Bo mi smacznie jest

Karol Jedliński
opublikowano: 20-08-2007, 00:00

W delikatesach Bomi nikt nie wabi ceną. Hołduje się tutaj zdrowemu snobizmowi.

Cenę akcji dzisiejszego debiutanta ustalono na górną granicę widełek: 23 zł. Za równowartość 10 udziałów w delikatesach z logo Bomi można kupić butelkę niezłego szampana Veuve Clicquot Pansardin. Gdyńska spółka wchodzi na giełdę z ofensywnymi planami. Na ich zrealizowanie chce wydać 121 mln zł. W każdym kolejnym roku, aż do 2009, ma powstawać co najmniej 10 sklepów. Jak dobrze pójdzie, wkrótce na wytrawny trunek wystarczy kilka akcji.

— Wiem, co powinienem powiedzieć. Że Bomi to przemyślana, poparta analizami i badaniami rynku decyzja, cyniczna kalkulacja biznesowa. Nic z tych rzeczy — zastrzega Stanisław Okonek, prezes firmy.

Zaczęło się od małego sklepu, ledwie 80 mkw. na Świętojańskiej w Gdyni. „Bo” od Bożeny, a „Mi” od Mirosława, późniejszego akcjonariusza firmy.

— Nie należałem wtedy do tej sieci. Prowadziłem sklepy spożywcze i pilnie obserwowałem poczynania kolegów. Wiem, co się działo. Delikatesy to przypadek — przekonuje obecny szef i współwłaściciel Bomi.

Laski z tabasco

Czterech wspólników Bomi wydzierżawiło w połowie 1995 r. 3 tys. mkw. w Gdyni. Miał powstać pierwszy duży sklep w Trójmieście. Jedyne, co należało zrobić, to go po prostu urządzić. Z ustawieniem regałów i chłodni nie było problemu. Pojawiły się podczas „towarowania”.

— Koledzy wyłożyli na półki wszystkie sobie znane produkty z okolicznych hurtowni, a i tak zostało dużo wolnego miejsca — mówi Stanisław Okonek.

Zaczęło się gorączkowe szukanie czegoś ekstra, co da się sprowadzić i sprzedać w Polsce. Regały zapełniły się frykasami w stylu sos tabasco czy hiszpańska oliwa. Spece z branży ochrzcili je jako „wynalazki”.

— Otwarcie okazało się wielkim sukcesem. Zjechali ludzie z całego regionu. I zaskoczenie: właśnie wynalazki szły jak woda — zaznacza prezes Bomi.

Tak oto rynek zweryfikował przypadkowo stworzoną odmianę delikatesów. Jak tylko uzbierało się wystarczająco dużo zysków, otwierano kolejny sklep. Początkowo w Trójmieście. Osiem lat temu, wraz z powstaniem placówki w warszawskim Klifie, zaczęła się ekspansja na południe. A z nią kolejne wynalazki.

— Kiedyś sprowadziliśmy wanilię w laskach. Schodziła długo, więc nie kupiliśmy kolejnej partii. No i zaczęły się zaraz e-maile w stylu: „A gdzie ja teraz laski wanilii znajdę?”. Więc sprowadzamy dalej — przyznaje prezes.

Schabowy z kapustą

Na życzenie klienta można sprowadzić każdy produkt do każdego z 21 sklepów z czteroliterowym ciemnoniebieskim logo.

— Nasz asortyment obejmuje 35 tys. indeksów — ucina Stanisław Okonek, niekoniecznie sybaryta.

Sporo już posmakował.

— Przez te wszystkie lata np. kuchnia śródziemnomorska mi się nieco przejadła. Czasem tęskni się za chlebem ze smalcem i za schabowym z kapustą.

Zaraz, a krewetki?

— Owszem tak, ale nie codziennie.

Nieraz, wracając z podróży, proponuje coś dodać do asortymentu. Choćby krewetki zimnowodne, obrane, ułożone na talerzu w pierścień, z dressingiem po środku. To jego odkrycie, ludzie kupują. Zwykle jednak opiera się na opiniach któregoś z 600 dostawców.

— Dużo namyślać się nie musi, bo na handlu zjadł zęby — uważa Krzysztof Pietkun, od kilkunastu miesięcy udziałowiec spółki i jej wiceprezes.

Stanisław Okonek niemal od zawsze na serio myślał o zapasach. Tyle że nie o tych w magazynie, lecz na macie. Jako zawodnik Spójni Gdańsk był mistrzem Polski juniorów. Jako absolwent AWF wziął się do nauczania WF-u w technikum chemicznym. Potem, z sukcesami, był trenerem w Spójni. Jego podopieczni zdobywali medale mistrzostw Polski, jeden z nich wywalczył nawet tytuł wicemistrza świata juniorów w stylu klasycznym.

— Grzegorz Małkowski, niegdyś waga musza, dziś absolwent ekonomii. Pracuje w dziale kontrolingu — Krzysztof Pietkun, mimo swojego krótkiego stażu w Bomi, doskonale orientuje się, o kogo chodzi.

Emeryt z latawcem

Wiceprezes też ma sportowego ducha, ale woli kite i snowsurfing. Bawi się w to od pięciu lat, kilkunastometrowe loty to dla niego nie pierwszyzna. Kiedy zakłada garnitur, staje się specjalistą od finansów, z dyplomem magistra ekonomii. Choć ma dopiero 34 lata, może pochwalić się imponującym doświadczeniem zawodowym. Od Banku Współpracy Europejskiej i jego Domu Inwestycyjnego, przez Amerbank, aż po wiceprezesurę w Capital Partners.

