Jeśli jednak uda się przetrwać, koniec roku może być ciekawy. Jeszcze tylko ten październik - on będzie najgorszy. Trudno przewidzieć, czego potrzeba, by indeksy rosły bardziej zdecydowanie. Gospodarka sprawuje się nieźle, więc chyba tylko jednego: porządnej korekty.
Polska GPW
Dziś rano wielkiego entuzjazmu w
Warszawie nie było, ale wzrosty indeksów o 0,7 - 0,8 proc. to wiadomość dla
byków nie najgorsza. Długo się nią jednak nie nacieszyły. Zwyżka szybko topniała
i jeszcze przed upływem godziny od otwarcia WIG20 zszedł pod kreskę. Próba
powrotu nie była zbyt udana, wskaźnik spędził na minusie większą część dnia.
Dopiero lepsze niż się spodziewano dane zza oceanu, szczególnie dotyczące
wyższej dynamiki sprzedaży detalicznej, spowodowały powrót
optymizmu.
W pierwszej części sesji indeks
największych spółek nie miał zbyt wielu obrońców. Słabo spisywały się papiery
Telekomunikacji Polskiej i Pekao, taniały walory Lotosu, akcje BZ WBK traciły
ponad 2 proc. „Zryw” po publikacji danych z USA nie był zbyt imponujący i
niewiele zmienił. W kategorii najwyższych obrotów przodowały słabnące papiery
Telekomunikacji i Pekao, niemal dwukrotnie wyższe niż w przypadku zwyżkujących
akcji KGHM, niedawnego pupila rynku. WIG20 stracił 0,16 proc. Indeks szerokiego
rynku zyskał 0,3 proc. Wskaźniki małych i średnich firm znów zdają się wracać do
formy. mWIG40 zwiększył swoją wartość o 0,8 proc., a sWIG80 o 1,19 proc. Obroty
wciąż mamy bardzo mizerne. Dziś wyniosły zaledwie nieco ponad miliard
złotych.
Giełdy zagraniczne
Ameryka znów w górę. Strach miał wielkie
oczy, czy to może kolejna „zmyłka”? Azja i Europa w zdecydowanej większości dała
się w poniedziałek oszukać. Wszyscy obawiali się, że na Wall Street stanie się
coś złego, więc początek sesji za oceanem rzeczywiście do najlepszych nie
należał. W dzisiejszych czasach trzeba mieć jednak mocne nerwy, głębokie
kieszenie i dobrą strategię albo refleks. Pięcioletnia hossa, czy półroczny
wzrost, gdy jedzie się z nogą na gazie i akcjami „pod korek”, to zjawiska raczej
wyjątkowe. Teraz trzeba trochę gimnastyki. Czasem jest to gimnastyka
artystyczna, czasem pchnięcie kulą. Amerykanie zaczęli od skoku z trampoliny a
skończyli na biegu przez płotki. Zakończył się on wykrokiem w górę, ale nie
takie dwuboje i figury już widzieliśmy. W każdym razie rekord ponad półrocznej
hossy trzeba w giełdowych annałach odnotować i nie dyskutować z rynkiem. Co
innego jednak dyskutować, co innego trzymać lub tym bardziej kupować
akcje.
Inwestorzy w Azji postanowili
zaryzykować i akcje kupić. Tak przynajmniej można sądzić po zwyżkach wartości
indeksów. Na minusie były jedynie parkiety w Hong Kongu, Tajlandii i na
Filipinach. Pozostałe zaliczyły zwyżki, a ich liderem była giełda w Bombaju,
gdzie tamtejszy indeks zwiększył swoją wartość o prawie 1,5 proc. Nieco mniej
zyskała giełda na Tajwanie. W Chinach wzrosty były raczej symboliczne, Shanghai
B-Share zwyżkował o 0,6 proc. Jeszcze bardziej symboliczny był wzrost w Japonii,
gdzie Nikkei „dźwignął” się o 0,15 proc. w
górę.
