Nieuchwalenie budżetu w terminie, przynajmniej formalnie, miało stać się przyczyną rozwiązania parlamentu. Tworzono sprzeczne ekspertyzy prawne: kiedy musi dokument trafić na biurko prezydenta. W momencie, kiedy minęło niebezpieczeństwo rozwiązania Sejmu, ustawa budżetowa przestała budzić czyjekolwiek zainteresowanie. Sejm, jak sprawna maszynka do głosowania, przyjął 30 z 31 poprawek Senatu do budżetu na 2006 rok, gdyż — w istocie — było to naprawianie okresu błędów i wypaczeń, w którym maszynka do głosowania zacięła się, kiedy Lepper i Giertych zamierzali „wybijać się na niepodległość”. Skutecznie im to wyperswadowano, zawarto „pakt trzech” i posłowie grzecznie przegłosowali zwiększenie środków dla wszystkich możliwych kancelarii (prezydenta, premiera, Senatu) i dla ministerstwa skarbu, wygospodarowano nawet dodatkowe pieniądze dla Funduszu Kościelnego i Świątyni Opatrzności Bożej. Skala poprawek, bo ich metodologiczne przesłanki budziły wątpliwości niektórych posłów, czyni je zupełnie nieistotnymi. Tak właśnie, jakby wszyscy stracili zainteresowanie budżetem.
Potwierdza to lansowaną przez nas od jakiegoś czasu tezę, że ustawa budżetowa, pozostająca formalnie najważniejszym aktem prawnym w każdym roku parlamentarnym, w praktyce jest nic nie znaczącym zapisem, mającym niewiele wspólnego z rzeczywistością, wadliwie układanym, obarczonym gigantycznym błędem niedoszacowania lub przeszacowania, słowem: dokumentem zupełnie i do niczego niepotrzebnym. I tak została też uchwalona: mimochodem.