Batalia o europejskie pieniądze na lata 2007-13 rozgorzała na dobre. Na razie uporaliśmy się z rocznym budżetem 2006 — najpierw rozstając się z Anglikami w niezgodzie, a w środę dobijając targu, bo nieco ustąpili. Oprócz sum, które wyznaczają w roku 2006 zupełnie inny poziom płatności (1,01 proc. dochodu narodowego brutto — DNB), niż chciałyby kraje tyleż bogate, co skąpe (poniżej 1 proc. DNB), był to kawałek dydaktyki — nie ma budżetu bez zgody Parlamentu Europejskiego.
To samo dotyczy perspektywy na lata 2007-13. Przygotowania ogniowe do batalii polegają na przeciekach z Londynu, które są czymś w rodzaju filozofii Robin Hooda (po naszemu Janosika) a` rebours. Tony Blair chce łupić biednych i dawać bogatym! Jest to zamysł niesłychanie sprytny i cyniczny, korzystny dla płatników netto, neutralny dla krajów dotychczas wykorzystujących fundusze spójności (Hiszpania czy Grecja), stawiający natomiast pod ścianą nowych, biednych kuzynów ze Wschodu. Ci zaś podatni są na szantaż, bo łakną przewidywalności, czyli możliwie szybkiego uzgodnienia wieloletniej pomocy regionalnej.
W tej sytuacji oparciem staje się niedoceniany w Polsce parlament. Tu nowi i starzy, socjaliści i chadecy, liberałowie i zieloni gotowi są bronić zasady solidarności w Unii Europejskiej. Rozgrzewka przy budżecie 2006 wzmogła bojowe nastroje w Parlamencie Europejskim. Zobaczymy, czy ten sygnał dotarł do księgowych w 25 krajach...
Janusz Lewandowski, europoseł PO