Około 20 tys. Polek i Polaków cierpi z powodu schyłkowej niewydolności nerek i musi być kilka razy w tygodniu dializowana. Co roku, według danych z Polskiego Rejestru Nefrologicznego, dializowanie rozpoczyna 4-5 tys. pacjentów, zwłaszcza starszych, którzy nie mają dużej nadziei na przeszczepienie nerki.
Większość dializ wykonuje się w prywatnych stacjach, które na ich przeprowadzanie — w pełni refundowane — otrzymują pieniądze z Narodowego Funduszu Zdrowia (NFZ). Przedstawiciele branży coraz głośniej mówią, że pieniądze są zdecydowanie za male.
— Spotkaliśmy się z przedstawicielami Ministerstwa Zdrowia i przedstawiliśmy konkretne wyliczenia. Od ponad dekady podstawowa stawka refundacyjna za dializę wynosi 409 zł. Jest obecnie trzecią spośród najniższych w Europie. Lata temu wystarczało to z nawiązką na pokrycie kosztów, ale nawet w normalnych warunkach inflacja przez dekadę uzasadniałaby waloryzację, a warunki normalne nie są: koszty gwałtownie wzrosły, zwłaszcza koszty pracy. Nie jesteśmy w stanie rywalizować o ludzi, zwłaszcza o pielęgniarki, z sektorem publicznym, a stacje dializ w mniejszych ośrodkach przynoszą straty i konieczne może być ich zamknięcie, co oznaczałoby znacznie dłuższe dojazdy dla setek pacjentów — mówi Krzysztof Hurkacz, dyrektor generalny DaVity w Polsce, numeru dwa na krajowym rynku prywatnym.

Koszty w górę
DaVita szacuje, że realny koszt dializy wynosi obecnie 540,5 zł. Prawie 45 proc. z tego to koszty wynagrodzeń, reszta — leków, materiałów medycznych, transportu, energii i wody, sprzątania, utylizacji odpadów medycznych itp.
— W stosunku do stanu przed pandemią fundusz płac wzrósł o jedną czwartą, a i tak byliśmy dla pracowników mniej atrakcyjnym pracodawcą niż sektor publiczny, w którym można było korzystać np. z licznych dodatków covidowych. Państwowego wsparcia na ich wypłacanie nie dostaliśmy, choć pracownicy stale mieli kontakt z zarażonymi pacjentami. Konserwatywnie szacujemy, że stawka NFZ powinna wzrosnąć o co najmniej 40 proc., by wyrównać wzrost wszystkich kosztów — mówi Krzysztof Hurkacz.
Wyceny świadczeń hemodializoterapii ambulatoryjnej, rozliczanej jako świadczenia zdrowotne kontraktowane odrębnie, oparte są na taryfach ogłoszonych w obwieszczeniu prezesa Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji z 29 czerwca 2016 r. W 2019 r. dokonano skorygowania wycen punktowych tych świadczeń, podnosząc je o 3 proc. w związku z ponoszonymi przez świadczeniodawców rosnącymi kosztami, będącymi pochodną wzrostu ogólnych kosztów udzielania świadczeń opieki, w szczególności zwiększającymi się kosztami wynagrodzeń personelu. Należy zauważyć, że cena punktu w zawartej umowie jest każdorazowo określana w wyniku przeprowadzonego postępowania w sprawie zawarcia umowy o udzielanie świadczeń opieki zdrowotnej, co oznacza, że świadczeniodawca wyraził zgodę na taką cenę. Ponadto od dnia 1 kwietnia 2022 r. dokonano podwyższenia ceny punktu przy zastosowaniu wskaźnika 4,5 proc., co oznacza, że faktyczna cena płacona przez NFZ za przedmiotowe świadczenia wzrosła o taką wartość.
DaVita zatrudnia w Polsce ponad 1,5 tys. osób.
— Osoby dializowane zmagają się z licznymi chorobami współistniejącymi i mają obniżoną odporność. Mimo to w pandemii musiały pojawiać się w stacjach dializ trzy razy w tygodniu na kilka godzin, bo bez tego się po prostu umiera. W tej procedurze telemedycyna nie pomoże. Mimo środków ochronnych i zapobiegawczych, często indywidualnego transportu, zakażenia SARS-CoV-2 występowały, a śmiertelność w tej grupie przed szczepieniami była bardzo wysoka i sięgała nawet 30 proc.— tłumaczy Szymon Brzósko, dyrektor medyczny DaVity.
Pandemiczna śmiertelność
Pandemiczne żniwo widać w liczbie dializowanych pacjentów. Przed wybuchem pandemii do stacji dializ DaVity przyjeżdżały 4 tys. osób, teraz 3,7 tys.
— Pamiętajmy, że co roku schyłkowa niewydolność nerek, wymagająca dializ lub przeszczepienia nerki, jest w Polsce diagnozowana u ponad 150 osób na 1 mln, co jest wynikiem plasującym Polskę blisko średniej europejskiej. Ze standardową diagnostyką medyczną w pandemii też było źle i u wielu osób wykryto chorobę za późno. Na szczęście po masowych szczepieniach i ewolucji wariantów wirusa jego zjadliwość jest znaczne mniejsza — pacjenci ciągle się zarażają, ale przestali ciężko chorować i umierać na COVID-19 — mówi Szymon Brzósko.
Finanse pod presją
DaVita, której notowany na giełdzie w Nowym Jorku właściciel jest liderem na amerykańskim rynku, w Polsce jest graczem numer dwa pod względem wysokości przychodów z dializ. Po wchłonięciu tuż przed pandemią stacji niemieckiej grupy B. Braun ma 65 placówek.
W 2020 r. (ostatnie dostępne dane) działalność przyniosła 263 mln zł przychodów. W Polsce większy jest tylko dializowy biznes niemieckiej grupy Fresenius Medical Care.
— Jest 260 stacji dializ z kontraktami NFZ, 65 proc. zabiegów odbywa się w stacjach niepublicznych, za resztę odpowiadają ośrodki w szpitalach publicznych. W przypadku niepublicznych operatorów dializ zagrożona jest przyszłość kilkunastu mniejszych stacji, z których każda obsługuje mniej niż 50 pacjentów. Większe ośrodki z kolei redukują liczbę zmian, bo brakuje personelu, który odpływa do sektora publicznego — mówi Krzysztof Hurkacz.
Rentowność prywatnych graczy na rynku dializ nie wygląda mimo wszystko źle, a przynajmniej nie wyglądała w sprawozdaniach finansowych za 2020 r. DaVita wypracowała 24,5 mln zł EBITDA (zysk operacyjny powiększony o amortyzację) przy marży na poziomie 9,4 proc., a zysku netto zanotowała 11,4 mln zł, o 7 proc. więcej niż rok wcześniej. Skoro zyski są, to po co podnosić stawki?
— W 2020 r. w wynikach widać było, po pierwsze, wpływ konsolidacji przejętych stacji, a po drugie — jednorazowego wsparcia publicznego dla całego sektora ochrony zdrowia w początkowym etapie pandemii. W 2021 r. tych efektów już nie było, natomiast ogromnie wzrosły koszty personelu i astronomicznie wydatki na prowadzenie samych stacji. Trend ten się utrzymuje. Oczywiście branża nagle nie przestała być rentowna, ale placówki w mniejszych ośrodkach, obsługujące po kilkudziesięciu pacjentów, przy utrzymaniu obecnych stawek będą trwale przynosić straty. Żadne przedsiębiorstwo w długiej perspektywie nie może sobie na coś takiego pozwolić — mówi Krzysztof Hurkacz.
Cena leczenia
Przedstawiciele DaVity zastrzegają, że na razie bezpieczeństwo pacjentów nie jest zagrożone.
— Żeby była jasność: pacjenci w Polsce nie zaczną umierać z braku dializ. Przez 20 lat infrastruktura rozwinęła się tak, że sektor prywatny i publiczny mogą im zapewnić bezpieczeństwo w oczekiwaniu na przeszczepienie nerki. Tylko my zainwestowaliśmy w Polsce w ostatnich latach 100 mln zł — mówi Szymon Brzósko.
Problem polega na czymś innym — na jakości leczenia.
— Trzeba o nią dbać i dążyć do ciągłej poprawy, co wpływa na jakość życia pacjentów. Musi nas być stać na zatrudnianie dobrych ludzi i szkolenie ich, a pacjenci, którzy i tak muszą co trzy dni spędzać kilka godzin na dializie, nie mogą tracić na dojazd dodatkowych kilku godzin, bo zwyczajnie stracą szansę na jakąkolwiek normalność w życiu. 20 lat temu, kiedy baza stacji dializ dopiero się rozwijała, pacjenci musieli dojeżdżać do nich po sto i więcej kilometrów. W takich warunkach nawet ci, którzy mogli pracować, nie byli w stanie tego robić. Jeśli nie będzie adekwatnej i regularnej waloryzacji stawki refundacyjnej, cofniemy się do takiego stanu, a wielu pacjentów z mniejszych miejscowości dozna medycznego wykluczenia — mówi Szymon Brzósko.
