Niespójność polskich i unijnych przepisów prawa sprawia, że z naszych granic masowo odpływają ładunki, a branża TSL jest niekonkurencyjna.
Polska Izba Spedycji i Logistyki (PISiL) wzywa rząd do uporządkowania prawa. Według przedstawicieli izby, niespójność rodzimych przepisów celnych i podatkowych z unijnymi stawia branżę TSL w trudnej sytuacji, a wschodnią granicę naszego kraju czyni martwą gospodarczo. W liście sygnowanym przez Józefa Gębaczkę, przewodniczącego komisji ds. celnych PISiL, członkowie izby wzywają do podjęcia kroków, które mają zapobiec grożącemu branży kryzysowi.
— Polskie prawo stawia przed uczestnikami obrotu międzynarodowego o wiele większe wymagania, niż przewiduje to wspólnotowy kodeks celny. Chodzi przede wszystkim o większą ilość dokumentów. Służby celne każdorazowo wymagają kilkunastu dokumentów, nawet od firm, które odprawiają się od lat. W innych państwach unijnych natomiast wymaga się maksymalnie czterech, np. faktury, deklaracji wartości celnej czy świadectwa pochodzenia. Dlatego też postulujemy, by po prostu stosowano tylko i wyłącznie wspólnotowy kodeks celny — mówi Józef Gębaczka.
Uproszczony, nie prosty
Ponadto PISiL wskazuje, że obsługa procedur uproszczonych jest nadmiernie zbiurokratyzowana, przez co czas odprawy jest często dłuższy od standardowej procedury. Urzędy celne w niecałych 3 proc. zatrzymują towar do rewizji celnej. Reszta samochodów musi jednak odczekać co najmniej 2 godziny na zwolnienie, mimo że nie zgłoszono chęci wykonania rewizji reszty towarów.
Dodatkowo polski katalog towarów, których nie można odprawiać w uproszczonej procedurze, jest znacznie większy niż unijny. Przy takich ograniczeniach klienci nie chcą odprawiać się w Polsce. Wolą to zrobić szybciej i bez kłopotów w innych krajach UE i do Polski przywozić towar już dopuszczony do obrotu. Ponadto dyrektorzy izb celnych żądają od agencji wykazów imiennych firm, które będą odprawiane w procedurach uproszczonych. Nie wynika to z żadnych przepisów — wskazuje Józef Gębaczka.
Kolejny problem związany z różnicami w prawie polskim i unijnym, to konieczność każdorazowego występowania o pozwolenie na import tekstyliów z Chin. To utrudnienie powoduje, że tego typu ładunki odpływają z polskich urzędów celnych, przez co do budżetu kraju wpływają mniejsze kwoty z cła, podatku VAT i podatku dochodowego polskich spedytorów, którzy tracą klientów. A towar i tak trafia na polski rynek, tyle że odprawiony gdzie indziej.
Nie chcą płacić nadgodzin
PISiL postuluje też, by godziny pracy urzędów celnych zostały dostosowane do specyfiki pracy i działalności firm w poszczególnych rejonach kraju. Obecnie urzędy są otwarte do godziny 15.00, czasem 16.00.
Wiele firm nie ma możliwości załadunku towaru i w tym samym dniu zgłoszenia do odprawy eksportowej w godzinach pracy urzędów. Tym samym musi czekać do następnego dnia. Niestety, jest to niemożliwe w przypadku towarów łatwo psujących się, jak np. żywność. Aby zapobiec przestojom, firmy zmuszone są do opłacenia nadgodzin celnika. To opóźnia i podraża eksport towarów z Polski — zarzuca Józef Gębaczka.
Izba chce także, by w Polsce zostały przyjęte, sprawdzone w innych państwach UE, rozwiązania dotyczące cła i podatku, a konkretnie rozdzielenia terminu ich płatności. W naszym kraju termin ten wynosi 10 dni od momentu odprawy celnej. W UE cło płacone jest w ciągu 7 dni, a podatek VAT — w ciągu 45 dni. Jak wskazuje PISiL, importerzy wolą odprawiać się np. w Niemczech — wtedy mają możliwość zapłacenia VAT po zakończeniu sprzedaży towaru, a nie po odprawie celnej.
Kontrolować jak się da
Obniżenie konkurencyjności polskich firm spedycyjnych i agencji celnych oraz zmniejszenie wpływów do budżetu państwa powodują również zbyt restrykcyjne kontrole artykułów rolno-spożywczych.
— Większość towarów importowanych jest do naszego kraju za pośrednictwem polskich portów. Towary przewożone w kontenerach zanim trafią do Gdyni, Gdańska czy Szczecina, wcześniej znajdą się w Hamburgu, Bremerhaven czy Antwerpii. Stamtąd na mniejszych statkach, koleją lub poprzez transport samochodowy zostają przewiezione do Polski. Tutaj muszą być poddane licznym szczegółowym kontrolom, szerszym niż w innych państwach członkowskich. Kontrole te generują olbrzymie koszty i wydłużają czas odpraw, co skłania do przenoszenia zleceń na obsługę ładunków do przedsiębiorstw innych państw UE — podaje przykład Józef Gębaczka.
Jako przykład przyjaznych spedytorom przepisów PISiL podaje prawodawstwo w Holandii. Nawet prawo pozawspólnotowe jest tak sformułowane, że nie przeszkadza w rozwoju handlu. Poza Holandią, wśród polskich klientów popularne są także Niemcy, Czechy, Litwa i Austria.