Być albo nie być — Estonią

opublikowano: 15-10-2015, 22:00
aktualizacja: 03-08-2017, 20:49

Niemal nie rozstajemy się z komputerami i smartfonami, ale porozmawiać za ich pomocą z urzędem lub zrobić na nich biznes nadal nie potrafimy. Dlaczego?

CZAS NA PATRIOTYZM GOSPODARCZY: Chciałaby Polska dusza do technologicznego raju, tylko stare grzechy i błędy systemu nie pozwalają. Kształcimy świetnych informatyków i inżynierów, ale zamiast stać się drugą Doliną Krzemową, ryzykujemy, że pozostaniemy krajem opartym na rolnictwie, węglu kamiennym i produkcji podzespołów do niemieckich maszyn. Państwo od lat informatyzuje się za wielkie pieniądze, a zwykły obywatel i tak wszystko musi załatwiać w urzędach, ręcznie wypełniając skomplikowane druczki i brnąc przez czasochłonne procedury. Co trzeba zmienić, żeby dało się poczuć różnicę? Czy Polska ma szansę na to, by gospodarka cyfrowa stała się jej motorem napędowym? O tym dyskutowali przedstawiciele administracji i biznesu, zgromadzeni na Stadionie Narodowym na zorganizowanej przez „Puls Biznesu” debacie z cyklu „Czas na patriotyzm gospodarczy”. Zaczęli od zdiagnozowania kondycji e-państwa AD 2015.

„Czas na patriotyzm gospodarczy”
„Czas na patriotyzm gospodarczy”
to cykl debat z udziałem najważniejszych przedstawicieli administracji i biznesu organizowany od trzech lat przez „PB”. Tegoroczną edycję zainaugurowaliśmy 28 września na Stadionie Narodowym. Relacje ze wszystkich debat do przeczytania i obejrzenia na patriotyzm.pb.pl

Administrator też człowiek

Polska administracja informatyzuje się w coraz szybszym tempie, ale obywatele, którzy chcieliby załatwić urzędowe sprawy, nie wychodząc z domu, muszą uzbroić się w cierpliwość — albo po prostu zaakceptować rzeczywistość, założyć buty, pójść do urzędu i stanąć w kolejce do okienka. Zdaniem Sebastiana Christowa, dyrektora departamentu informatyzacji w Ministerstwie Administracji i Cyfryzacji, w skali od 1 do 10 Polska jest dziś gdzieś między 5 a 6, jeśli chodzi o stopień zaawansowania informatyzacji.

— Czyli właściwie jesteśmy w połowie. Spory impuls dały pieniądze unijne, choć na razie powstały raczej odrębne systemy, które teraz trzeba będzie łączyć i pracować nad ich efektywnością. To nie jest tylko polska przypadłość — w innych, bardziej zaawansowanych krajach, też wyglądało to w ten sposób, że przez dziesięciolecia różne resorty i różne branże pracowały nad odmiennymi systemami i w końcu wygrywały rozwiązania najlepsze, z których użytkownicy chcieli korzystać — oceniał Sebastian Christow.

Według niego, problemem jest percepcja systemów, tworzonych na potrzeby administracji. Tu bowiem, w przeciwieństwie do biznesu, każdą porażkę wytyka się palcami. O ile nie ma nic dziwnego w pragnieniu, by pieniądze publiczne były wydawane dobrze, o tyle nieracjonalne jest oczekiwanie, że budowane od podstaw systemy będą powstawać szybko i od razu zadowalać wszystkich. Zgadzał się z nim Jerzy Goraziński, dyrektor Centrum Projektów Informatycznych, które odpowiada za tworzenie, rozwój i eksploatację systemów, wykorzystywanych przez administrację.

— Administracja ma ten problem, że oczekuje się od niej, by nigdy nie popełniała żadnych błędów — by systemy od początku działały, były efektywne i najlepiej od razu ze sobą zintegrowane. Tak się nie da — mówił Jerzy Goraziński.

Estoński przykład

Tyle usprawiedliwień administracji. A co na to przedstawiciele biznesu? Otóż oni jeździli po świecie i na własne oczy widzieli, że to, czego w Polsce się „nie da”, gdzie indziej się da. I to bez problemów. — Niezbędna jest jednak żelazna konsekwencja i systematyczność. Świetnym przykładem jest Estonia, gdzie od 1996 r. masowo wprowadzano komputery do szkół i rozpoczęto informatyzację całego państwa. Efekty widać — i są one powalające. Nie wychodząc z domu, można tam w kilkanaście minut otworzyć biznes — mówił Rafał Grodzicki, członek zarządu PZU.

Tymczasem w Polsce według wiceprezesa PZU problemy zaczynają się już na etapie szkolnym, bo dzieciom wtłaczane są do głów schematyczne rozwiązania. W efekcie wychodzą z nich wykształceni młodzi ludzie, którzy nie potrafią myśleć kreatywnie i nie podejmują ryzyka — krótko mówiąc, nie mają mentalności start-upowca. By to zmienić i rozwinąć e-państwo, najważniejsze jest porozumienie ponad politycznymi podziałami, które zagwarantuje ciągłość procesu zmian.

— Nie ma szans, by projekty się powiodły, jeśli są tylko elementem krótkoterminowej polityki pojedynczego rządu. Bo potem jest jak w biznesie — zmieni się kierownictwo i nikt nie będzie pamiętał o pierwotnym celu, tylko zacznie się udowadnianie, że poprzednicy byli beznadziejni — mówił Rafał Grodzicki. Loukas Notopoulos, prezes Vivus Finance, opierającego swoją działalność pożyczkową na internecie, zwracał uwagę, że małym krajom łatwiej przodować w innowacjach.

— W Polsce brakuje wielu rozwiązań informatycznych w administracji. W Bułgarii czy Czechach, gdzie też działamy, to wszystko jest zorganizowane lepiej i można szybciej przejść przez procedury. Ale to tak jak z firmami — mnie w organizacji, w której pracuje 300 osób, łatwiej wdrożyć lub wycofać jakieś rozwiązanie niż wielkiej korporacji. Estonię można porównywać z Warszawą, ale nie z całą Polską — mówił Loukas Notopoulos.

Można? Można!

Przykłady z zagranicy mogą jednak okazać się przydatne dla polskich urzędników. — Administracja państwowa sama nie poradzi sobie z takim zadaniem jak informatyzacja. Państwo powinno wymagać i brać, ale nad całością rozwiązań musi pracować prywatny biznes i młodzi innowatorzy. W Izraelu już lata temu oparto model rozwoju nowych technologii na współpracy w trójkącie rząd-armia-uniwersytety i teraz w tym kraju aż roi się

od start-upów — mówił Rafał Federowicz, dyrektor departamentu platform i technologii w T-Mobile Polska. Tymczasem Piotr Alicki, wiceprezes PKO Banku Polskiego, zwracał uwagę na to, że nie trzeba szukać przykładów za granicą, bo samemu można zostać liderem zmian.

— Jeśli chodzi o rozwój usług elektronicznych, to w sektorze bankowym w skali od 1 do 10 jesteśmy blisko 10 — i to nie tylko w opinii rodzimych bankierów. Przy wprowadzaniu rozwiązań kartowych czy bankowości elektronicznej czerpaliśmy jeszcze z obcych wzorców, uczyliśmy się od lepszych, ale teraz, przy technologiach mobilnych, ścigamy się sami ze sobą i to my jesteśmy liderami — mówił Piotr Alicki. W liderowaniu, jak przestrzegał, nie chodzi jednak o to, żeby być liderem — tylko o to, by na końcu zarobić pieniądze.

— Nie chodzi o innowacje dla samych innowacji. Wszystko musi mieć ostatecznie cel biznesowy, a rozwiązania przygotowane przez działy badań i rozwoju nie mogą służyć wyłącznie najbardziej zaawansowanym technologicznie użytkownikom. Chodzi o to, by powszechnie ułatwiały życie — podkreślał Piotr Alicki.

IT do usług

Przedstawiciele biznesu zwracali uwagę na to, że gwoździem do trumny dla wielu projektów informatycznych jest to, że czy to biznes, czy administracja oddaje je całkowicie w ręce specjalistów od IT. A ci troszczą się o system, nie o jego zastosowanie.

— Dla mnie dział IT jest dostawcą dóbr, które trzeba zmonetyzować — i od razu wiedzieć, jak to zrobić. Właściciel musi czuwać nad projektem, dbać o jego ciągłość i o to, by był robiony pod kątem korzystania z niego przez klientów. Działy IT długo miały nad wszystkim kontrolę i nie kończyło się to dobrze, teraz jest często niebezpieczny przechył w drugą stronę, bo klient żąda i wymaga, a często nie ma pojęcia, co jest technologicznie możliwe do wykonania — mówił Janusz Wojtas, członek zarządu Poczty Polskiej. Zgadzał się z nim Rafał Grodzicki.

— Szefem projektu wdrożeniowego nigdy nie powinien być ktoś z działu IT, tylko ktoś, kto wie, co ten projekt ma przynieść całej organizacji. W przeciwnym razie — tak jak to się dzieje w administracji — będą powstawać wyspy, które potem trzeba będzie w ramach żmudnych procesów łączyć ze sobą. I na koniec przyjdzie konsument, który nie będzie mógł szybko zrobić tego, co chce — mówił członek zarządu PZU.

Brak zgrania

Rafał Federowicz zwracał uwagę na to, że główną przeszkodą w rozwoju e-administracji i Polski 2.0 jest to, że powstają już zaawansowane narzędzia, tymczasem nadal nie rozwiązano problemów najprostszych i nie upowszechniono podstawowych usług.

— Fakty są takie, że moja tożsamość nie funkcjonuje realnie w gospodarce. Mówię tu o podpisach cyfrowych czy nowych dowodach osobistych. I to jest elementarny problem, bo potwierdzenie tożsamości jest niezbędne do budowy e-gospodarki — mówił Rafał Federowicz.

Piotr Alicki dodawał, że w codziennym kontakcie czy to z administracją, czy z biznesem brakuje omnikanałowości.

— Chodzi o to, by łatwe stało się przeskakiwanie między kanałem elektronicznym i „analogowym”, czyli na przykład rozpoczynanie procedury na komputerze, kontynuowanie jej na smartfonie i kończenie w okienku lub odwrotnie. Tymczasem zazwyczaj wciąż są to różne, niewspółgrające ze sobą światy — mówił wiceprezes PKO Banku Polskiego.

Brak ambicji

Przedstawiciele biznesu zwracali też uwagę na to, że Polska szybko traci kadry, które mogłyby zapewnić jej awans w tabeli państw innowacyjnych. Bo zamiast rozwijać się w Polsce, wolą robić to samo na Zachodzie, a Dolina Krzemowa nadal brzmi dla nich dużo lepiej niż warszawski Służewiec. — Kapitał zagraniczny poszukuje wysokich stóp zwrotu i wie, że najłatwiej o to w segmencie nowych technologii. U nas start-upowcy są świetnie wykształceni i kreatywni, ale są wysysani na zewnątrz — mówił Loukas Notopoulos.

Podkreślano także, że o ile z tworzeniem ciekawych rozwiązań nie ma większych problemów, o tyle z ich prezentacją i sprzedażą problemy już są — i to ogromne.

— W Nowym Jorku odwiedziłem tamtejszy uniwersytet, który udostępnił całe piętro w środku Manhattanu swoim absolwentom, by w kilkuosobowych zespołach pracowali nad swoimi start- -upami. Pomysły mieli, umówmy się, średnie. Ale od początku myśleli o ich wdrażaniu w skali globalnej, rozpisywali sobie, kiedy wejdą na rynki azjatyckie, a kiedy do Europy. U nas szczytem ambicji jest wejście z Pruszkowa na rynek warszawski, a przecież możliwości i jedni, i drudzy mają takie same — pomstował Rafał Federowicz. Krótko mówiąc: w Polsce jest wiedza na poziomie 2.0, ale kraju 2.0 nie ma i długo nie będzie.

— U nas już studenci są sprzedani zagranicznym korporacjom i pracują w ramach ich projektów od samego początku kariery zawodowej. Nie pracujemy nad własnymi pomysłami, bo wciąż nie ma ku temu warunków — i nad tym, jak zmienić ten stan rzeczy, trzeba się zastanowić — mówił Jerzy Goraziński.

Koniec narzekań

Po litanii narzekań biznesu swoje trzy grosze wtrącił Sebastian Christow z resortu administracji i cyfryzacji. — Słucham z pokorą, bo trzeba się uczyć od biznesu, ale cały czas się zastanawiam, kiedy uznamy, że jesteśmy juz wystarczająco rozwinięci, że wcale nie wleczemy się w światowym ogonie. My sami nie wie-

rzymy w nasz potencjał, nie dostrzegamy, że wiele już zrobiono i jesteśmy gotowi. Administracja ma problem z informowaniem społeczeństwa o istniejących rozwiązaniach, ale podkreślam — te rozwiązania istnieją — mówił przedstawiciel ministerstwa. Rafał Federowicz kontrował, że nawet jeśli administracji udało się stworzyć działający system, to nie potrafi zachęcić obywateli do korzystania z niego.

— W biznesie to jest proste — wiadomo, że trzeba stworzyć mechanizm motywujący do korzystania z nowych rozwiązań. Administracja tego nie robi — mówił przedstawiciel T-Mobile.

— A jak urząd ma to zrobić? Chyba tylko wprowadzając obowiązek, na który będzie się narzekać. I jeszcze trzeba ten obowiązek przepchnąć przez parlament — polemizował Sebastian Christow.

Co robić?

Janusz Wojtas z Poczty Polskiej zwracał uwagę na to, że Polska słabo wygląda pod kątem wydatków na badania i rozwój.

— Co gorsza, mamy złą strukturę tych wydatków, bo mało aktywny jest biznes i ciężar zostaje przerzucony na państwo. Nie będziemy mieli innowacyjnej gospodarki, jeśli nie zmienimy mentalności i nie zaakceptujemy dużo wyższego ryzyka — i mówię to jako członek zarządu spółki kontrolowanej przez skarb państwa. Wszyscy, od pracowników, przez szefów i całe firmy po państwo muszą rozumieć, że bez ryzyka nie ma innowacji. Coś może się nie udać, ale trzeba próbować — mówił Janusz Wojtas. Kończący dyskusję Jerzy Goraziński przypominał, że w okresie rewolucji przemysłowej nie brakowało pomysłów, by na każdym podwórku stawiać maszynę parową z przymocowanym śmigłem, by każdy mógł sobie latać, gdzie zechce.

— Teraz też jesteśmy w takim okresie — mamy krótkotrwały błysk nowych technologii mobilnych i nagle każdy oczekuje, by wszystko dało się załatwić mobilnie, bo pojawiła się nowa zabawka, na której wszyscy chcą zrobić biznes. Państwo nie może działać w ten sposób. Jesteśmy dużą, wielomilionową gospodarką, to jak lotniskowiec, którego nie da się łatwo zawrócić. Projekty informatyczne trwają długo nie z kaprysu, tylko dlatego, że długo trwać muszą — zakończył Jerzy Goraziński.

 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Patronat honorowy

Partnerzy

Partnerzy debaty tematycznej Finansowanie 4.0

Partnerzy debaty tematycznej Przemysł 4.0

Polecane

Ikona zamknięcia