Bomba w górę

opublikowano: 27-06-2019, 22:00

Nikodem Dyzma, owiany sławą oksfordczyka oraz bywalca królewskiego toru w Ascot, postawił na warszawskich wyścigach 200 zł czysto przypadkowo na trójkę koni: 7, 1, 4. Trafił idealnie

Nikodem Dyzma, owiany sławą oksfordczyka oraz bywalca królewskiego toru w Ascot, postawił na warszawskich wyścigach 200 zł czysto przypadkowo na trójkę koni: 7, 1, 4. Trafił idealnie, gonitwę wygrał całkowity fuks, dlatego wypłata wyniosła co najmniej 100:1. Prasie wytłumaczył swoją intuicję następująco: 7 – bo siódmy dzień tygodnia, 1 – bo pierwszy raz jestem na wyścigach, 4 – bo koń ma cztery nogi.

Osiem dekad. Współczesny widok na padok, po którym oprowadza się konie bezpośrednio przed każdą gonitwą. Przeszklona trybuna I od początku Służewca przeznaczona została dla gości z najbardziej zasobnymi portfelami. Przez lata to kryterium się zdemokratyzowało, ale jej ekskluzywny charakter został utrzymany.
Wyświetl galerię [1/6]

Osiem dekad. Współczesny widok na padok, po którym oprowadza się konie bezpośrednio przed każdą gonitwą. Przeszklona trybuna I od początku Służewca przeznaczona została dla gości z najbardziej zasobnymi portfelami. Przez lata to kryterium się zdemokratyzowało, ale jej ekskluzywny charakter został utrzymany. Fot. Marek Wiśniewski, Narodowe Archiwum Cyfrowe, Tor Służewiec, Muzeum Warszawy, Marek Nelken/BBC

Koński epizod kultowego serialu z 1980 r. nakręcony został na Służewcu. Było to scenariuszowe nagięcie historii — w literackim pierwowzorze „Kariery Nikodema Dyzmy” z 1932 r. takiej sceny nie było, albowiem wtedy służewiecki tor… jeszcze nie istniał. Tadeusz Dołęga-Mostowicz oczywiście mógłby umieścić triumf swojego bohatera na starym torze na Polu Mokotowskim, ale akurat takiego epizodu nie przewidział.

Wyścigowe tradycje znacznie starsze

W naszym cyklu „Było, nie minęło”, przedstawiającym polskie firmy lub instytucje z tradycjami, obserwujemy charakterystyczne zjawisko. Każdy podmiot chce dodać sobie dostojeństwa i dokopuje się do jak najgłębszych korzeni. Ekstremalnym przypadkiem był browar z Lwówka Śląskiego, który powstał jako zakład w drugiej połowie wieku XIX, ale piwo warzono tam po domach już od XIII — zatem wpisał do logo datę 1209. Tor Służewiec wyłamuje się z tego trendu — umieścił w swoim emblemacie motto „Wyścigi konne od 1939 r.”, więc obchodzi 80-lecie, chociaż tradycje gonitw w Warszawie są dwakroć starsze. Jubileusz oczywiście kwalifikuje słynny tor do objęcia wspomnieniowym cyklem.

Tytuł tekstu jest mało oryginalny, ponieważ „Bomba w górę!” to najbardziej powszechny termin wyścigowy znany z wielu artykułów, książek, piosenki Jaremy Stępowskiego z 1971 r. etc. Ale właśnie o takie jednoznaczne skojarzenie chodziło. Zdjęcie przy tytule pozwala laikom zrozumieć, o co z ową bombą idzie. To czerwona kula wspinająca się po maszcie, jej dotarcie na szczyt oznacza start gonitwy. Wtedy na Służewcu słychać drugi sakramentalny termin „Ruuuuuszyły!”, zaś napięcie graczy, trzymających kciuki za ich faworytów, skacze na wysokość bomby. Na wyścigach powtarza się mechanizm psychologiczny znany z kasyn — stawiający pieniądze są naiwnie pewni wygranej, jednak mało kto ma taki fart jak Nikodem Dyzma i wielu przeżywa równie gorzkie, co kosztowne rozczarowanie…

Gonitwy konne na brytyjskim torze królewskim w Ascot zapoczątkowane zostały w 1711 r. U nas pierwszy spontaniczny, lecz udokumentowany wyścig odbył się w Warszawie w 1777 r., czyli u schyłku I Rzeczypospolitej. Na drodze z Woli do Ujazdowa 242 lata temu polska klacz zdystansowała ogiera angielskiego posła. Później nadeszły rozbiory, wojny napoleońskie, powstania — konie walczyły i ginęły, a nie biegały sportowo. W 1841 r. rosyjski zaborca zgodził się jednak na powstanie Towarzystwa Wyścigów Konnych i Wystawy Zwierząt Gospodarskich w Królestwie Polskim. Pierwsze gonitwy w Warszawie odbyły się w tym samym roku, tor długości około kilometra wytyczony został na Polu Mokotowskim. Konkretne tradycje wyścigowe w stolicy mają zatem 178 lat. Po tragedii powstania styczniowego zainteresowanie przygasło, ale w 1880 r. car łaskawca podjął strategiczną decyzję prorozwojową — na warszawskim torze oficjalnie uruchomiony został totalizator. Wprowadzenie do obrotu niemałych pieniędzy to jeszcze jedna ważna tradycja, 139-letnia.

II Rzeczpospolita torem się nie nacieszyła

Odzyskanie niepodległości zastało wyścigi w stolicy na Polu Mokotowskim. W II Rzeczypospolitej odżyły szybko, do czego przyczyniło się uchronienie znakomitych polskich hodowli od zawieruchy wojennej. Powstawały nowe tory m.in. w Poznaniu, Lwowie, nawet zimowy w Zakopanem. Towarzystwo Zachęty do Hodowli Koni (TZHK), kontynuujące działalność zapoczątkowaną w 1841 r., stanęło przed barierą rozwojową w stolicy. Dlatego w 1925 r. kupiło za 590 tys. zł prawie 150 ha gruntu folwarku Służewiec pod nowy kompleks wyścigowy. Nadszedł jednak głęboki kryzys, znalezienie pieniędzy stało się mrzonką. W zupełnie innej sytuacji znalazł się sąsiad toru z Pola Mokotowskiego — warszawskie lotnisko komunikacyjne. Ta inwestycja miała państwowy priorytet i w 1934 r. otwarty został nowy port lotniczy na Okęciu, niedaleko od Służewca. Społeczne przedsięwzięcie TZHK musiało długo poczekać. Pole nadawało się w 1935 r. na miejsce ostatniej defilady wojska przed trumną marszałka Józefa Piłsudskiego, ale infrastruktura sportowa się sypała. Światełko w tunelu zapaliło się dopiero w 1937 r. dzięki finansowemu wsparciu rządu, a konkretnie Ministerstwa Rolnictwa. Hodowle sportowe podnosiły jakość polskich koni, których siła pociągowa miała strategiczne znaczenie dla gospodarki.

Prace budowlane i wykończeniowe Służewca przeciągnęły się do wiosny 1939 r. Powstała perełka architektury hipicznej — największy wówczas i najnowocześniejszy tor wyścigowy Europy. Główny projektant, warszawski architekt Zygmunt Plater-Zyberk (przy współpracy Juliusza Żórawskiego) zebrał doświadczenia z najlepszych obiektów zagranicznych. Stworzył wyścigowe miasteczko, łącząc modne w latach 30. poprzedniego stulecia style funkcjonalistyczny i okrętowy. Służewiec dosłownie objął dwa tory: wyścigowy trawiasty, o obwodzie prawie 2400 metrów, na osi północ — południe oraz treningowy piaszczysty na osi wschód — zachód. Wzdłuż finiszowej prostej zbudowano trzy trybuny skierowane na wschód, by słońce nie biło widzom w oczy podczas popołudniowych gonitw. Z definicji przeznaczone zostały dla różnych klas publiczności. Trybuna I, zwana reprezentacyjną lub członkowską, to przeszklony pawilon przy celowniku (czyli mecie) i padoku. Główna żelbetowa trybuna II obliczona została na ponad 5 tys. widzów, z miejscami stojącymi i siedzącymi. W hali pod nią od zawsze panowała specyficzna atmosfera wyścigowego folkloru — wynikowego podniecenia przemieszanego z zapachami małej gastronomii. Najdalej od celownika wzniesiono trybunę III, z najtańszymi miejscami stojącymi dla 7 tys. widzów, ale nigdy nie została dokończona.

Wspaniały tor posłużył II RP zaledwie trzy miesiące, ostatnie gonitwy rozegrano 31 sierpnia 1939 r. Podczas drugiej wojny światowej kompleks specjalnie nie ucierpiał. Zajęty został przez odwodowe oddziały SS, służył celom rekreacyjnym okupanta, wykorzystywany był także jako trawiaste lotnisko wojskowe. Z tego ostatniego powodu Niemcy wysadzili przeszkadzającą samolotom wieżę ciśnień. W 1944 r. powstanie warszawskie aż tak daleko nie dotarło.

Socjalistyczna oaza legalnego hazardu

Po wojnie wróciła na Służewiec wyścigowa normalność, ale skażona doktryną nowego ustroju. Hipika generalnie uznana została za burżuazyjny przeżytek, stadniny znacjonalizowano, władza ludowa konia widziałaby najchętniej z klapkami na oczach w zaprzęgu. Zdając sobie jednak sprawę z popularności wyścigów, postanowiono nadać im prawidłowe oblicze ideowe. Po zaostrzeniu politycznego kursu zlikwidowane zostało w 1950 r. przedwojenne TZHK. W jego miejsce utworzono Państwowe Tory Wyścigów Konnych (PTWK) z naturalną siedzibą na Służewcu oraz filiami w Sopocie i Wrocławiu — po zmianach granicznych Polska odziedziczyła dwa tory poniemieckie. Mimo uwarunkowań politycznych legenda Służewca rodziła się właśnie w epoce PRL.

Wyścigi odgrywały rolę pewnego wentyla, ponieważ końskie zakłady były jedynym dopuszczonym w socjalistycznym ustroju klasycznym hazardem. Losowe skreślanie numerków w totku i innych grach liczbowych oczywiście również bardzo emocjonowało, ale to jednak inna półka. Wyścigową kasę trzymało państwo, zatem w naturalny sposób kręcił się koło niej nielegalny biznes prywatny. Obstawianie wyników gonitw u tzw. buka było interesem podobnym do wymieniania waluty u cinkciarza — kurs zawsze dawał korzystniejszy, ale zysk obciążało ryzyko oszustwa czy wręcz niewypłacalności firmy krzak (gdyby trafiła się taka przebitka jak Dyzmie…). Obecnie można elektronicznie obstawiać dosłownie wszystko, zatem opowieści o bukach prowadzących dyskretne usługi dla graczy pod osłoną służewieckiej zieleni brzmią archaicznie. Współczesny biznes bukmacherski w Polsce jest jednak zdecydowanie bardziej drapieżny, zaś liczba firm działających bez skrępowania nielegalnie szokuje.

Całkiem realna perspektywa upadku

Na osi 80-letnich dziejów Toru Służewiec kolejnym, po roku 1945, kamieniem milowym stał się 1989. Upadek PRL i przemiany ustrojowe odbiły się na branży wyścigowej jak na wielu innych. Państwowe hodowle trafiły do Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa (AWRSP), powstawały spółki, część sprywatyzowano. W 1993 r. zlikwidowane zostały PTWK, a ich majątek trafił także do AWRSP. Agencja utworzyła jednoosobową spółkę Służewiec Tory Wyścigów Konnych w Warszawie. Funkcjonowała ona do 1999 r., zaś w 2000 r. państwowe udziały przekazane zostały Totalizatorowi Sportowemu (TS). Zmiana filozofii traktowania toru jako obiektu rolnego i uznanie jego specyfiki sportowej była bezdyskusyjnie słuszna. Wkrótce jednak TS utracił prawo organizowania zakładów wzajemnych, zaś w 2001 r. objawił się ustawowo całkiem nowy podmiot.

Polski Klub Wyścigów Konnych (PKWK) to państwowa osoba prawna, nadzorowana przez ministra rolnictwa, której zadaniem jest regulowanie całego sektora — od hodowli po gonitwy. PKWK szukał dla Służewca inwestora. Dwa sezony wyścigowe udało się przetrwać dzięki pieniądzom hodowców, ale potem przyszły ciężkie czasy — paradoksalnie akurat po wejściu Polski w 2004 r. do Unii Europejskiej. Całkiem realny był czarny scenariusz, że po którymś sezonie zgaśnie na torze światło. Na szczęście w 2008 r. nastąpił finansowy zwrot i wyścigowy kompleks wydzierżawił na co najmniej 25 lat znowu Totalizator Sportowy. Najpilniejszym zadaniem stało się uratowanie samych gonitw, w drugiej kolejności zaś — rewitalizacja zabytkowych obiektów. Wysłużona trybuna II została okresowo zamknięta, po generalnym remoncie wróciła jednak do świetności. Jej wewnętrzna hala to obecnie modne miejsce organizowania różnych eventów. W dalszej perspektywie TS chciałby sprowadzić inwestorów nowych obiektów, oczywiście zachowujących modernistyczny styl kompleksu. Odrębnym problemem staje się przełamanie w Polsce kryzysu hodowlanego.

W III RP specyficzną, nieznaną w epoce PRL ścieżką funkcjonowania Toru Służewiec było organizowanie wielkich koncertów światowych gwiazd. Przed oddaniem w 2012 r. Stadionu Narodowego stolica nie miała stałego obiektu spełniającego ich wymagania. Służewiecka przestrzeń (konkretnie — teren toru treningowego) w dekadzie 1997-2007 po aranżacji kilkanaście razy przyjęła wielotysięczne tłumy fanów m.in. U2, Stinga, George’a Michaela, zespołu Rolling Stones. Nie zawitał natomiast gość absolutnie wyjątkowy — Jan Paweł II. Główny tor trawiasty raz był poważnie rozpatrywany jako miejsce papieskiej mszy dla milionowej rzeszy, ale w końcu została odprawiona w centrum miasta. Notabene Wrocław w 1983 r., a Sopot w 1999 r. zorganizowały ogromne msze właśnie na hipodromach.

W roku 80-lecia naturalne jest pytanie, czy zrewitalizowany Służewiec może awansować do roli porównywalnej z brytyjskim torem Ascot. Jest to niemożliwe z podstawowej przyczyny — nie mamy króla/królowej. Łatwiej już gonić klasyków w konkurencji kapeluszy na głowach wyścigowych dam. Najważniejsze, że jubileusz trafia na okres stabilizacji toru i niezagrożonej perspektywy rozwojowej.

Jeszcze niejeden z pechowych graczy na zakończenie sezonu w listopadzie spali program gonitw i przysięgnie sobie, że jego noga więcej na Służewcu nie postanie. Sam w to jednak nie uwierzy i w kwietniu następnego roku znowu w gronie rozemocjonowanych koniarzy będzie niecierpliwie oczekiwał, kiedy pierwsza bomba pójdzie w górę... &

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu