyjna przy 30 spektaklach.
Mało premier, drogie bilety
Widzów można ściągnąć i do państwowego teatru. W warszawskim Teatrze Kwadrat dotacja z województwa pokrywa 30 procent potrzeb. Liczba premier jest coraz mniejsza, co oszczędza wydatków. Ludzie przychodzą na znane przedstawienia, a przyciągają ich też nazwiska gwiazd. Są wśród nich Jan Kobuszewski, Andrzej Kopiczyński, Marek Siudym, Jerzy Bończak.
— Jesteśmy teatrem komedii, farsy współczesnej — europejskiej i amerykańskiej. To nie są utwory Szekspira, w których gra 20 osób, ale często sztuki kanapowe. Siedzi dwóch aktorów, rozmawia ze sobą, a ludzie się śmieją — mówi Edmund Karwański.
Mała obsada, skąpa scenografia, nieduża liczba premier pozwalają oszczędzać.
Najwięcej teatr zarabia na graniu. Zdarza się, że daje 40 przedstawień miesięcznie, wliczając w to wyjazdy. Mimo iż bilet jest drogi i za najlepsze miejsca trzeba zapłacić 30 zł, to nadkomplety są podobno normą. Gwiazdy zarabiają w honorariach do 5 tys. zł, a ich podstawowe gaże przekraczają przy tym 1,5 tys. zł. Dla porównania, w Teatrze Polskim w Warszawie aktor senior dostaje 1100 zł gaży i za przedstawienie od 40 do 250 zł. W miesiącu nie zarobi 4 tysięcy zł.
Sztuka skąpych sponsorów
Witold Olejarz, zastępca dyrektora Teatru Nowego w Warszawie, na jednym z posiedzeń Rady Warszawy mocno się zdenerwował. Usłyszał, jak radni wyrażali zdanie, że skoro w Paryżu Moulin Rouge i Crazy Horse dotacji nie wymagają, to dlaczego w Warszawie samorząd ma teatry dotować (warto dodać, że od przyszłego roku wszystkie teatry trafią na garnuszek samorządów).
— Jestem w stanie w murach mojego teatru prowadzić działalność, która przyniesie zysk, ale to będzie estrada, a nie teatr — twierdzi dyrektor Witold Olejarz.
Żeby wystawić klasykę zaangażować do 30 osób, a gaże i honoraria kosztują. Głównym adresatem repertuaru ma być młodzież, którą stać tylko na bilet ulgowy za 10 zł. Tymczasem młodzież ma coraz więcej alternatywnych możliwości wykorzystania wolnego czasu. Konkurentem dla teatru jest nie tylko kino czy dyskoteka, ale i dobra płyta albo deskorolka. Frekwencja w ubiegłym roku przekroczyła 80 proc., ale pieniędzy nadal brakuje.
Trzeba więc szukać sponsora.
— Zapraszam biznesmena do pobliskiej restauracji i jakoś tak się składa, że przy płaceniu rachunku zwykle nie ma przy sobie portfela. Nie wierzę w sponsoring — skarży się jeden z dyrektorów.
Pieniądze musi zdobywać inaczej: wynajmując salę (np. teatrom amatorskim), wynajdując zyskowne zdarzenia teatralne(np. recital znanej piosenkarki), zawierając wreszcie transakcje wiązane (za sponsoring umieszczając logo firmy u dołu plakatu).
— Nie mogę się skarżyć na sponsorów z lat 1991-94. Pewien bank dał nam 2,5 mld starych złotych w postaci nowoczesnej centrali telefonicznej. Obecnie sponsor przekaże najczęściej 1 tys. zł, a koszty samej dekoracji sięgają 90 tys. — mówi Jerzy Zalewski, dyrektor Teatru Polskiego w Warszawie.
Wartość znajomości
Sponsorzy to głównie znajomi dyrektorzy, właściciele małych i średnich firm, zatrudniających od 50 do 90 pracowników. Ci dadzą czasem 15 tys. zł, ale to i tak mało.
— Sponsoring to kwestia szczęścia, przypadku i znajomości — twierdzi dyrektor Jerzy Zalewski.
Jak tłumaczy, sponsorami są zazwyczaj ludzie kochający teatr, inteligencja, która poszukała szczęścia (i znalazła je) w biznesie. Na szczęście dla dyrektorów teatrów stare miłości nie rdzewieją: znajomi czują się zobowiązani i łożą na kulturę.
Teatr Nowy w Poznaniu założył ekskluzywną Lożę Patronów. Minimalna składka wynosi 1200 zł rocznie. Jak twierdzi Zbigniew Theus, zastępca dyrektora teatru, zdarzają się i datki dochodzące do 5 tysięcy. Znacznie większe sumy trafiają w formie pomocy rzeczowej. Jest to sprzęt akustyczny, oświetleniowy, materiały na kostiumy i dekoracje. Do loży należy 50 osób fizycznych i prawnych.
Wabienie publiki
Jeśli sprzeda się więcej niż 60 procent miejsc, już to wystarczy, żeby przedstawienie zaczęło się opłacać. Zdaniem Jerzego Zalewskiego, by ściągnąć widzów, trzeba spełnić trzy warunki. Sztuka powinna być aktualna, atrakcyjna dla publiczności i obsadzona gwiazdami.
„Wyzwolenie” Wyspiańskiego ściągało publiczność w latach osiemdziesiątych. Obecnie, ze względu na aktualność wabi repertuar mieszczański. Idą komedie Bałuckiego („Grube ryby”), Perzyńskiego („Polityka”). Z kolei w Polskim ma być wystawiona sztuka Henryka Bardijewskiego „Jesteś mój” — o biznesie. Atrakcyjna jest przede wszystkim komedia. „Zemsta” Fredry, zawsze ściąga widzów, zwłaszcza, jeśli zostanie wystawiona w gwiazdorskiej obsadzie.
Jeśli bilans zostanie zamknięty wynikiem ujemnym, co często się zdarza, to i tak długi zostaną spłacone, bo na początku następnego roku budżetowego do teatru trafi następna dotacja. Teatr wprawdzie spóźni się z płatnością, ale w końcu zapłaci. ZUS czy współpracujący z nim rzemieślnicy zaczekają. Albo raczej muszą zaczekać
LEKKO, ŁATWO, DOCHODOWO: Jeśli chce się zarobić, to wystawia się sztuki lekkie, łatwe i przyjemne. To podreperowałoby budżet, ale dyrektor Adam Hanuszkiewicz zawsze interesował się klasyką polską i taki teatr będzie robić — mówi Witold Olejarz, zastępca dyrektora Teatru Nowego w Warszawie.
TEATRALNA BIEDA: To nieprawda, że sfera budżetowa dostała 13-procentowe podwyżki. My nic nie dostaliśmy. Bardzo dobry rzemieślnik, który ręcznie robi dekoracje, zarabia u nas 700 złotych — twierdzi Jerzy Zalewski, dyrektor Teatru Polskiego w Warszawie.
CZARNA WIZJA KULTURY: Na naszą prośbę, o udostępnienie danych na temat wysokości dotacji z budżetu wojewódzkiego dla teatrów stolicy, otrzymaliśmy z wydziału kultury Urzędu Wojewódzkiego pismo, którego kopię prezentujemy powyżej.
KICZ NIE POPŁACA: Znam wielu artystów, którzy chętnie wykonywaliby repertuar pod publiczkę, tylko że nie ma na to recepty. W tym roku discopolo nie jest już modne. Trzeba się starać, a kicz na dłuższą metę nie daje zarobku — tłumaczy Janusz Stokłosa, prezes spółki Studio Buffo w Warszawie.