Branża chemiczna boi się dyrektywy UE

Anna Bytniewska
opublikowano: 2002-04-09 00:00

Branża chemiczna obawia się, że dyrektywa UE w sprawie zapobiegania i ograniczania zanieczyszczeń może stać się dla państw UE instrumentem do walki o atrakcyjny dla zachodnich rywali polski rynek. A jest o co grać. Deficyt w handlu chemikaliami wynosi już 22 mld zł.

Polskie firmy z branży chemicznej borykają się z problemem restrukturyzacji. Wygląda na to, że ich prezesi będą mieć kolejny problem. Ostatnio największy niepokój polskiego sektora chemicznego wzbudza konieczność dostosowania zakładów do ostrych, unijnych kryteriów ochrony środowiska. Źródłem obaw jest unijna dyrektywa 96/61 EW w sprawie zintegrowanego zapobiegania i ograniczania zanieczyszczeń (IPPC). Jest to szczytny pomysł, który ma zapobiec nieuczciwej konkurencji na obszarze UE, wynikającej z mniejszych kosztów działalności. Niesie ona ze sobą ryzyko dyskryminacji tych firm, które dysponują mniej zaawansowanymi technologiami. A tak jest w przypadku części polskich firm.

Dyrektywa IPPC nakłada na spółki chemiczne konieczność uzyskania zintegrowanego pozwolenia, wydawanego przez lokalne samorządy. Problem w tym, że aby je uzyskać, firmy muszą spełnić wymagania BAT (Najlepszej Dostępnej Techniki).

— Chodzi o najbardziej efektywny i zaawansowany poziom rozwoju technologii i metod, zgodnie z którymi pracuje konkretna instalacja produkcyjna. BAT określają dokumenty tworzone przez Europejskie Biuro IPPC w Sewilli. Biuro bazuje na materiale opracowanym przez grupy ekspertów, w których skład wchodzą przedstawiciele poszczególnych krajów członkowskich — twierdzi Tomasz Podgajniak, wiceprezes Narodowej Fundacji Ochrony Środowiska.

Na razie udało się wygrać trochę czasu. Polska delegacja wynegocjowała, że operator instalacji musi uzyskać zintegrowane pozwolenie na działalność do 30 października 2007 r.

Branża chemiczna obawia się jednak, że dyrektywa IPPC będzie doskonałym instrumentem w rękach państw członkowskich UE do obrony swoich interesów gospodarczych w sektorze chemicznym, a przede wszystkim skutecznym środkiem w dyskredytowaniu polskich firm w walce o nasz rynek z unijnymi producentami. Dlaczego? Polskie firmy, aby móc w ogóle funkcjonować (bo bez zintegrowanego pozwolenia na działalność nie będzie to możliwe), będą musiały poczynić ogromne nakłady na dostosowanie do unijnych wymogów w zakresie ochrony środowiska. Szacuje się, że jedynie ochrona wód pochłonie ogółem nawet 1,1 mld EUR (prawie 4 mld zł). Biorąc pod uwagę fakt, że finansowa sytuacja branży jest bardzo trudna, możliwości pozyskania środków na ten cel są mocno ograniczone. Zakłady chemiczne obawiają się też, że pieniądze pomocowe z UE na inwestycje będzie trudno uzyskać, ponieważ Bruksela może powiedzieć „stop”, jeżeli taka inwestycja w Polsce zagroziłaby unijnym producentom.

— Firmy chemiczne postulują w związku z tym, żeby opłaty za korzystanie ze środowiska, które obecnie wnoszą do Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, pozostawić im na inwestycje proekologiczne — twierdzi jeden z przedstawicieli branży.

Jest to jednak kropla w morzu potrzeb.

— Wszystko zależy od tego, czym będzie się kierować administracja samorządowa, wydając zintegrowane pozwolenia: w jakim stopniu będzie ona brać pod uwagę założenia zawarte w dokumentach referencyjnych opracowanych przez Europejskie Biuro IPPC, a w jakim uwarunkowania lokalne. Zgodnie z duchem dyrektywy IPPC, te ostatnie są najistotniejsze. Dlatego bardzo ważna jest harmonijna współpraca między lokalnymi samorządami a przemysłem. Zaznaczam jednak, że mamy pewne podejrzenia, że prace nad dokumentami referencyjnymi ocierają się o konkurencję gospodarczą — mówi Ryszard Ścigała, prezes Polskiej Izby Przemysłu Chemicznego i prezes Zakładów Azotowych Tarnów.

Polski rynek jest łakomym kąskiem dla zagranicznych firm chemicznych, które zaczynają się już dusić na swoim podwórku. Koronnym dowodem jest ujemne saldo w handlu zagranicznym chemikaliami, wynoszące obecnie ponad 5,5 mld USD (ponad 22 mld zł). Szczególnie atrakcyjny jest rynek tworzyw sztucznych. Produkuje się ich w Polsce kilkakrotnie mniej na głowę mieszkańca niż w UE.