Branża HR: kadrowe trzęsienie ziemi

Markiewicz Tadeusz, Sosnowska Lidia
29-12-2000, 00:00

Branża HR: kadrowe trzęsienie ziemi

Najbardziej spektakularne odejścia doradców personalnych

Analitycy są zgodni, że w 2000 r. na polskim rynku doradztwa personalnego doszło do prawdziwej rewolucji kadrowej. Z firm — dotychczasowych liderów branży — odchodzili twórcy ich mijającej potęgi. Część agencji nie wytrzymała tego exodusu i wpadła w spore kłopoty.

Przez cały 2000 r. na polskim rynku doradztwa personalnego dochodziło do niespotykanych do tej pory zmian personalnych. Najpierw do trzęsienia ziemi doszło w Neumann Group. Założyciel polskiego oddziału firmy — Mariusz Białek — na początku stycznia zapowiedział, że zamierza odejść z austriackiego holdingu. Według niego, przyczyną rozwodu były różnice, dotyczące strategii Neumanna na polskim rynku, a problemem było „konserwatywne podejście” Wiednia do rekrutacji internetowej. Neumann oficjalnie nie komentował tej sprawy. Według nieoficjalnych informacji, konflikt spowodowały finansowe rozliczenia między austriacką firmą a jej polskim menedżerem. Jesienią okazało się, że Mariusz Białek wystartował z serwisem internetowym Prosperum.

Zmiany dotknęły też firmę z tzw. Wielkiej Piątki — Ernst & Young. Jej szeregi opuścił Krzysztof Kwiecień, kolejna znacząca postać branży polskiego human resources. Według niego, powodem odejścia były zmiany globalne w Ernst & Young i zakup części konsultingowej tej firmy przez Cap Gemini. Krzysztof Kwiecień nie musiał długo czekać na nowego pracodawcę i został partnerem w innej spółce z Big Five — Deloitte & Touche.

Kiepsko się natomiast wiodło SMG/KRC Human Resources. W 2000 r. zarząd tej firmy zmieniał się kilkakrotnie. Exodus znaczących konsultantów, który zapoczątkował dwa lata temu Andrzej Maciejewski, nie został powstrzymany. Z tej firmy — do niedawna jednej z największych w Polsce — odeszli m.in. Joanna i Janusz Tworzyńscy.

Patrzenie na koszty

— Tych zmian nie można traktować jedynie w kategoriach personalnych. W 2000 r. doszło do rozpadu firm doradczych typu „full service”, czyli zajmujących się executive search, search & selection i projektami konsultingowymi. Proszę spojrzeć, co się działo z takimi potentatami, jak Neumann Group, SMG/KRC Human Resources czy Ernst & Young — mówi Andrzej Maciejewski, dyrektor zarządzający Kienbaum Polska.

— Moim zdaniem, kłopoty miały firmy z rozbudowanymi strukturami. Neumann ograniczył działalność i zrezygnował z konsultingu. SMG/KRC HR zaczęło likwidować oddziały regionalne. Na rynku dobrze radzą sobie firmy, które potrafią utrzymać koszty działalności w ryzach — uważa Dariusz Krupa z IPK.

Zdaniem analityków, rynek staje się coraz trudniejszy. Przede wszystkim pojawia się na nim coraz większa liczba podmiotów. Jak twierdzą przedstawiciele już istniejących firm, bardzo często argumentem nowych graczy jest cena lub termin i sposób zapłaty za usługę. Część agencji otrzymuje wynagrodzenie jedynie w przypadku skutecznego obsadzenia stanowiska. To według — naszych rozmówców — „psuje” rynek.

— Jedną z najpoważniejszych bolączek jest nieprzejrzystość efektów działalności polskich firm HR. Wiele z nich aspiruje do tytułu liderów rynku i jak ognia boi się porównań. I wcale nie chodzi tu o wykazanie liczby obsadzonych stanowisk czy osiągniętych przychodów, ale o zbadanie satysfakcji klienta. Mam nadzieję, że w 2001 r. na takie badania zgodzi się przynajmniej część firm z naszej branży — mówi Andrzej Maciejewski.

Pieśń przyszłości

Szefowie firm zgodnie przyznają, że w 2000 r. innym znaczącym wydarzeniem był wysyp internetowych serwisów rekrutacyjnych.

— Internet i human resources to rzeczywiście pieśń przyszłości. Obrazowo mówiąc, wszyscy chcą ją nucić, ale połowa fałszuje — surowo ocenia Andrzej Maciejewski.

Jednak nawet osoby z branży przyznają, że ten rok będzie czasem prawdy.

— Sieciowe firmy oczekują cudów i wierzą, że ich serwisy szybko staną się zyskowne. Tymczasem z sieci na razie korzysta tylko 5 mln osób — zauważa Karolina Skrzynecka, project manager Data Express, firmy zajmującej się m.in. projektami kadrowymi w Internecie.

Według Piotra Wielgomasa z Bigram, technologie zmieniają się szybko, a przyzwyczajenia ludzi niestety nie. Dlatego jest on zadowolony, że spółka nie zaangażowała się znacząco w żaden projekt internetowy.

— Z kilku serwisów internetowych prawdopodobnie zostaną na rynku tylko dwa-trzy — zaznacza Dariusz Krupa.

Jego zdaniem, autorom serwisów o pracy brakuje nowych pomysłów, które wyróżniałyby produkt na tle konkurencji. Poza tym nie mają pieniędzy na ich promocję, która na Zachodzie pochłania gigantyczne kwoty, sięgające nawet setek milionów dolarów.

Co ciekawe, nasi rozmówcy są przekonani, że Internet zacznie odgrywać w rekrutacji znaczącą rolę, ale dopiero za kilka lat. Klienci mogą się z tego cieszyć. Rekrutacja — przynajmniej na niektóre stanowiska — stanie się dużo tańsza.

— Dlatego nie dziwię się, że część firm selekcyjnych już w tej chwili próbuje zaistnieć w sieci. Kto się spóźni, może wypaść z gry. Coraz więcej osób — szukając nowej posady — zajrzy do sieci, a nie na prasowe strony rekrutacyjne — twierdzi Andrzej Maciejewski.

Ostrożniejsze stanowisko zajmuje Karolina Skrzynecka.

— Niektórych stanowisk — na przykład pracowników fizycznych — nie można obsadzać przez sieć. Tu zdecydowanie wygrywa prasa. Zgadzam się, że gazety mogą stracić na sieci, ale nie wypadną z rynku mediów rekrutacyjnych — ocenia Karolina Skrzynecka.

Tadeusz Markiewicz, LID

t.markiewicz@pb.pl

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Markiewicz Tadeusz, Sosnowska Lidia

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Kariera / Branża HR: kadrowe trzęsienie ziemi