Cel w peryskopie

Jacek Konikowski
26-06-2009, 00:00

Błękitne niebo, czyste powietrze... Czy o tym marzy 26 brodatych facetów zamkniętych kilkaset metrów pod wodą w metalowej kiszce? Tak, ale dopiero pod koniec rejsu.

Do zanurzenia! — Okręt obsadzony w alarmie do zanurzenia! — Opuścić pomost! — Zamknąć górny właz! — Zanurzyć okręt na głębokość peryskopową! Sprawdzić szczelność okrętu! — Wyważyć okręt na głębokości peryskopowej pod motor naprzód 90…

Stalowy kadłub z numerem 296 na kiosku znika pod wodą. Zaczyna się pierwszy z wielu "dni świstaka" — nieróżniący się od pozostałych, nudny i monotonny, gdzie czas liczy się od wachty do wachty. Po każdych dwóch kolejnych wykreśla się dzień ze specjalnego kalendarza. Zamiast filmowych emocji jest świadomość, że robią swoje, podczas gdy "tamci, na górze" nawet o tym nie wiedzą. Ich świat to okręty podwodne. I cele.

Torpeda na kłódkę

Wejście do 296 "Bielik" to wyzwanie. Właz przed kioskiem jest tak wąski, że na oko przeciśnie się jedynie szczupak. Ale kucharz, chłop jak dąb, wskakuje do środka z gracją pasikonika. Wprost do przedziału torpedowego.

Pierwsze wrażenie? Ciasno jak w czołgu. ORP "Bielik" to mały okręt. Stojąc przy wyrzutniach, widzisz maszynownię na jego końcu. Raptem 49 m długości. Okręty tej klasy (Kobben) były pomyślane jako podwodne myśliwce. Małe, zwinne, niewidoczne. Ich żądło to 8 torped w wyrzutniach 533 mm. Załadowanie ich do wyrzutni wymaga nie lada ekwilibrystyki.

— Torpedę wsuwa się od dziobu do górnych wyrzutni, z nich ręcznie na przedział i dopiero potem od wewnątrz do pozostałych czterech, ale żeby to zrobić, trzeba wcześniej wymontować część wyposażenia przedziału torpedowego, niemal wszystko oprócz ścianki działowej. Inaczej torpeda się nie zmieści — mówi kmdr ppor. Arkadiusz Teska, który — zanim został dowódcą "Bielika" — zaczynał w dziale torpedowym. Na każdej wyrzutni karteczka z napisem "osuszona". I kłódka.

— Osuszona, znaczy, że niezaładowana. A kłódka chroni manetkę odcięcia kabla. Na wszelki wypadek, żeby nikt przypadkowo nie wyjął kabla telesterowania, gdy torpeda jest wewnątrz — dodaje Teska.

A między wyrzutniami skrzynki z warzywami. Bo tu najchłodniej.

Idziemy dalej. Mijamy dwie piętrowe koje. Na okręcie jest ich 19. A podwodniaków — 26. Obowiązuje zasada "ciepłej koi": ten, kto schodzi z wachty, zajmuje koję wygrzaną przez tego, kto ją zaczyna.

Mijamy mesę. Wszyscy się w niej nie zmieszczą. A telewizor jeden. Nieco dalej, we wnęce, królestwo kucharza — wszystko, od kuchenki i zmywarki po lodówkę, mieści się na powierzchni niewiele większej od budki telefonicznej. Menu? Czasem nawet łosoś i krewetki. I drink.

— Każdy, kto pierwszy raz zanurza się w okręcie podwodnym, przechodzi chrzest. Musi wypić specjalnego drinka: wodę zaburtową z głębokości, na której jest okręt, wzbogaconą o cytrynkę. I to jednym haustem! — mówi Teska.

Krok dalej i jesteśmy w centrum dowodzenia. Z boku stół nawigacyjny z mapą. Nawigator zawsze musi znać odpowiedź na pytanie: Gdzie jesteśmy? Nad nim hydrotelefon — do komunikacji z innymi okrętami podwodnymi. Kompasu nie ma. Tu by wariował. Jest żyrokompas. I oczy dowódcy — peryskop. W nim dwie rączki — lewą ustawia się kąt podnoszenia, prawą przybliżanie. Z peryskopu można przesłać dane do przyrządu kierowania strzelaniem torpedowym. Za plecami monitor "systemu wspomagania systemu dowodzenia". Na nim widać "sytuację hydroakustyczną". Czyli, co w wodzie piszczy. Obok radar. I sonar ostrzegający o pracy innych sonarów. Na przeciwległej burcie obok siebie dwa fotele z drążkami kierowniczymi i błyszczącymi mosiądzem panelami. Trochę staroświeckie.

— Jeden zajmuje sternik kierunku, ale tylko wtedy, gdy pływamy w wynurzeniu. Obok siedzi sternik sterów głębokości: dziobowych i rufowych. Ma echosondę, wyświetlającą, ile metrów mamy pod stępką, autopiloty kierunku i głębokości, trzy głębokościomierze, do 50, 200 i 400 metrów. Najgłębiej zeszliśmy na 186 m, ale w doku ciśnieniowym na 225 m. A tu, obok, moje królestwo, fotel oficera wachtowego mechanika. Dbam o utrzymanie zadanej głębokości i prędkości okrętu — mówi kpt. mar. Dariusz Olas, pierwszy mechanik na "Bieliku". Wszystko to na powierzchni równej wnętrzu samochodu.

Obok kabina dowódcy. Farciarz, jako jedyny ma własną koję na okręcie. A naprzeciwko łazienka. Mniejsza od tej w pociągu. Za to z prysznicem!

— Mamy 5 ton wody. Na wszystko, w tym mycie. Kąpiel co trzy dni pod warunkiem, że każdy zmieści się w limicie 4 litrów. Mało? Kiedyś zrobiliśmy zawody. Wachtowy mechanik zapisywał na liczniku, ile kto zużył na prysznic. Rekordziście starczyły 2 litry — twierdzi Olas.

Nieco dalej "uszy" okrętu — kabina hydroakustyka. Po hałasie potrafi odróżnić statki. Najwięcej rumoru robią kutry rybackie. Statki handlowe są jak pływające orkiestry symfoniczne. Średnia moc akustyczna Kobbena jest nie większa od... kłótni.

— Największy hałas na okręcie podwodnym to trzaśnięcie drzwiami oraz odgłos wentylatorów i sprężarki . Śruba ani silniki tak nie hałasują — mówi Olas.

No właśnie, siłownia. Jest na rufie. W niej dwa wielkie diesle Maybacha Mercedesa, każdy po 600 KM. Jeden zapasowy, drugi… nawet nie wie o istnieniu śruby. Bo sercem okrętu jest trzeci silnik, elektryczny Siemens. Jego 1500 KM napędza wał i śrubę. A Maybachy? Napędzają prądnice zasilające silnik elektryczny i ładują 276 potężnych akumulatorów znajdujących się pod podłogą przedziału torpedowego i w centrum sterowania siłownią

Manekin z kapusty

Okręt w tarapatach, wszyscy na powierzchnię! Załodze zajmuje to góra 10 minut. Ale wszystko zależy od tych, którzy ich szukają. I tego, gdzie znajdą. Na jakiej głębokości.

— Ćwiczyliśmy z Amerykanami na prawie stu metrach transport rannego na pokład batyskafu ratowniczego. Zrobiliśmy manekina z kapusty i położyliśmy na noszach. Chłopcy dołożyli gdzie trzeba dwie większe główki kapusty. Poszło gładko — mówi Olas.

"Bielik" wraz z "Kondorem" brały udział w operacji antyterrorystycznej NATO na Morzu Śródziemnym pod kryptonimem "Active Endeavour".

— Podsłuchujemy łączność na VHF, wykrywamy cele — wszelkie jednostki niezgodne z grafikiem, które nie powinny się pojawić naw danym akwenie. Naprowadzamy na nie siły nawodne. Okręt podwodny jest do tego najlepszy, bo niewidoczny, choć sam obserwuje. Jak jednostka nawodna zobaczy z daleka, że idą do niej okręty, to cała przemycana kontrabanda — bo głównie chodzi o przemyt narkotyków i broni — zaraz znajdzie się za burtą i jest po sprawie. Okręt ma ich na oku, obserwuje — mówi kpt. Grzegorz Łyko.

Najbardziej ich jednak "rajcuje" ostatni dzień manewrów — "dzień wojny".

— Kiedyś szukała nas najnowocześniejsza amerykańska korweta. I nie znalazła — chwali się Teska.

Chociaż oni widzieli ją cały czas. I mieli na celowniku.

 

ORP "Bielik",

numer taktyczny 296

Jeden z czterech okrętów klasy Kobben przekazanych w latach 2002-04 polskiej marynarce wojennej przez marynarkę Norwegii. Bliźniacze okręty to: "Sokół", "Sęp" i "Kondor"

Długość: 49 m

Szerokość: 4,9 m

Zanurzenie: 4,7 m

Wyporność: 430 ton

Uzbrojenie: 8 wyrzutni torped 533 mm

Maksymalna głębokość zanurzenia: 200 metrów

Prędkość maksymalna nawodna: 12 węzłów

Prędkość maksymalna podwodna: 18 węzłów

Zadania: Zwalczanie okrętów podwodnych, nawodnych i transportowców przeciwnika. Rozpoznanie, desant grup rozpoznawczo-dywersyjnych, osłona zespołów okrętów nawodnych.

ORP "Bielik"
Zobacz więcej

ORP "Bielik"

Do zanurzenia! — Okręt obsadzony w alarmie do zanurzenia! — Opuścić pomost! — Zamknąć górny właz! — Zanurzyć okręt na głębokość peryskopową! Sprawdzić szczelność okrętu! — Wyważyć okręt na głębokości peryskopowej pod motor naprzód 90…

Stalowy kadłub z numerem 296 na kiosku znika pod wodą. Zaczyna się pierwszy z wielu "dni świstaka" — nieróżniący się od pozostałych, nudny i monotonny, gdzie czas liczy się od wachty do wachty. Po każdych dwóch kolejnych wykreśla się dzień ze specjalnego kalendarza. Zamiast filmowych emocji jest świadomość, że robią swoje, podczas gdy "tamci, na górze" nawet o tym nie wiedzą. Ich świat to okręty podwodne. I cele.

Torpeda na kłódkę

Wejście do 296 "Bielik" to wyzwanie. Właz przed kioskiem jest tak wąski, że na oko przeciśnie się jedynie szczupak. Ale kucharz, chłop jak dąb, wskakuje do środka z gracją pasikonika. Wprost do przedziału torpedowego.

Pierwsze wrażenie? Ciasno jak w czołgu. ORP "Bielik" to mały okręt. Stojąc przy wyrzutniach, widzisz maszynownię na jego końcu. Raptem 49 m długości. Okręty tej klasy (Kobben) były pomyślane jako podwodne myśliwce. Małe, zwinne, niewidoczne. Ich żądło to 8 torped w wyrzutniach 533 mm. Załadowanie ich do wyrzutni wymaga nie lada ekwilibrystyki.

— Torpedę wsuwa się od dziobu do górnych wyrzutni, z nich ręcznie na przedział i dopiero potem od wewnątrz do pozostałych czterech, ale żeby to zrobić, trzeba wcześniej wymontować część wyposażenia przedziału torpedowego, niemal wszystko oprócz ścianki działowej. Inaczej torpeda się nie zmieści — mówi kmdr ppor. Arkadiusz Teska, który — zanim został dowódcą "Bielika" — zaczynał w dziale torpedowym. Na każdej wyrzutni karteczka z napisem "osuszona". I kłódka.

— Osuszona, znaczy, że niezaładowana. A kłódka chroni manetkę odcięcia kabla. Na wszelki wypadek, żeby nikt przypadkowo nie wyjął kabla telesterowania, gdy torpeda jest wewnątrz — dodaje Teska.

A między wyrzutniami skrzynki z warzywami. Bo tu najchłodniej.

Idziemy dalej. Mijamy dwie piętrowe koje. Na okręcie jest ich 19. A podwodniaków — 26. Obowiązuje zasada "ciepłej koi": ten, kto schodzi z wachty, zajmuje koję wygrzaną przez tego, kto ją zaczyna.

Mijamy mesę. Wszyscy się w niej nie zmieszczą. A telewizor jeden. Nieco dalej, we wnęce, królestwo kucharza — wszystko, od kuchenki i zmywarki po lodówkę, mieści się na powierzchni niewiele większej od budki telefonicznej. Menu? Czasem nawet łosoś i krewetki. I drink.

— Każdy, kto pierwszy raz zanurza się w okręcie podwodnym, przechodzi chrzest. Musi wypić specjalnego drinka: wodę zaburtową z głębokości, na której jest okręt, wzbogaconą o cytrynkę. I to jednym haustem! — mówi Teska.

Krok dalej i jesteśmy w centrum dowodzenia. Z boku stół nawigacyjny z mapą. Nawigator zawsze musi znać odpowiedź na pytanie: Gdzie jesteśmy? Nad nim hydrotelefon — do komunikacji z innymi okrętami podwodnymi. Kompasu nie ma. Tu by wariował. Jest żyrokompas. I oczy dowódcy — peryskop. W nim dwie rączki — lewą ustawia się kąt podnoszenia, prawą przybliżanie. Z peryskopu można przesłać dane do przyrządu kierowania strzelaniem torpedowym. Za plecami monitor "systemu wspomagania systemu dowodzenia". Na nim widać "sytuację hydroakustyczną". Czyli, co w wodzie piszczy. Obok radar. I sonar ostrzegający o pracy innych sonarów. Na przeciwległej burcie obok siebie dwa fotele z drążkami kierowniczymi i błyszczącymi mosiądzem panelami. Trochę staroświeckie.

— Jeden zajmuje sternik kierunku, ale tylko wtedy, gdy pływamy w wynurzeniu. Obok siedzi sternik sterów głębokości: dziobowych i rufowych. Ma echosondę, wyświetlającą, ile metrów mamy pod stępką, autopiloty kierunku i głębokości, trzy głębokościomierze, do 50, 200 i 400 metrów. Najgłębiej zeszliśmy na 186 m, ale w doku ciśnieniowym na 225 m. A tu, obok, moje królestwo, fotel oficera wachtowego mechanika. Dbam o utrzymanie zadanej głębokości i prędkości okrętu — mówi kpt. mar. Dariusz Olas, pierwszy mechanik na "Bieliku". Wszystko to na powierzchni równej wnętrzu samochodu.

Obok kabina dowódcy. Farciarz, jako jedyny ma własną koję na okręcie. A naprzeciwko łazienka. Mniejsza od tej w pociągu. Za to z prysznicem!

— Mamy 5 ton wody. Na wszystko, w tym mycie. Kąpiel co trzy dni pod warunkiem, że każdy zmieści się w limicie 4 litrów. Mało? Kiedyś zrobiliśmy zawody. Wachtowy mechanik zapisywał na liczniku, ile kto zużył na prysznic. Rekordziście starczyły 2 litry — twierdzi Olas.

Nieco dalej "uszy" okrętu — kabina hydroakustyka. Po hałasie potrafi odróżnić statki. Najwięcej rumoru robią kutry rybackie. Statki handlowe są jak pływające orkiestry symfoniczne. Średnia moc akustyczna Kobbena jest nie większa od... kłótni.

— Największy hałas na okręcie podwodnym to trzaśnięcie drzwiami oraz odgłos wentylatorów i sprężarki . Śruba ani silniki tak nie hałasują — mówi Olas.

No właśnie, siłownia. Jest na rufie. W niej dwa wielkie diesle Maybacha Mercedesa, każdy po 600 KM. Jeden zapasowy, drugi… nawet nie wie o istnieniu śruby. Bo sercem okrętu jest trzeci silnik, elektryczny Siemens. Jego 1500 KM napędza wał i śrubę. A Maybachy? Napędzają prądnice zasilające silnik elektryczny i ładują 276 potężnych akumulatorów znajdujących się pod podłogą przedziału torpedowego i w centrum sterowania siłownią

Manekin z kapusty

Okręt w tarapatach, wszyscy na powierzchnię! Załodze zajmuje to góra 10 minut. Ale wszystko zależy od tych, którzy ich szukają. I tego, gdzie znajdą. Na jakiej głębokości.

— Ćwiczyliśmy z Amerykanami na prawie stu metrach transport rannego na pokład batyskafu ratowniczego. Zrobiliśmy manekina z kapusty i położyliśmy na noszach. Chłopcy dołożyli gdzie trzeba dwie większe główki kapusty. Poszło gładko — mówi Olas.

"Bielik" wraz z "Kondorem" brały udział w operacji antyterrorystycznej NATO na Morzu Śródziemnym pod kryptonimem "Active Endeavour".

— Podsłuchujemy łączność na VHF, wykrywamy cele — wszelkie jednostki niezgodne z grafikiem, które nie powinny się pojawić naw danym akwenie. Naprowadzamy na nie siły nawodne. Okręt podwodny jest do tego najlepszy, bo niewidoczny, choć sam obserwuje. Jak jednostka nawodna zobaczy z daleka, że idą do niej okręty, to cała przemycana kontrabanda — bo głównie chodzi o przemyt narkotyków i broni — zaraz znajdzie się za burtą i jest po sprawie. Okręt ma ich na oku, obserwuje — mówi kpt. Grzegorz Łyko.

Najbardziej ich jednak "rajcuje" ostatni dzień manewrów — "dzień wojny".

— Kiedyś szukała nas najnowocześniejsza amerykańska korweta. I nie znalazła — chwali się Teska.

Chociaż oni widzieli ją cały czas. I mieli na celowniku.

 

ORP "Bielik",

numer taktyczny 296

Jeden z czterech okrętów klasy Kobben przekazanych w latach 2002-04 polskiej marynarce wojennej przez marynarkę Norwegii. Bliźniacze okręty to: "Sokół", "Sęp" i "Kondor"

Długość: 49 m

Szerokość: 4,9 m

Zanurzenie: 4,7 m

Wyporność: 430 ton

Uzbrojenie: 8 wyrzutni torped 533 mm

Maksymalna głębokość zanurzenia: 200 metrów

Prędkość maksymalna nawodna: 12 węzłów

Prędkość maksymalna podwodna: 18 węzłów

Zadania: Zwalczanie okrętów podwodnych, nawodnych i transportowców przeciwnika. Rozpoznanie, desant grup rozpoznawczo-dywersyjnych, osłona zespołów okrętów nawodnych.

Do zanurzenia! — Okręt obsadzony w alarmie do zanurzenia! — Opuścić pomost! — Zamknąć górny właz! — Zanurzyć okręt na głębokość peryskopową! Sprawdzić szczelność okrętu! — Wyważyć okręt na głębokości peryskopowej pod motor naprzód 90…

Stalowy kadłub z numerem 296 na kiosku znika pod wodą. Zaczyna się pierwszy z wielu "dni świstaka" — nieróżniący się od pozostałych, nudny i monotonny, gdzie czas liczy się od wachty do wachty. Po każdych dwóch kolejnych wykreśla się dzień ze specjalnego kalendarza. Zamiast filmowych emocji jest świadomość, że robią swoje, podczas gdy "tamci, na górze" nawet o tym nie wiedzą. Ich świat to okręty podwodne. I cele.

Torpeda na kłódkę

Wejście do 296 "Bielik" to wyzwanie. Właz przed kioskiem jest tak wąski, że na oko przeciśnie się jedynie szczupak. Ale kucharz, chłop jak dąb, wskakuje do środka z gracją pasikonika. Wprost do przedziału torpedowego.

Pierwsze wrażenie? Ciasno jak w czołgu. ORP "Bielik" to mały okręt. Stojąc przy wyrzutniach, widzisz maszynownię na jego końcu. Raptem 49 m długości. Okręty tej klasy (Kobben) były pomyślane jako podwodne myśliwce. Małe, zwinne, niewidoczne. Ich żądło to 8 torped w wyrzutniach 533 mm. Załadowanie ich do wyrzutni wymaga nie lada ekwilibrystyki.

— Torpedę wsuwa się od dziobu do górnych wyrzutni, z nich ręcznie na przedział i dopiero potem od wewnątrz do pozostałych czterech, ale żeby to zrobić, trzeba wcześniej wymontować część wyposażenia przedziału torpedowego, niemal wszystko oprócz ścianki działowej. Inaczej torpeda się nie zmieści — mówi kmdr ppor. Arkadiusz Teska, który — zanim został dowódcą "Bielika" — zaczynał w dziale torpedowym. Na każdej wyrzutni karteczka z napisem "osuszona". I kłódka.

— Osuszona, znaczy, że niezaładowana. A kłódka chroni manetkę odcięcia kabla. Na wszelki wypadek, żeby nikt przypadkowo nie wyjął kabla telesterowania, gdy torpeda jest wewnątrz — dodaje Teska.

A między wyrzutniami skrzynki z warzywami. Bo tu najchłodniej.

Idziemy dalej. Mijamy dwie piętrowe koje. Na okręcie jest ich 19. A podwodniaków — 26. Obowiązuje zasada "ciepłej koi": ten, kto schodzi z wachty, zajmuje koję wygrzaną przez tego, kto ją zaczyna.

Mijamy mesę. Wszyscy się w niej nie zmieszczą. A telewizor jeden. Nieco dalej, we wnęce, królestwo kucharza — wszystko, od kuchenki i zmywarki po lodówkę, mieści się na powierzchni niewiele większej od budki telefonicznej. Menu? Czasem nawet łosoś i krewetki. I drink.

— Każdy, kto pierwszy raz zanurza się w okręcie podwodnym, przechodzi chrzest. Musi wypić specjalnego drinka: wodę zaburtową z głębokości, na której jest okręt, wzbogaconą o cytrynkę. I to jednym haustem! — mówi Teska.

Krok dalej i jesteśmy w centrum dowodzenia. Z boku stół nawigacyjny z mapą. Nawigator zawsze musi znać odpowiedź na pytanie: Gdzie jesteśmy? Nad nim hydrotelefon — do komunikacji z innymi okrętami podwodnymi. Kompasu nie ma. Tu by wariował. Jest żyrokompas. I oczy dowódcy — peryskop. W nim dwie rączki — lewą ustawia się kąt podnoszenia, prawą przybliżanie. Z peryskopu można przesłać dane do przyrządu kierowania strzelaniem torpedowym. Za plecami monitor "systemu wspomagania systemu dowodzenia". Na nim widać "sytuację hydroakustyczną". Czyli, co w wodzie piszczy. Obok radar. I sonar ostrzegający o pracy innych sonarów. Na przeciwległej burcie obok siebie dwa fotele z drążkami kierowniczymi i błyszczącymi mosiądzem panelami. Trochę staroświeckie.

— Jeden zajmuje sternik kierunku, ale tylko wtedy, gdy pływamy w wynurzeniu. Obok siedzi sternik sterów głębokości: dziobowych i rufowych. Ma echosondę, wyświetlającą, ile metrów mamy pod stępką, autopiloty kierunku i głębokości, trzy głębokościomierze, do 50, 200 i 400 metrów. Najgłębiej zeszliśmy na 186 m, ale w doku ciśnieniowym na 225 m. A tu, obok, moje królestwo, fotel oficera wachtowego mechanika. Dbam o utrzymanie zadanej głębokości i prędkości okrętu — mówi kpt. mar. Dariusz Olas, pierwszy mechanik na "Bieliku". Wszystko to na powierzchni równej wnętrzu samochodu.

Obok kabina dowódcy. Farciarz, jako jedyny ma własną koję na okręcie. A naprzeciwko łazienka. Mniejsza od tej w pociągu. Za to z prysznicem!

— Mamy 5 ton wody. Na wszystko, w tym mycie. Kąpiel co trzy dni pod warunkiem, że każdy zmieści się w limicie 4 litrów. Mało? Kiedyś zrobiliśmy zawody. Wachtowy mechanik zapisywał na liczniku, ile kto zużył na prysznic. Rekordziście starczyły 2 litry — twierdzi Olas.

Nieco dalej "uszy" okrętu — kabina hydroakustyka. Po hałasie potrafi odróżnić statki. Najwięcej rumoru robią kutry rybackie. Statki handlowe są jak pływające orkiestry symfoniczne. Średnia moc akustyczna Kobbena jest nie większa od... kłótni.

— Największy hałas na okręcie podwodnym to trzaśnięcie drzwiami oraz odgłos wentylatorów i sprężarki . Śruba ani silniki tak nie hałasują — mówi Olas.

No właśnie, siłownia. Jest na rufie. W niej dwa wielkie diesle Maybacha Mercedesa, każdy po 600 KM. Jeden zapasowy, drugi… nawet nie wie o istnieniu śruby. Bo sercem okrętu jest trzeci silnik, elektryczny Siemens. Jego 1500 KM napędza wał i śrubę. A Maybachy? Napędzają prądnice zasilające silnik elektryczny i ładują 276 potężnych akumulatorów znajdujących się pod podłogą przedziału torpedowego i w centrum sterowania siłownią

Manekin z kapusty

Okręt w tarapatach, wszyscy na powierzchnię! Załodze zajmuje to góra 10 minut. Ale wszystko zależy od tych, którzy ich szukają. I tego, gdzie znajdą. Na jakiej głębokości.

— Ćwiczyliśmy z Amerykanami na prawie stu metrach transport rannego na pokład batyskafu ratowniczego. Zrobiliśmy manekina z kapusty i położyliśmy na noszach. Chłopcy dołożyli gdzie trzeba dwie większe główki kapusty. Poszło gładko — mówi Olas.

"Bielik" wraz z "Kondorem" brały udział w operacji antyterrorystycznej NATO na Morzu Śródziemnym pod kryptonimem "Active Endeavour".

— Podsłuchujemy łączność na VHF, wykrywamy cele — wszelkie jednostki niezgodne z grafikiem, które nie powinny się pojawić naw danym akwenie. Naprowadzamy na nie siły nawodne. Okręt podwodny jest do tego najlepszy, bo niewidoczny, choć sam obserwuje. Jak jednostka nawodna zobaczy z daleka, że idą do niej okręty, to cała przemycana kontrabanda — bo głównie chodzi o przemyt narkotyków i broni — zaraz znajdzie się za burtą i jest po sprawie. Okręt ma ich na oku, obserwuje — mówi kpt. Grzegorz Łyko.

Najbardziej ich jednak "rajcuje" ostatni dzień manewrów — "dzień wojny".

— Kiedyś szukała nas najnowocześniejsza amerykańska korweta. I nie znalazła — chwali się Teska.

Chociaż oni widzieli ją cały czas. I mieli na celowniku.

 

ORP "Bielik",

numer taktyczny 296

Jeden z czterech okrętów klasy Kobben przekazanych w latach 2002-04 polskiej marynarce wojennej przez marynarkę Norwegii. Bliźniacze okręty to: "Sokół", "Sęp" i "Kondor"

Długość: 49 m

Szerokość: 4,9 m

Zanurzenie: 4,7 m

Wyporność: 430 ton

Uzbrojenie: 8 wyrzutni torped 533 mm

Maksymalna głębokość zanurzenia: 200 metrów

Prędkość maksymalna nawodna: 12 węzłów

Prędkość maksymalna podwodna: 18 węzłów

Zadania: Zwalczanie okrętów podwodnych, nawodnych i transportowców przeciwnika. Rozpoznanie, desant grup rozpoznawczo-dywersyjnych, osłona zespołów okrętów nawodnych.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Konikowski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Cel w peryskopie