Biżuteria na poprawę nastroju

  • Patrycja Pustkowiak
opublikowano: 05-11-2021, 14:45

Najtrudniej było znaleźć złotników, którzy zrealizują pomysły początkującej projektantki. Marlena Kubiś przyznaje jednak, że miała szczęście: nie tylko trafiła na odpowiednią pracownię, lecz także wprowadziła firmę na rynek w odpowiednim miejscu i czasie. Od sześciu lat cacka z pozłacanego srebra, pereł i kamieni poprawiają samopoczucie nie tylko Polek – Mood Jewels szykuje się na podbój Hiszpanii, gdzie już odnosi sukcesy.

Biznes z pasji:
Biznes z pasji:
Zawsze chciałam mieć coś własnego. Padło na biżuterię, bo odkąd pamiętam, miałam obsesję na jej punkcie, potrafiłam godzinami wyszukiwać bransoletki czy kolczyki w internecie – wspomina Marlena Kubiś, właścicielka Mood Jewels.
materiały prasowe

Właścicielka marki Mood Jewels z wykształcenia jest psycholożką i dietetyczką.

– Mood powstało z potrzeby chwili – przyznaje Marlena Kubiś.

Chociaż z produkcją biżuterii nie miała nic wspólnego, postanowiła zaryzykować.

– Byłam młodą mamą, mój synek miał dziesięć miesięcy i nie wyobrażałam sobie powrotu na etat. A zawsze chciałam mieć coś własnego. Padło na biżuterię, bo odkąd pamiętam, miałam obsesję na jej punkcie, potrafiłam godzinami wyszukiwać bransoletki czy kolczyki w internecie – wspomina.

Nad nazwą długo się nie zastanawiała – w końcu biżuterię dobiera się tak, by współgrała z nastrojem. Najtrudniejsze było znalezienie pracowni złotniczej, która realizowałaby jej projekty i jednocześnie potrafiła sprowadzać ją na ziemię, tłumacząc, że pewnych rzeczy nie da się wykonać. Na tę właściwą Marlena Kubiś trafiła po ośmiu miesiącach poszukiwań. Na pierwsze spotkanie przyszła z dzieckiem na ręku. Potem niemal roczny Leon był częstym gościem w pracowni, tam uczył się raczkować.

– Przekonało mnie, że nie zrazili się moim brakiem talentu do rysowania, bo wprawdzie mam dużą wyobraźnię i pomysłów mi nie brakuje, lubię też prace manualne i moje projekty wykonuję sama, ale nie robię profesjonalnych rysunków. Na szczęście to nie był problem – śmieje się właścicielka Mood Jewels.

To było sześć lat temu. Odtąd firma działa w sprawdzony rzemieślniczy sposób: właścicielka marki tworzy ręcznie wszystkie produkty z elementów, które powstają w warszawskiej pracowni złotniczej.

Umiarkowane ryzyko

Przyciągają wzrok:
Przyciągają wzrok:
Ozdoby Mood Jewels powstają z delikatnych kamieni szlachetnych połączonych z elementami srebra i srebra złoconego oraz ze złota.
materiały prasowe

Z pracownią wiązała się największa inwestycja, ponieważ Marlena Kubiś współpracuje ze złotnikami, którzy stawiają na ręczną produkcję, co się przekłada na wyższy koszt. Poza tym postanowiła nie szaleć.

– Jestem ryzykantką, ale umiarkowaną. Biznes założyłam za minimalny wkład własny. Tworząc pierwszą kolekcję, postawiłam na tańsze materiały – bransoletki robiłam ze sznureczków, a nie złota czy srebra. Zapłaciłam pracowni złotniczej tylko za wykonanie blaszek z logo firmy. Sama składałam kolejne elementy biżuterii i wrzucałam zdjęcia gotowych produktów na stronę internetową – wspomina bizneswoman.

Większość produktów Mood Jewels kosztowała około 200 zł. Szybko się sprzedawały, więc debiutancka kolekcja zarobiła na kolejną. I to, jak przyznaje właścicielka marki, w zasadzie bez reklamy, na którą nie miała wtedy pieniędzy. Zadziałała poczta pantoflowa. Zadowolone klientki polecały produkty następnym, fotografowały się z nimi, udostępniały w internecie. Bardzo pomógł jej Instagram, na którym od początku pokazywała swoje wyroby. Tam kobiety szukają inspiracji i wymieniają się pomysłami. Biżuterię umieszcza też w sklepach stacjonarnych, m.in. The Odder Side.

– Ale nie chciałabym sugerować, że założenie firmy z biżuterią to prosta sprawa. Myślę, że najważniejszy jest łut szczęścia. Kiedy coś się pojawi w odpowiednim miejscu i czasie, to ma szansę zaskoczyć. I tak było ze mną. Dziś byłabym bardziej zestresowana niż sześć lat temu. Jestem starsza, rozsądniejsza, mam dwoje dzieci… – twierdzi Marlena Kubiś.

Pandemiczne kolczyki

Początki:
Początki:
Jestem ryzykantką, ale umiarkowaną. Biznes założyłam za minimalny wkład własny. Tworząc pierwszą kolekcję, postawiłam na tańsze materiały – bransoletki robiłam ze sznureczków, a nie złota czy srebra – wspomina Marlena Kubiś.
materiały prasowe

Oprócz szczęścia ważna jest też determinacja i oryginalne pomysły. A tych Marlenie Kubiś nie brakowało.

– Wiedziałam, że chcę projektować tylko dla kobiet. Dostaję dużo pytań o biżuterię dla mężczyzn, ale kompletnie tego nie czuję, a chcę robić ozdoby, które naprawdę mi się podobają. Nie daję się przekonać do cudzych pomysłów. Nie porównuję się z innymi – zapewnia właścicielka Mood Jewels.

Marlena Kubiś przyznaje, że zaskoczyły ją zasady panujące w tej branży. Pracownia złotnicza zaczyna od zrobienia formy, prototypu naszyjnika czy kolczyka, który może się różnić od ostatecznego kształtu. Na rezultat trzeba poczekać. Tymczasem właścicielka Mood myślała, że jeśli dziś coś wymyśli, jutro będzie mogła odebrać gotowy produkt. Szybko jednak nauczyła się cierpliwości.

Nad kolekcjami pracuje cały czas. Kiedy tylko wypuszcza nową, zazwyczaj złożoną z około 20 produktów, już myśli o następnej. Dodaje, że rzeczy z różnych serii można, a nawet powinno się łączyć. Przez sześć lat rozwinęła też pomysły – bransoletki czy naszyjniki to już nie tylko sznureczki i kamyki, lecz srebro pokryte 24-karatowym złotem. Najlepiej sprzedają się naszyjniki. Co ciekawe, pandemia nie tylko nie zahamowała sprzedaży, lecz wpłynęła na jej wzrost.

– Zauważyłam, że w czasie pandemii świetnie sprzedawały się kolczyki, pewnie przez popularność rozmów online, w których widać czyjąś głowę. Myślę, że kobiety, choć nie chodziły do biura, chciały ładnie wyglądać w kamerze. Nawet tylko od szyi w górę – uważa Marlena Kubiś.

Sklep wzbudza zaufanie

Na podbój Hiszpanii:
Na podbój Hiszpanii:
Właścicielka Mood Jewels nie zamierza ograniczać działalności do rynku polskiego, szczególnie że na zagranicznym już odnosi sukcesy. Dużo swojej biżuterii sprzedaje w Madrycie.
materiały prasowe

Do obsługi kont Mood Jewels w mediach społecznościowych zatrudnia specjalną firmę, poza tym pracuje dla niej kilku złotników. Niedawno doszła też osoba pomagająca w sklepie. Poza tym wszystko robi sama. Nowością jest butik przy ul. Andersa w Warszawie, który Marlena Kubiś otworzyła w lipcu tego roku. To odpowiedź na potrzeby klientek, którym brakowało takiego miejsca. Chciała też oddzielić życie osobiste od zawodowego – coraz trudniej było jej pracować w domu już nie tylko z synkiem raczkującym wśród koralików i sznureczków, lecz z dwójką małych dzieci. Przyznaje, że to było dobre posunięcie – dzięki sklepowi marka zyskała twarz i zaczęła wzbudzać większe zaufanie. Wzrosła też sprzedaż online.

– W zasadzie to nie jest do końca sklep, lecz miejsce spotkań. Klientki wpadają, pijemy herbatę, rozmawiamy. Mogą obejrzeć bransoletki czy kolczyki, przymierzyć, zastanowić się nad kupnem i nawet później się na coś zdecydować, kupić to online – wyjaśnia Marlena Kubiś.

Nie zamierza ograniczać działalności do rynku polskiego, szczególnie że na zagranicznym już odnosi sukcesy. Dużo swojej biżuterii sprzedaje w Madrycie.

– Planuję zwiększać obecność marki na rynku hiszpańskim. Wysyłam już biżuterię do krajów europejskich, ale Hiszpania jest dla nas najważniejsza, może dlatego, że wzory w moich kolekcjach są tak tak słoneczne, wakacyjne i inspirowane podróżami – wyznaje bizneswoman.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane