Boks bez kontaktów

Andrzej Wierzba, prezes Netmediów, „przegrał” w squasha większość życia, wygrywając pięć razy mistrzostwa Polski. Właśnie jest po kolejnych.

Doktor inżynierii chemicznej, który prowadzi giełdową spółkę e-commerce, zupełnie przy okazji został pięciokrotnym mistrzem Polski w squashu. Ten równomierny rozwój ducha i ciała w stylu starożytnych Aten Andrzej Wierzba, prezes Netmediów, realizował najpierw w Kanadzie, później w Polsce, a bywało, że kierował spółką nawet z Hawajów. Ostatnio trenował do kolejnych krajowych mistrzostw, które odbyły się 17 maja w Poznaniu.

— Coraz trudniej konkurować z młodymi, a ja, 46-latek, gram w kategorii open z 20i 30-latkami. Spryt pomaga do pewnego momentu, do takiej rywalizacji trzeba mieć nogi i płuca — mówi Andrzej Wierzba.

Swoje nogi i płuca przetestował w kilkuset turniejach. Wiele odbyło się w Kanadzie, gdzie mieszkał do 1998 r. Trzy lata wcześniej, w 1995 r., wygrał pierwsze Mistrzostwa Polski, kolejne zwycięstwa wywalczył w 2003, 2004, 2005 i 2006 r. Wiek, choć — jak sam twierdzi — czasem przeszkadza w drodze po pierwsze miejsce, nie wyklucza z gry na najwyższym poziomie.

Jego najstarszy sparingpartner miał 62 lata i był świeżo po wygranej w British Open (w kategorii wiekowej 60+). A wśród grających w squasha na bardzo dobrym poziomie prezes Netmediów wymienia wielu top menedżerów.

Dżentelmeńskie przepychanki

Zastanawiać może, co tak bardzo przyciąga do małej klatki bez siatki, że, po dniu wypełnionym obowiązkami i spotkaniami chce się jeszcze trenować i to nie rekreacyjnie, lecz profesjonalnie?

— To taki boks bez kontaktu, bardzo fizyczna i męska gra. Walczy się o dominację na korcie, często dochodzi do drobnych przepychanek, ale dżentelmeńskich. Piłka jest żywa, można ją odbić od każdej ściany, a w grze występuje mnóstwo kombinacji. Z dobrym sparingpartnerem można z siebie wyrzucić całą frustrację, rozładować emocje i osiągnąć równowagę psychiczną. Poza tym po pracy umysłowej zawsze chce się grać w squasha. Tak samo, gdy człowiek jest głodny, to chce mu się jeść — przekonuje Andrzej Wierzba.

Trenuje trzy razy w tygodniu po godzinie, z czego każda to, według różnych wyliczeń, 800-1000 spalonych kalorii. Wcześniej spędzał na korcie nawet 10 godzin tygodniowo, ale priorytetem zawsze były: najpierw nauka, później praca. Squash był przy okazji, czyli wieczorem i w weekendy.

Dla dwóch głównych rywali Andrzeja Wierzby w mistrzostwach — Wojciecha Karwowskiego i Marcina Nowisza — squash to nie tylko pasja, ale też praca zarobkowa. Prezes Netmediów nie zarobkowo, lecz hobbystycznie poświęcił rakietom życie.

— W squasha gram od 25 lat, wcześniej trenowałem badminton, tenis i ping-pong, więc zaprawę w sportach rakietkowych miałem sporą. Grywałem też w rakietlonie, czyli zawodach, w których rywalizuje się we wszystkich czterech rakietkowych dyscyplinach pod rząd. Wymaga to ciągłej zmiany ręki i uderzeń. Tu pierwszym miejscem poszczycić się nie mogę, ale brązem jak najbardziej — opowiada Andrzej Wierzba.

Świat bez Polaków

Pasją zaraził synów, którzy też startują w zawodach. Być może to oni zmierzą się w przyszłości z Egipcjanami, Pakistańczykami, Brytyjczykami czy Francuzami, którzy dominują w światowych rankingach squasha. Polaków tam na razie nie widać.

— Najlepszy polski gracz ma do dyspozycji dokładnie taki sam zestaw uderzeń i warsztat jak światowa czołówka. Różni ich dynamika, zwinność i dokładność. Żeby wygrywać w świecie, kraj musi inwestować w juniorów — powinno ich być co najmniej kilka tysięcy, bo dopiero z takiej grupy da się wyłonić diament. U nas juniorzy to około 100 osób w każdej kategorii wiekowej — ubolewa Andrzej Wierzba.

Jak zacząć? Znaleźć dobrego trenera, który nauczy uderzeń, wybrać odpowiednią rakietę (cięższa daje siłę uderzenia, ale jest wolniejsza, za to lżejsza zapewnia dokładność i zwinność) oraz zapisać się do klubu.

Część warszawskich menedżerów gra w Sinnet Tennis Club, do którego wchodzą tylko członkowie i ich goście. I choć dzisiaj squash to sport z nutką ekskluzywności, to narodził się... w brytyjskim więzieniu. Kryminaliści skazani za niespłacone długi chcieli grać w tenisa, ale nie było do tego warunków, więc zaczęli odbijać piłkę od ścian.

Później gra trafiła do elitarnych brytyjskich szkół, których uczniowie zauważyli, że przekłuta piłeczka odbija się inaczej niż piłeczka tenisowa, a w momencie uderzenia w ścianę się rozgniata.

Bo squash to po angielsku właśnie miażdżyć, dusić, gnieść. Dzisiaj amatorzy tej dyscypliny mają do wyboru 50 tys. kortów w 150 krajach (dane za Polską Federacją Squasha), na których nie tylko grają, ale też nawiązują kontakty biznesowe.

— Michała Pszczołę, wiceprezesa Netmediów, poznałem na korcie, a dopiero później postanowiliśmy połączyć nasze działalności — mówi Andrzej Wierzba. I dodaje:

— Ćwiczenia są bardzo ważne dla umysłu i ciała. Żeby być skutecznym, trzeba się nastawić na zdobywanie punktów. I w biznesie, i w sporcie gra się po to, by wygrać. &

Andrzej Wierzba

Prezes Netmediów, wcześniej m.in. współwłaściciel kanadyjskiej firmy informatycznej Biomar Information Services i wykładowca na Wydziale Inżynierii Chemicznej Uniwersytetu British Columbia.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Michalina Szczepańska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Boks bez kontaktów