Bush ostatnią nadzieją dziewic

Karol Jedliński
opublikowano: 29-05-2008, 00:00

Na poznańskiej Malcie zwykle bywają kajakarze. Ale 1 czerwca jakiś prezes zrzuci garnitur i wpadnie polatać z pluskiem.

Nieważka Ważka do Wielkopolski przyjedzie ciężarówką z logo zakładów mięsnych, choć jej kapitanem jest właścicielka firmy dziewiarskiej z Płocka. Sky Shark odpoczywa na działce u teścia, czeka na słońce. Wtedy trójka referentów ds. faktur z Fiata zacznie go dopieszczać. Bush Lordz o zwycięstwo powalczy kijami w wersji turbo. Pterolotnia, wedle obietnic konstruktorów-biznesmenów, zostanie pokryta prawdziwą skórą pterozaura. W konkursach lotów organizowanych przez Red Bulla startują politycy, lekarze jak i pracownicy fabryki proszku do prania. Zawsze było pełno młodych. Jak już trochę podrośli, pozakładali firmy, zostali menedżerami, to i tak nie wyleczyli się ze spadania z sześciometrowej rampy.

— Praca wcale nie jest nudna. Jesteśmy prawie jak księgowi, a prawie robi różnicę. Dużo stresu, bieganiny. I tak sobie siedzimy we trzech, biurko w biurko. Więc nam się wzięło na latanie. Żeby się odstresować — wyjaśnia Paweł Rączka, kapitan ekipy Sky Shark.

Mięso ma transport

Pracują dla Fiata, w Bielsku-Białej. Obsługują faktury z Włoch, kiedy ich Podniebny Rekin wyleguje się na działce. Wstępny projekt pokazuje rozwartą paszczę morskiego potwora z wystającymi nogami. Czyżby to kończyny nieszczęsnego pilota?

— Szczęki się nie zacisną. Poza tym nogi będą ze styropianu, bo pilot ma cykora — śmieje się Paweł Rączka.

Dla oblatywacza zbudowali specjalną klatkę, głównie z listew sosnowych, najtańszego i najpewniejszego materiału. Rekin raczej nie poleci, ma za to robić wrażenie na sędziach.

— Ekonomistom trudno zbudować coś latającego. Nieco tam liznąłem z budowy skrzydła i aerodynamiki, ale nie oszukujmy się: jeśli pilot fiknie koziołka, to się nie zdziwię — zdradza szef zespołu Sky Shark.

Nazwa i koncepcja wpadła szybko, bo i czasu było mało. W telewizji akurat dawali coś o rekinach. Nie ma mowy o takich zbiegach okoliczności w przypadku Nieważkiej Ważki. Szefowa zespołu od trzech lat przechowuje model w halach na płockim Kostrogaju. Mieli wystartować w zawodach lotów w 2005 r. we Wrocławiu, ale imprezę odwołano z powodu wysokiego stanu Odry. Płockie tradycje to zakłady mięsne, petrochemia, no i dziewiarstwo. Tatiana Boguś postawiła na odzieżówkę. W zakładach mięsnych, jako marketingowiec, pracuje Marcin Lipiński. Załatwił u szefa transport. Choć nie jest najlżejszy z ekipy, będzie pilotem.

— Tak mu się oczka świecą na myśl o lataniu. Jak w reklamie: uśmiech dziecka: bezcenny — przyznaje Tatiana Boguś.

Marcin Lipiński nie liczy tylko na efekt. Ma trochę doświadczenia w lataniu i w konstrukcji machin powietrznych. Parę lat temu w Krakowie zadebiutował jako Zegar z Kukułką.

— Nieważka Ważka nawiązuje do przedwojennych projektów szybowców Wrona, Komar czy Salamandra — przekonuje Marcin Lipiński.

Styropian wycinali laserowo oraz podłączonym do prądu drutem. Na to folia termokurczliwa, trochę listew i założenie, że poleci. Jak większość zatopionych w pracę i biznes ekip, cacko sztukują wieczorami. Czasem więcej jest z tego grillowania i popijania trunków, jednak skrzydło wygląda całkiem profesjonalnie, choć najpewniej jest jednorazowe.

Podglądanie w zoo

W tym roku do finału w Poznaniu chciały się dostać tłumy. Zakwalifikowano 46 drużyn, projektów przysłanych do Red Bulla było prawie dziesięć razy więcej. Loty — owszem, produkt marketingowy. Wszędzie logo i nazwa napoju. Ale też świetna zabawa, tak jak igrzyska olimpijskie to nie tylko Coca-Cola. Gdyby wpadli na to marketingowcy soczku marchewkowego czy piwa, pewnie też by chwyciło. Są więc: Bociek Nadzieja Dziewic, Wesoła i Zdrowa Latająca Krowa, Komisja Śledcza czy Latający Stadion Narodowy Model Euro 2100. No i dziesiątki tysięcy kibiców.

— Jesteśmy ambitni: nasz pojazd, być może latający, obleczemy w skórę pterozaura — zaczyna rozmowę Marcin Andrikopulos.

Do końca nie wiadomo, co mówi serio, co żartem. Pewnie gdybym szukał usług wodno-kanalizacyjnych, szef zespołu Pterolotni byłby poważny. W końcu, jako właściciel takiej firmy pojedzie na Maltę. A tak, jest głównie o zabawie.

— Liczę na moje doświadczenie, obmyślamy szczegóły strategii, adrenalina będzie — zapewnia.

Reszta ekipy to rodzina, szef firmy budowlanej i menedżer w dużym sklepie odzieżowym. Andrikopulos ma greckie korzenie, stąd też pewnie temperament odpowiedni na skoki i loty.

— Nie zapominajmy, że pracowałem niegdyś w zoo, podglądnąłem co trzeba.

Struganie z bomby

Pterozaury były królami przestworzy przez jakieś 150 mln lat. Rozpiętość skrzydeł niektórych biła na głowę myśliwce F-16. Pterolotnia będzie nieco mniejsza, od skrzydła do skrzydła z pięć metrów.

— My aż takich lotnych właściwości nie mamy, byleby sobie krzywdy nie zrobić — zaznacza Piotr Czubkowski.

Na co dzień szanowany lekarz pediatria, specjalizujący się w opiece nad pacjentami po przeszczepach wątroby. Wiecznie zalatany, zabiegany. Podobnie jak kolejny z czwórki tworzącej Bush Lordza, czyli Cezary Cyran. Ten prowadzi Galerię Tonów, miejsce, gdzie można do samochodu zamontować wypasiony sprzęt audio i wideo. Ostatnio trafiło się i nowiutkie porsche do podrasowania. Bush Lordz ma być jednak hołdem dla włosko-polskich osiągnięć motoryzacyjnych. Maluch na skrzydłach. A wszystko przez turbogolfa.

— Grywamy w tę odmianę golfa. Miejsca to stare fabryki, forty czy wieżowce. I tak, zniechęceni wycieczką 12 pięter w dół po piłeczki, postanowiliśmy stworzyć pojazd latający, zbierający piłki — wyjaśnia Piotr Czubkowski.

Może w ten sposób troszkę podśmiewają się ze snobistycznego golfowego driving range’u w Królewskim Klubie Golfowym na warszawskim Wilanowie. Na parkingu stoją lexusy i saaby, wszyscy obnoszą się w polo od Versace, zza drzew przeziera siedziba Jana III Sobieskiego, a tu piłki zbiera biały maluch. Może przyda się diagnoza: turbogolf uzależnia. Piotr Czubkowski z drużyną nieograniczają się do Polski. W dżungli w Laosie uczyli robić miejscowych kije z resztek po amerykańskich pociskach, na afrykańskich pustyniach tubylcy strugali sprzęt z drewna.

— Można też popłynąć statkiem po Wiśle i obstrzeliwać cele na brzegu. Superpartię rozegraliśmy ostatnio w starej szkole w Portugalii — nakręca się lekarz pediatra.

Do Bush Lordza pakuje się z dmuchanym fotelem. Kij też powinien się zmieścić. n

Puszka w wodzie

Pierwszy konkurs lotów odbył się w macierzy Red Bulla, Austrii. W 1991 r. w szacownym Wiedniu impreza mogła uchodzić za nieco ekscentryczną. Jej sukces spowodował, że dziś loty organizowane są w 35 krajach na świecie. Zawody rozgrywane są w popularnych miejscach, jak londyński Hyde Park czy nadbrzeża jeziora Michigan w Chicago. Choć każdy powtarza, że liczy się udział i zabawa, to nagrody też są.

W Polsce pierwsze miejsce premiowane jest wyjazdem teamu na dowolne zawody z cyklu Red Bull Air Race 2008, odbywające się w Europie, lub jego równowartością, czyli 25 tys. zł. Inne to m.in. akrobatyczny przelot w dwumiejscowym samolocie lub 15 tys. zł i skok w tandemie ze spadochronem lub 10 tys. zł.

Przelatane potwory

Wymarły 65 mln lat temu, rozróżniono ich już ponad 60 rodzajów. Były mięsożerne, agresywne, ale głównie dla ryb i kalmarów. Oto nieopierzony król ziemskiego nieba przez 150 milionów lat. Teraz po pterozaurach pozostały głównie kości. Z greckiego ich nazwa oznacza skrzydło i jaszczura. Ciekawe, jak smakowałoby takie skrzydełko w sosie tzatziki.

Wariackie loty w liczbach

40

kg Tyle waży Bush Lordz.

59,4

m Tyle wynosi rekord długości lotu w konkursach Red Bulla.

500

zł Tyle średnio ekipy inwestują w pojazd.

Wrona, Komar i Czajka

Polskie szybownictwo przed wojną to przede wszystkim Antoni Kocjan. Pierwszą jego konstrukcją była Czajka. W 1932 r. stworzył szybowiec Wrona, a następnie Komar. Trzy udane szybowce oraz ich ulepszone wersje, Czajka-bis, Wrona-bis i Komar-bis, były budowane w Polsce i na świecie w dużych seriach. W 1937 r. Kocjan skonstruował słynnego Orlika. Jego wersja Orlik 3 zajęła w 1939 r. drugie miejsce w konkursie na standardowy szybowiec przewidywanych letnich igrzysk olimpijskich 1940 r. Podczas wojny Kocjan wykazywał się bohaterstwem i przebiegłością. Jako członek AK, na podstawie fałszywych dokumentów, zamawiał części do broni w niemieckich warsztatach. Zginął zamordowany na Pawiaku w 1944 r.

Karol Jedliński

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karol Jedliński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu