Brak 307 głosów

Jacek Zalewski
opublikowano: 2007-08-13 00:00

Starcie Andrzeja Leppera ze Zbigniewem Ziobrą w sprawie przecieku o akcji CBA to kolejna odsłona tragikomicznego kabaretu, potwierdzającego agonię IV Rzeczypospolitej. W tej sytuacji zrozumiałe jest powszechne przyjęcie z ulgą sobotniej uchwały Rady Politycznej PiS o wcześniejszych wyborach. Uznane zostały one już za pewnik, tymczasem droga prawna do nich jest bardzo wyboista.

Ogólnikowa uchwała upoważnia premiera/prezesa Jarosława Kaczyńskiego do „przeprowadzenia rekonstrukcji rządu oraz podjęcia decyzji umożliwiających rozpisanie przedterminowych wyborów”, ale również do „podjęcia innych decyzji dla dobra Polski, w przypadku zaistnienia nowych okoliczności”. Bezpośrednio w rękach braci Kaczyńskich znajduje się jedynie wyrzucenie ministrów z Samoobrony i LPR, kwestia wyborów jest znacznie bardziej złożona i niepewna.

Obecny Sejm już rozpatrywał i odrzucał wnioski o skrócenie kadencji. 6 kwietnia 2006 r. stosunkiem 206:236, przy 6 wstrzymujących się i 12 nieobecnych, odrzucono wniosek PiS. Wówczas za wyborami opowiedziała się jedynie egzotyczna spółka PiS/SLD, a pozostali byli przeciw. Niedługo potem, 17 października 2006 r. przepadły dwa identycznie brzmiące wnioski PO i SLD — pierwszy 182:243 przy 22 wstrzymujących się i 13 nieobecnych, a drugi 180:242, przy 25 wstrzymujących się i 13 nieobecnych. Do podjęcia uchwały konieczne jest aż 307 głosów za — każdy poseł głosujący przeciw, wstrzymujący się oraz nieobecny wstępuje do ponadpartyjnej frakcji „dietetyków”, którzy za nic nie pozbędą się diet i przywilejów. Pierwsze reakcje na sobotnią uchwałę PiS wskazują, że na razie nie ma mowy o zebraniu się owych 307 „sprawiedliwych”.

Dlatego jeśli Jarosław Kaczyński autentycznie — co pozostaje wątpliwe — dąży do wyborów, od razu powinien wkroczyć na inną ścieżkę prawną. Konstytucyjnie ma dwie możliwości. Pierwsza — to zwrócenie się do Sejmu o wyrażenie rządowi wotum zaufania, co w razie porażki oznacza jego dymisję (już to proponowaliśmy — patrz wydzierka obok). Druga — to złożenie dymisji wprost. Oba warianty uruchomiłyby trzystopniową procedurę klecenia nowego rządu (przećwiczoną w 2004 r. na gabinecie Marka Belki), która nic nie da i skończy się po kilku tygodniach rozwiązaniem Sejmu przez prezydenta. No tak, ale wymagałoby to od braci Kaczyńskich przyznania się do klęski PiS, czego chcą oni właśnie uniknąć.

Aha, między bajki należy włożyć zamiary dotychczasowych koalicyjnych przystawek oraz części opozycji przeforsowania tzw. konstruktywnego wotum nieufności, czyli wymiany w jednym głosowaniu obecnego premiera na innego. Ten plan nie ma sensu, sejmowej większości ani akceptowalnego kandydata. No, chyba że podobnie jak dramatycznej nocy 4/5 czerwca 1992 r. do premierowskiej gry wszedłby znowu inżynier Waldemar Pawlak. Ale takiej powtórki z rozrywki Jarosław Kaczyński chyba by nie przeżył…

Możesz zainteresować się również: