Być jak Richard Branson

Mirosław KonkelMirosław Konkel
opublikowano: 2016-07-24 22:00

Bardziej przypomina rockandrollowca niż biznesmena, lecz nie w stylu bycia tkwi tajemnica jego sukcesu. Czego możesz się nauczyć od jednego z najbardziej „odjechanych” menedżerów na świecie?

Richard Branson, Jack Welch, Józef Wojciechowski… Znakiem rozpoznawczym ludzi sukcesu, których za wzór stawiają magazyny biznesowe, jest magnetyczna osobowość. Charyzma wybitnych menedżerów i przedsiębiorców wpędza w kompleksy — zwłaszcza ludzi z przeciwnego bieguna psychologicznego: nieśmiałych poetów, flegmatyków lub introwertyków, którzy nad relacje interpersonalne przedkładają kontakt z laptopem.

NIE MATURA, LECZ CHĘĆ SZCZERA:
NIE MATURA, LECZ CHĘĆ SZCZERA:
Richard Branson rzucił szkołę w wieku 16 lat, co nie przeszkodziło mu w osiągnięciu sukcesu. Ale tylko dlatego, że brak formalnego wykształcenia zrekompensował doświadczeniem i chęcią ciągłego poznawania nowych rzeczy.
Bloomberg

— Utarło się przekonanie, że osoby wycofane nie mają czego szukać w biznesie. Co do mnie — wolę się nie narzucać, nie jestem z tych, co jak nie drzwiami, to oknem. Gdybym się tym przejmował, nigdy nie założyłbym firmy — mówi Adam Bodziak, który zrezygnował z etatowej pracy w wydawnictwie na rzecz kariery wolnego strzelca w branży public relations (prowadzi agencję Green Light). Według najnowszych badań, człowiek spokojny, cichy, zamknięty w sobie może być w interesach równie skuteczny, jak ekscentryczni szaleńcy z ADHD w rodzaju twórcy imperium Virgin. Nie dość tego, uwielbiający brylować w mediach i na salonach lider wcale nie jest skazany na sukces.

Najlepsi liderzy — zdaniem Jima Collinsa, konsultanta i byłego wykładowcy na Uniwersytecie Stanforda — z przebojowością są na bakier, mają natomiast wyjątkową pokorę połączoną z determinacją w dążeniu do celu. Profesor Collins podzielił przywódców na dwie kategorie: rozkojarzone, zmierzające do wielu bardzo różnych celów lisy i prostolinijne, skoncentrowane tylko na jednej rzeczy jeże. Przyglądając się przez lata najbardziej rentownym amerykańskim korporacjom, odkrył, że zarówno na polu zarządzania, jak i w życiu prywatnymnajwięcej na dłuższą metę osiągają jednak jeże.

Wydają się wprawdzie mniej błyskotliwe i sprytne, lecz całkowite zorientowanie na wyniki z nawiązką im to rekompensuje. Polot i fantazja nie jest być może najsilniejszą stroną jeży, podobnie jak innowacyjność. To im jednak tylko pomaga, bo — jak zauważa Paul Arden, były dyrektor kreatywny agencji reklamowej Saatchi & Saatchi — nadmierna pomysłowość ma również swoje minusy. Zbyt łatwo jest porzucić jedną wizję dla następnej, która wydaje się bardziej pociągająca. Lepiej mieć mało planów i koncepcji, lecz konsekwentnie je realizować.

— Rzadko udaje się od razu. Kto więc rezygnuje zbyt szybko, do niczego jako menedżer lub przedsiębiorca nie dojdzie, choćby miał odwagę Billa Gatesa i intelekt Stevena Hawkinga — twierdzi Adam Bodziak.

Im trudniej, tym lepiej

Wytrwałość to kolejny rys prawdziwego przedsiębiorcy. Potwierdzeniem jest legendarny założyciel Lukas Banku i Eurobanku, zmarły nieoczekiwanie w 2004 r. Mariusz Łukasiewicz. W jednym z wywiadów kilka lat przed śmiercią przyznawał: „Cierpliwości to ja nie mam, ale upór tak. Żeby założyć pierwszą firmę, chodziłem po urzędach dwa lata. Waliłem głową o ścianę, k…. rzucałem, ale dopiąłem swego”.

Biurokracja, podatki, banki odmawiające udzielenia kredytów… Wiele czynników może spowolnić rozwój naszego biznesu. Warto jednak pamiętać, że zewnętrzne uwarunkowania to drobiazg w porównaniu z przeszkodami, które tkwią w nas samych. Wspomnijmy choćby o przekonaniu, że „i tak się nie uda”, albo odczuciu, że nie mamy dość kwalifikacji, dyplomów i certyfikatów. Dla Richarda Bransona brak formalnego wykształcenia to nie problem. Edukację zakończył w wieku 16 lat, a teraz bierze się za ostrą krytykę systemu oświaty.

„Wszędzie na świecie studenci płacą tysiące dolarów całkowicie niepotrzebnie. Długie akademickie kursy są zaprojektowane dla wygody profesorów, a nie dla studentów, ale studenci muszą za nie płacić” — pisze na blogu ekscentryczny miliarder. Skoro wykształcenie nie przesądza o biznesowym sukcesie, to co o nim decyduje? W Wielkiej Brytanii szukano wspólnych cech u self-made milionerów (osoby, które doszły do majątku przemyślnością i pracą). Na podstawie badań znaleziono jeden wyróżnik: 44 proc. tych szczęśliwców ma dysleksję. Jak się to łączy z sukcesem?

Miłosz Brzeziński, trener rozwoju osobistego, w książce „Biznes, czyli kupa ludzi” tłumaczy to bardzo prosto: jeśli ktoś ma takie zaburzenie, to od początku wie, że w życiu jest trudno i trzeba się starać. Uporowi musi jednak towarzyszyć elastyczność, o czym piszą John Mullins i Randy Komisar w książce „Plan B. Otwórz się na nowe, lepsze perspektywy dla twojego biznesu”. „Gdyby twórcy takich firm, jak Google, PayPal lub Starbucks, trzymali się swojego pierwotnego biznesplanu, prawdopodobnie nigdy byśmy o nich nie usłyszeli” — przekonują autorzy.

I radzą, by — zamiast trzymać się perfekcyjnie opracowanej koncepcji działań — zmieniać ją zgodnie z błyskawicznie ewoluującą sytuacją na rynku. Czyli? Jeśli plan A się nie sprawdza, trzeba wprowadzić plan B i C, a może nawet D, E i F. Dokładnie tak niemal od kołyski postępuje Richard Branson. Chwytał się chyba każdego sposobu na zarobienie pieniędzy. Jako mały chłopiec hodował i sprzedawał drzewka, a następnie papugi. Oba pomysły nie wypaliły, co nie ostudziło jego zapału. W wieku 16 lat stworzył kolejne przedsięwzięcie — magazyn „Student”.

Tym razem odniósł sukces. To był początek jego imperium założonego z 400 firm, od linii lotniczych poprzez sklepy z płytami po organizatorów turystyki podwodnej czy kosmicznej. Dziś mawia, że okazje biznesowe są jak autobusy. Zawsze pojawiają się następne...

Lekko nie będzie

Takie nastawienie imponuje Andrzejowi Dybowskiemu, właścicielowi punktu usług poligraficznych. To, że nie poddał się po pierwszych nieudanych próbach, zawdzięcza m.in. „Krokom w nieznane”, autobiografii Bransona, którą cztery lata temu dostał od kolegów ze studiów.

— Otworzyłem sklep z laptopami i drukarkami, ale sprzedaż nie szła, więc po trzech miesiącach go zamknąłem. Porażką okazał się też mój drugi biznes — naprawa sprzętu komputerowego z opcją dojazdu do klienta. Strzałem w dziesiątkę był dopiero punkt ksero, który w krótkim czasie zamienił się w małą drukarnię i agencję graficzną — opowiada Andrzej Dybowski.

Wielu ludzi na założenie firmy decyduje się pod wpływem zawodowej frustracji. Ich tok rozumowania jest taki: skoro mam szefa tyrana, wrednych kolegów i głodową pensję, zwolnię się z pracy, zarejestruję działalność i wszystkie moje problemy znikną jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Nic bardziej mylnego! — Jeśli ktoś sobie nie radzi na czyimś, tym bardziej nie poradzi sobie na swoim — twierdzi Marek Jankowski, przedsiębiorca, autor książki „Pułapki small biznesu. 133 mity, które niszczą twoją firmę”.

— Własna działalność to odpowiedzialność, harówa, stres, niepewność jutra, zarwane noce. Zakładając firmę, trzeba zapomnieć o wolnych weekendach, urlopach czy zalecanej w poradnikach sukcesu równowadze między życiem osobistym a pracą. Również Richard Branson swoją przygodę z biznesem zaczął od wścieknięcia się — na szkołę, na korporacyjny kierat, na mało satysfakcjonujący tryb pracy od ósmej do szesnastej.

Tyle że oprócz negatywnej motywacji miał też wiele atutów, na czele ze wspomnianą determinacją. Od początku wiedział, że biznes to najtrudniejsza z możliwych dróg. Ale kogo to nie przeraża, ten ma szansę odnieść życiowy i zawodowy sukces. I przeżyć przygodę, przy której bledną nawet największe wyzwania pracownika na etacie.

Możesz zainteresować się również: