Bugatti Chironi zwierzęce łzy

aktualizacja: 29-11-2017, 22:35

Rembrandt Bugatti brzmi jak bezmyślne pomylenie malarza z Ettorem od samochodów, tymczasem mowa o braciach, którzy stworzyli dwa różne rynki — w tle z warkotem silnika i ciszą zoo, które ochrypło od płaczu

Rynek byka i lamparta

Wyświetl galerię [1/2]

ZAMIAST CHIRONA: Odlew pantery Rembrandta Bugattiego, która wyciąga się na niecałe 80 cm, został sprzedany w Christie’s za 962,5 tys. EUR (4 mln zł). FOT. CHRISTIE’S

Podrywający się słoń, który wieńczy maskę klasycznego modelu Bugatti Royale, istniał naprawdę i podrywał się pewnie w paryskim zoo, w którym nazywano go Rachel. Nie jest figurką z atlasu, tylko portretem powstałym w palcach Rembrandta Bugattiego — brata słynnego konstruktora, który spędzał długie słoneczne godziny w ogrodzie pełnym zwierząt, do czasu, aż klatki i wybiegi nie ucichły na zawsze. Nietrudno zgadnąć, w czyim cieniu jego twórczość pozostawała przez lata, jednak obecnie nie ma nawet potrzeby rozwlekać żadnego rozliczenia, bo rynek pozostawionych przez Rembrandta odlewów jest na tyle mocny, że osamotniony tygrys z brązu sprzedany został za 2,6 mln USD (9,2 mln zł), czyli kwotę śmiało wystarczającą na samochód. Mimo niedługiego życia dorobek autora szacowany jest na około 300 obiektów, przy czym tak jak figury zwierzęce są oddane prawdziwie niezwykle, ludzkim wyczuwalnie czegoś brakuje. Bugattiemu zdarzało się raptownie przejść przez ulicę, żeby nie musieć się z kimś witać, ale z przekroczeniem bramy zoo stawał się najczulszym obserwatorem — takim, który dojrzał każde napięcie ścięgna konia naginającego szyję, by wydobyć kończący się owies z dna worka. Wyceniane obecnie nawet w setkach tysięcy euro figury zwierząt powstawały na miejscu jako modele z plasteliny, żeby w pracowni mógł zostać wykonany właściwy odlew. Czasem żartowano w obliczu kolekcji tych żyraf, kangurów czy jaguarów, że Bugatti zna więcej gatunków od Noego, ale nie stanowiło to przytyków dokuczliwych, bo artysta odniósł międzynarodowy sukces, ledwo osiągając pełnoletniość. Momenty, w których mógł podtrzymywać w dłoniach puchate lwiątka, ustały jednak z wybuchem pierwszej wojny światowej, podczas której rzeźbiarz dźwigał już tylko nosze z rannymi, aż sam zapadł na gruźlicę. Zwierzęta czekały, ale w warunkach ogólnego niedostatku musiały zostać uśpione, żeby nie paść z głodu. Rembrandt odebrał sobie życie niedługo po tym, pozostawiając swoje zoo z brązu w wieku 31 lat.

Chiron dla ubogich

Młodszy brat Rembrandta, Ettore, pozornie nie odstawał od linii, bo z wykształcenia również był artystą, tyle że od młodości zafascynowanym warkotem silnika. Zamiast przełożyć się na drapieżną w wydźwięku sztukę, pasja ukierunkowała go zawodowo i w 1909 r. otworzył swoją fabrykę samochodów, która obecnie — 70 lat po jego śmierci — pyszni się kolejnym, jeszcze doskonalszym modelem niż Veyron. Jak natomiast podaje Bloomberg, nowy Chiron ma się pojawić na grudniowej aukcji motoryzacyjnych ikon w RM Sotheby’s na zachętę, jako kąsek wystawiony od atrakcyjnie niskiego progu. Jedno nie przeczy czasem drugiemu? Zapowiadana na 6 grudnia licytacja „ikony” ma już nawet w tytule katalogu, co może trochę sugerować, że zebrane w nim modele to najwyższej próby klasyki z progami, na które pozwoli sobie tylko majętniejszy św. Mikołaj. Bugatti z estymacją od 3,5 mln USD (12,4 mln zł) ma, zdaniem organizatorów, przyciągnąć uwagę nowych klientów, którzy zaspokoili już apetyt na rynku dzieł sztuki, win czy zegarków. Widocznie to dla nich nota katalogowa jest tak obrazowa, bo oprócz suchej informacji, że to pierwszy Chiron oferowany na aukcji, przygotowana jest równieżokolicznościowa poezja. W opisie czytamy, że gdyby każde z włókien węglowych użytych do konstrukcji podwozia ułożyć jedno za drugim, utworzyłyby abstrakcyjny sznur długości dziewięciokrotnie większej niż stąd do Księżyca. Przy prawie 400 km/h siła odśrodkowa mierzona dla każdej opony byłaby 3,8 tys. razy mocniejsza niż grawitacja — a przy najwyższej prędkości bak byłby pusty po około siedmiu minutach. W związku z tym, że samochód jest zupełnie nowy, ostatnich fantazji z katalogu nie próbowano jeszcze na co dzień, chociaż przebieg 250 mil wskazuje, że egzemplarz został fabrycznie przetestowany. Lakier jest lśniąco czarny, z czerwonymi liniami wywijającymi się groźnie spod płaskiej maski — katalog podaje, że to „Chiron prawdziwie złowieszczy”, co nasuwa się może przy zdjęciu tego, co zobaczy na drodze kierowca, jadący za śmiałym nabywcą. Zamiast dwóch czerwonych światełek po bokach, na czarnym lakierze rozchodzi się tylko długa, żarząca się diabelsko pręga — ale żeby wydobyć ten poetyczny efekt, trzeba wyhamować z własnej woli, a nie na środku skrzyżowania, na gorszym samochodzie.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika Kosmala

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Bugatti Chironi zwierzęce łzy