— Jezu, to ty już powinieneś się do emerytury zbliżać — podśmiewa się Stanisław Okonek.

Jak przekonuje jedna z osób blisko związanych ze spółką, to właśnie Krzysztof Pietkun był spiritus movens, jeśli chodzi o giełdę.

— Jestem aktywnym graczem i kiedy zobaczyłem taką perełkę, jak Bomi, wiedziałem, że to będzie superinwestycja — stwierdza wiceprezes sieci delikatesów.

Prezes odpowiada za sprawy handlowe. Jest jeszcze trzeci członek zarządu, Mieczysław Cierpisz, kolega i wspólnik prezesa od lat. Zawsze uśmiechnięty, każdy konflikt załagodzi. Jego domena to sprawy organizacyjne, często w terenie.

— Ktoś musi w tej firmie pracować — kwituje prezes Bomi.

Trawa z cukrem

Wraz z pozostałymi akcjonariuszami decydują wspólnie o najważniejszym — lokalizacji delikatesów.

— Doświadczenie pozwala na wykorzystywanie bezcennego nosa handlowego. Jedziemy, oglądamy, węszymy — Stanisław Okonek tak wyjaśnia tajniki delikatesowego biznesu.

Nie jest tajemnicą, że strategia, z pozoru prosta, przynosi świetne efekty. W zeszłym roku zyski firmy zwiększyły się trzykrotnie, w tym roku mają się podwoić, do 18,2 mln zł. Jest w co je inwestować. Na przykład wykończenie nowego sklepu w Galerii Askana w Gorzowie Wielkopolskim pochłonie 5,2 mln zł.

— W takich miejscach aż chce się kupować. Kto był w Bomi, do Tesco raczej już nie wróci — przekonuje wiceprezes delikatesów, które pod polskie strzechy wprowadziły m.in. trawę cytrynową.

Kupuje się nawet drożej, za tradycyjny cukier dopłaca się kilkadziesiąt groszy, ale można za to wybierać wśród kilku rodzajów brązowego, z trzciny.

— Oto zdrowy snobizm. Dobrze, że ludzie szukają czegoś innego i że ich na to stać — wtóruje prezes spółki.

Żeby się o tym przekonać, można zejść do delikatesów zlokalizowanych na parterze siedziby spółki. Tam ważny jest każdy centymetr. Wszystko tak dopieszczone, że aż wciąga do środka. Efekty? Rocznie sprzedaje się tu frykasy prawie za 19 tys. zł na każdy metr kwadratowy. n

W twoim mieście

Bomi w 2007 r. otworzy kolejne 10 sklepów. Trzy z nich już działają. Najnowszy od ponad miesiąca w Bydgoszczy, wcześniej ruszyły w Legnicy i Gdańsku-Zaspie. Znane jest już sześć kolejnych lokalizacji. Niebawem powstanie sklep w Gdańsku-Osowej, delikatesy w Gorzowie Wlkp., Bydgoszczy, Rzeszowie, Sopocie i Krakowie.

Czerwony i niebieski

Zapasy dzielą się na dwa style: klasyczny i wolny. Oba są reprezentowane na igrzyskach olimpijskich, próbują do nich dołączyć popularne w USA zapasy plażowe. Zapasy klasyczne mają swoje korzenie w czasach starożytnych, kiedy były jedną z głównych atrakcji igrzysk. W tej odmianie dozwolone są chwyty tylko powyżej pasa. W stylu wolnym można chwytać przeciwnika również za nogi. Zabronione są techniki groźne dla zdrowia, dźwignie czy duszenia, dozwolone np. w judo. W zapasach liczy się siła, szybkość i zwinność. Do tego dochodzi spryt i umiejętność stosowania technik. Zawodnicy, podzieleni na kategorie wagowe, zmagają się na macie. Według tradycji, jeden z nich występuje w czerwonym trykocie, drugi w niebieskim. Oba są mocno obcisłe.

Liczby wprost z delikatesów

27,3

tys. zł Tyle przychodu rocznie na metr kwadratowy przynosi sklep Bomi w warszawskim Europleksie.

1660

osób Tyle pracowników zatrudnia sieć Bomi.

6,99

zł Tylu kosztuje w Bomi słoiczek (115 g) mielonej trawy cytrynowej z Tajlandii.

Popitka do borówki

W sklepach Bomi można wybierać spośród 35 tys. artykułów. Sieć chwali się swą kolekcją win. Ich ceny zaczynają się od kilkudziesięciu złotych w górę. Szukający nowych wyzwań mogą spróbować szampana Grand Siecle Alexandra Rose 1997, który jest najwłaściwszym partnerem aromatycznych dań z dodatkiem borówek i żurawiny. Wypuszczając ten gatunek wina, Bernard de Nonacourt uczcił ślub swojej córki Alexandry. Pierwszy raz na rynek to dzieło sztuki winiarskiej trafiło 20 lat temu. Rocznikowe rose wytwarzane jest głównie z pinot noir. Później krótko macerowane z niewielką ilością chardonnay i, zależnie od rocznika, starzone od 5 do 10 lat. 1,5-litrowa butelka kosztuje około 600 zł.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karol Jedliński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu