Bomba tyka na rynku zegarków

I niech tyka — część wzrusza ramionami. W szwajcarskie zegarki można inwestować miliony, a godzinę i tak sprawdzać na smartfonie

Jak wynika z ostatnich danych o eksporcie szwajcarskich zegarków, branża musi sobie zadać parę niewygodnych pytań, m.in. jak mają się inwestycje w zegarki do tego, że zamiast patrzeć na nadgarstek, wszyscy patrzą w telefon. Jak podaje „The Economist”, eksport szwajcarskich zegarków był w ubiegłym roku najniższy od ostatniego kryzysu finansowego, a zarobki Swatcha, największego producenta na świecie, obniżyły się o 47 proc. Popyt z Chin — czyli kluczowy wskaźnik dla rynku — nieznacznie się ostatnio zwiększył, chociaż najprostszym wytłumaczeniem zjawiska są skromniejsze zakupy Chińczyków w Europie, w związku z podwyższonym cłem. Jean-Claude Biver z LVMH, cytowany przez magazyn, najbardziej obawia się jednak popytu pokolenia, którego na luksusowe zegarki jeszcze po prostu nie stać. Kto wie — pyta Jean- -Claude Biver — czy przyszli inwestorzy będą je w ogóle uważali za symbol statusu, przydatne narzędzie albo chociaż przykład dobrego wzornictwa. W każdej z tych ról zaczyna się od jakiegoś czasu sprawdzać smartfon, ale z drugiej strony, szwajcarscy producenci — jak Vacheron Constantin — działają już od połowy XVIII wieku i przeszli w tym czasie niejedno, nie znikając z rynku jak kolejne modele komórek. Zanim więc ich potencjał miałby unicestwić następny nieporęczny iPhone, powinno być trochę czasu na przyjrzenie się paru inwestycyjnym typom z nadchodzącej genewskiej aukcji.

BEZ ŁADOWARKI:
Wyświetl galerię [1/2]

BEZ ŁADOWARKI:

Gabinetowy zegar Atmos 1 działa dzięki najdrobniejszym zmianom warunków atmosferycznych. Wykonany przez Jaeger-LeCoultre ma estymację do 59 tys. zł. [FOT. CHRISTIE’S]  ZAMIAST DESERU: Szwajcarski ser wchodzi w skład koperty Swiss Mad Watch — egzemplarz jest unikatowy, a ze względu na dobroczynny cel licytacji nie podano spodziewanej ceny. CHRISTIE’S

Twój typ to prototyp

Żeby kupić cokolwiek na ważnej licytacji rzadkich zegarków w Christie’s, może wystarczyć około 2 tys. CHF (7,9 tys. zł), bo taką spodziewaną wartość mają w katalogu nawet omegi i roleksy. Jeśli natomiast chcemy się dowiedzieć, co warunkuje na takich aukcjach cenę, trzeba spojrzeć na obiekt najbardziej wartościowy — niekoniecznie najdroższy. Wartość w przypadku unikatowego roleksa Daytona to połączenie kilku elementów, które kolekcjonerzy znajdują zwykle oddzielnie w paru zegarkach. Wyceniony na 150-300 CHF (0,6-1,2 mln zł) model nazywa się Paul Newman, a wiadomo, że aktor nosił akurat najrzadszą z wersji tarcz — w tym przypadku w bardzo nietypowym cytrynowym wariancie i niespotykanym rodzaju blaknięcia. Wystawiony chronograf — zegarek o tzw. komplikacjach, czyli np. funkcji stopera — ma trzy dodatkowe mniejsze tarcze w odcieniu mlecznej czekolady. Kolorystyki nie dobrano w genewskim warsztacie, bo to tzw. tarcze tropikalne, czyli wyblakłe w wyniku różnych czynników z otoczenia. Paul Newman nie jest przecież aż tak wiekowy, bo powstał około 1970 r., ale stopień jego zniszczenia wyraźnie zdążył już podnieść wartość. Łatwiejszy do przyjęcia jest czynnik decydujący o stawce za innego, nawet droższego roleksa ref. 1680. Dom aukcyjny spodziewa się wartości do 500 tys. CHF (2 mln zł) za niby zwyczajnego submarinera w białym złocie — tyle tylko, że modelu w tym materiale w ogóle nie wprowadzono do produkcji. Jeden z trzech istniejących prototypów i jeden z dwóch z niebieską tarczą nie ma wobec tego ceny podyktowanej zawrotem głowy jakiegoś pasjonata, tylko próg stosowny do rzadkości w obiegu. Egzemplarz jest datowany na 1973 r., więc eksperci podejrzewają, że Rolex nie zdecydował się na szlachetniejszy i droższy surowiec ze względu na gospodarczy niepokój, jaki spowodował kryzys paliwowy. Obaw o zbyt drogi materiał nie było natomiast przy tworzeniu trzeciego z roleksów, tzw. Milgaussa z lat 50., z połowę niższą estymacją. Zegarek powstał z myślą o naukowcach pracujących w warunkach, w których pole magnetyczne może obniżać precyzję pomiaru czasu — dzięki grubej kopercie jest odporny na 1 tys. gausów, tymczasem smartfonyprześcigają się w tym, który da radę paru kroplom wody.

Apple albo książę Albert

Apple jednak, zaraz po Roleksie, okazuje się być drugą pod względem wielkości światową marką zegarków, podaje „The Economist”. Trudno przy tym nie odnieść wrażenia, że osiągnięcia branży straciły dawną spektakularność, skoro na tej samej aukcji 15 maja wystawiony będzie obiekt, który spełnił sen o perpetuum mobile. Samodzielnie wprawiający się w ruch zegar gabinetowy — a więc do postawienia na jakimś meblu — jest z około 1934 r. i ma znacznie niższą spodziewaną cenę w przedziale 10-15 tys. CHF (39-59 tys. zł). Jest bardzo wczesnym modelem „Atmos 1”, który działa bez przerwy dzięki substancji wrażliwej na nawet najmniejszą zmianę warunków atmosferycznych. Idea, której sprostać próbował już Leonardo da Vinci, zamknięta jest w dodatku wyjątkowym przezroczystym kloszem na marmurowym cokole — w stylu art déco, oszczędnym, ale dekoracyjnym, typowym dla międzywojnia. Na rynku rzemiosła te dwa krótkie słowa nie są do przeoczenia, bo art déco od kilku lat — również w Polsce — wywołuje relatywnie spore zainteresowanie. Trudno od razu stwierdzić, w jakim stylu jest kolejna warta uwagi pozycja z Christie’s, bo nie dosyć, że nie ma estymacji, to jeszcze nazywa się „Swiss Mad Watch”. Mimo że nie przoduje wiekiem ani szlachetnością materiałów, wyróżnia się chyba najbardziej, bo zegarek sygnowany H. Moser & Cie wykonano m.in. ze szwajcarskiego sera. Unikat ma zostać zlicytowany na rzecz fundacji wspierającej zegarmistrzów tego kraju — dlatego czerwona tarcza ma nawiązywać do jego flagi, a łaciaty pasek z bydlęcej skóry do jego fauny. Mimo że tradycyjny ser został w efektowny sposób wtopiony w kompozytowy materiał, niełatwo przewidzieć wartość zegarka na rynku wtórnym. Jeden jedyny egzemplarz jakiejś wersji roleksa zawsze — o ile nie sprawdzą się prognozy z „The Economist” — będzie poszukiwany przez kolekcjonerów, czego nie można przecież bez wahania powiedzieć o czerwonym unikacie z sera. Na każdej z tak ważnych aukcji da się jednak znaleźć obiekty kompletnie pozbawione odpowiedników na rynku, tym razem między zagarkami zaplątała się nawet pozytywka udekorowana perełkami i emalią. Wykonano ją około 1808 r. i tak naprawdę nie jest nawet zegarkiem, tylko wygrywającym melodyjkę pudełkiem płytek do domino. Spodziewana cena dochodzi do 0,5 mln CHF (2 mln zł), bo nie ma na rynku smartfona, na którym w domino grałaby królowa Wiktoria — z jej pamiętników wiadomo, że lubiła je układać, gdy książę Albert czytał jej na głos.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika Kosmala

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Bomba tyka na rynku zegarków