Bruksela godzi się na własny plan dla stoczni

Katarzyna Kapczyńska
opublikowano: 07-11-2008, 00:00

Stocznie znów mają czas na prywatyzację. Czas, którego nie chcą, bo inwestorów potrzebują natychmiast.

Do czerwca w Gdyni i Szczecinie powinni pojawić się inwestorzy

Stocznie znów mają czas na prywatyzację. Czas, którego nie chcą, bo inwestorów potrzebują natychmiast.

Nie ma niespodzianki. Komisja Europejska uznała udzieloną stoczniom pomoc publiczną — szacowaną dotychczas na ponad 3,5 mld EUR — za nielegalną. Ale zaakceptowała też plan sprzedaży do 6 czerwca ich czystego majątku oraz obciążenie stoczni wydmuszek z Gdyni i Szczecina koniecznością zwrotu pomocy. Oczywiście nie będzie ich na to stać, więc zostaną zlikwidowane.

Komisarz przyjedzie…

Aprobata Brukseli nie jest zaskoczeniem. Przecież kilka tygodni temu to sama Neelie Kroes, unijna komisarz ds. konkurencji, zaproponowała takie rozwiązanie. Plan jest niezgodny z polskim prawem, więc resort skarbu musi przygotować specjalną ustawę, która pozwoli na realizację likwidacyjnej prywatyzacji bez wchodzenia syndyka.

Musi też, niczym adwokat diabła, przekonać do tej koncepcji stoczniowców, wierzycieli i kontrahentów. Nie będzie to łatwe. Neelie Kroes zdaje sobie sprawę, że plan jest trudny do zaakceptowania przez stoczniowców, którzy boją się utraty miejsc pracy, ale zapowiada działania aktywizacyjne, by znaleźli zajęcie gdzie indziej.

— Przyjadę do Polski do każdej stoczni, aby osobiście zaprezentować nasze stanowisko — mówi unijna komisarz.

Twarda kobieta naraża się na duże ryzyko. Stoczniowcy bowiem fatalnie oceniają plan Brukseli. Dotychczas za katastrofalny stan sektora winili kolejne rządy, dziś twierdzą, że branżę likwiduje Bruksela. Przedstawicielom firm nie podoba się to, że majątek stoczni będzie można sprzedać w kawałkach, a przyszli inwestorzy nie będą musieli gwarantować utrzymania produkcji statków, więc stocznie po prywatyzacji mogą już nie być stoczniami.

…do stoczni bez kasy

O ile w ogóle doczekają wejścia inwestorów. Pracownicy Stoczni Gdynia szacują bowiem, że na pensje potrzeba miesięcznie około 15 mln zł, a łącznie z finansowaniem produkcji 30-40 mln zł. Podobnie w Szczecinie. Bruksela tymczasem nie chce słyszeć o pomocy publicznej do czasu wejścia inwestorów.

Stocznie tymczasem nie mają pieniędzy na bieżące finansowanie.

— Zostanie powołany operator, który będzie zarządzał sprzedażą majątku i będzie mógł także pomagać w finansowaniu produkcji w toku, ale pieniądze te zostaną zwrócone mu ze sprzedaży stoczniowych aktywów — uspokaja Aleksander Grad, minister skarbu.

Tyle że operator może być powołany dopiero po wejściu w życie specustawy, a ta najwcześniej będzie gotowa w połowie grudnia.

— Ustawa będzie gotowa może w grudniu, może w styczniu, a Stocznia Szczecińska Nowa już musi kontraktować dostawy materiałów, jeśli ma utrzymać ciągłość produkcji, a tylko ona gwarantuje jej zdobycie poważnego inwestora — mówi Zbigniew Urbaniec, szef rady nadzorczej Mostostalu Chojnice, który podtrzymuje zainteresowanie stocznią.

Nie podziela natomiast raczej obaw związkowców, którzy boją się sprzedawania majątku po kawałku, bo — jego zdaniem — raczej trudno znaleźć poważnego inwestora, który kupi majątek stoczniowy, nie pozwalający na zachowanie technologicznego ciągu produkcyjnego.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Katarzyna Kapczyńska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu