Prawie 72-letni car rządzi Federacją Rosyjską od nocy sylwestrowej 1999/2000, kiedy otrzymał pełnię władzy w prezencie od usuwającego się w cień 69-letniego, schorowanego już Borysa Jelcyna. Prezydentem był w okresie 2000-2008 oraz jest od 2012, zaś premierem najpierw krótko w latach 1999-2000, a potem na własne życzenie w czterolatce 2008-2012, gdy czysto dekoracyjnie na prezydenturę wydelegował wiernego przybocznego Dmitrija Miedwiediewa. Jeśli dożyje do końca piątej kadencji 2024-2030, to szóstą 2030-2036 rozpocznie w wieku prawie 78 lat. Wobec wszelkich krytycznych uwag dotyczących wieku ma znakomite alibi, jako że w tym roku 5 listopada w prawdziwym starciu o prezydenturę USA zmierzą się znacznie starsi od niego weterani – 84-letni Joseph Biden oraz 78-letni Donald Trump. Władimir Putin nie zamierza pójść śladem abdykującego Borysa Jelcyna i nie ustąpi, dopóki zachowa jaką taką świadomość.
Rosjanie rozkaz kremlowskiego cara w zdecydowanej większości potulnie wykonali. Gdyby wybory prezydenta odbywały się stuprocentowo demokratycznie, bez odrzucania rejestracji niewygodnych kandydatów, gigantycznej propagandy, nacisków na uczestnictwo w głosowaniu etc. – Władimir Putin zostałby również wybrany za pierwszym podejściem z ogromną przewagą. Obecnie współzawodniczyli z nim tylko trzej marginalni, koncesjonowani rywale. Gdyby zarejestrowany został ktoś naprawdę alternatywny, to co najwyżej procentowe poparcie dla cara byłoby nieco mniejsze. Zdecydowana większość poddanych odrzuca wydany przez Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze nakaz jego aresztowania z oskarżeniem o zbrodnie wojenne. W bojkocie wyborów, symbolicznie zorganizowanym w niedzielne południe, uczestniczyła jedynie garstka najbardziej światłych i zarazem – co bardzo ważne – najbardziej odważnych Rosjan.
Trzeba pamiętać, że gdy były podpułkownik KGB Władimir Putin został w 1999 r. pierwszy raz premierem, to władzę umocnił bezwzględnym stłumieniem Czeczenii w równie szybkiej co krwawej wojnie. Wynik pierwszych jego wyborów prezydenckich z 2000 r. potwierdził, że Rosjanom taka mocarstwowa twardość bardzo odpowiada, dlatego lejtmotywem ćwierćwiecza rządów Putina stała się właśnie wojna. Chociaż w przerwach między agresjami umiał w perfekcyjny sposób budować wizerunek światowego gołębia, organizując w 2014 r. zimowe igrzyska olimpijskie w Soczi oraz w 2018 r. turniej finałowy piłkarskich mistrzostw świata. Napad w 2022 r. na Ukrainę przekształcił wizerunkowo na użytek wewnętrzny w Trzecią Wojnę Ojczyźnianą, nawiązując do pierwszej antynapoleońskiej w 1812 r. oraz drugiej antyhitlerowskiej 1941-1945. Doskonale trafił w nastroje większości społeczeństwa, co jest zjawiskiem obiektywnym – z pełnoskalową agresją nie zgadza się zaledwie margines Rosjan sparaliżowany strachem przed odpowiedzialnością karną. A także oczywiście rodziny żołnierzy, którzy zginęli – ale dopiero od otrzymania informacji o ich śmierci.
Mimo hipochondrycznej dbałości o zdrowie Władimir Putin zdaje sobie sprawę z nieuchronności upływu czasu. Podczas piątej kadencji zacznie myśleć o przygotowaniu i namaszczeniu następcy, tak na wszelki biologiczny wypadek. Chodzi o to, by nawet po nieuchronnym odejściu twórcy trwał putinizm, czyli mieszanka wielkoruskiego imperialnego szowinizmu z praktycznymi elementami ustroju komunistycznego. Na razie trudno obstawiać, czy tym następcą będzie Dmitrij Miedwiediew – eksperyment z jego fasadową prezydenturą i niedługim premierostwem okazał się niezbyt udany, ale warunek bezwzględnej wierności wobec pana jego wasal spełnia. Zachodni świat, bardzo zasadnie obawiający się możliwej eskalacji wojennych szaleństw Władimira Putina, powinien zatem przyjąć prawdę zapisaną w tytule tego tekstu, ale zarazem przygotowywać się na sytuację – kto po nim.