Znacznie bardziej powściągliwie do
zwyżek za oceanem podeszli gracze europejscy. Na otwarciu sesji liderem wzrostów
był paryski CAC40, zyskujący 0,3 proc. FTSE rósł o 0,1 proc., a niemiecki DAX o
0,09 proc. W ciągu dnia „dynamika” zmian nie była, mówiąc dyplomatycznie,
porywająca. Jedynym zdarzeniem wartym odnotowania było zejście DAX-a na
niewielki minus po tym, jak okazało się, że indeks nastrojów niemieckich
inwestorów ZEW wzrósł nieco mniej, niż się
spodziewano.
Zmiany wartości indeksów giełd naszego
regionu mogłyby wskazywać, że jednak ochota światowych inwestorów na ryzyko jest
wciąż spora. Wskaźniki w Bukareszcie, Budapeszcie, Moskwie i Sofii zyskiwały
wczesnym popołudniem po 1,2 - 1,7 proc. Ryzyko w Pradze, Rydze i Warszawie
okazało się ponad ich siły. Nasz parkiet, przed kolejną niezbyt chlubną palmą
pierwszeństwa w ostatnich dniach, tym razem uratowały Ryga i Istambuł, gdzie
wskaźniki spadały po około 1,2 proc.
Waluty
Amerykańska waluta wciąż pozostaje bez
szans w starciu z euro. Wczoraj do godziny 16.00 jakoś sobie radziła, trzymając
się poniżej 1,457 dolara za euro. W ciągu kilkudziesięciu minut euro zdrożało do
1,465 dolara i dopiero późny wieczór przyniósł niewielkie odreagowanie do 1,463
dolara za euro. Tylko patrzeć, jak „zielony” osłabnie do poziomu najniższego od
dwunastu miesięcy, czyli do okolic 1,485 dolara za euro. Ciekawe, co na to
powiedzą ceny ropy i złota? Na razie ropa nie tryska siłą i od sześciu tygodni
zdecydowanie tanieje. Jak na słabnącego dolara i kończącą się podobno recesję,
to zachowanie dość nietypowe. Podobnie jest z miedzią. Tylko złoto trzyma fason,
a poziom tego fasonu sięga od kilku dni okolic 1000 dolarów za uncję. Jak tak
dalej pójdzie, rekord wszechczasów będziemy mieli już w trzecim secie. Ostatnie
dwa były „bite” w marcu 2008 r. i w marcu tego roku. W ubiegłym roku jesienna
„dogrywka” się nie powiodła. Może tegoroczna będzie bardziej
skuteczna?
Złoty na wieczornym osłabieniu dolara
nie zyskał zbyt wiele. Kończył dzień na poziomie 2,86 zł za „zielonego”, prawie
4,19 zł za euro i 2,76 za franka.
Wtorkowe przedpołudnie przyniosło
niewielkie wahania wokół 1,46 dolara za euro. Żadnego szaleństwa nie było.
Wygląda na to, że obie waluty „budują” sobie nowy poziom względnej równowagi.
Dopiero słaby początek sesji na Wall Street wzmocnił dolara. Dość spokojnie
zachowywał się także nasz rynek walutowy. Złoty nieznacznie się umacniał,
zyskując po południu wobec głównych walut po 1 - 2 grosze.
Podsumowanie
Nieco optymizmu mieliśmy jedynie na
początku sesji. Im dalej w las, tym było gorzej. Słabość naszego rynku jest
widoczna aż nadto, szczególnie w porównaniu z tym, co dzieje się i za oceanem, i
na zachodzie Europy, i na parkietach naszego regionu. Druga fala optymizmu była
równie mizerna, jak ta z początku sesji. W dodatku pochodziła z importu, zza
oceanu. Wolelibyśmy zdecydowanie, by była „własnego chowu”. Na to się
jednak nie zanosi, mimo że w polskiej gospodarce pozytywów nie brakuje.
Dostrzegają to międzynarodowe instytucje, ostatnio między innymi Komisja
Europejska. Inwestorzy jakoś nie chcą. Nie należy się jednak tym zrażać. Mogą
nie mieć racji. Wielokrotnie przestrzegałem przed kupowaniem akcji „na fali”
entuzjazmu i euforii, czyli najczęściej „na górce”. Jeśli jednak górka będzie
nieco niższa, a nasza strategia przemyślana i horyzont dobrze dobrany… Wkrótce
może być okazja.
Roman
Przasnyski, Główny Analityk Gold Finance