W tym tygodniu najprawdopodobniej poznamy szefa Polskich Inwestycji Rozwojowych (PIR), państwowej spółki, która ma rozruszać gospodarkę. „Na tym stanowisku widziałbym doświadczonego bankiera inwestycyjnego, który będzie jednocześnie wystarczająco młody, by działał ofensywnie” — tak na początku stycznia Mikołaj Budzanowski, minister skarbu, opisywał szefa Inwestycji Polskich w rozmowie z „Forbesem”.
Jan Krzysztof Bielecki mówił jesienią ubiegłego roku „Bloombergowi Businessweek”, że powinien to być bankowiec średniego pokolenia, bliżej czterdziestki z doświadczeniem w bankowości korporacyjnej z „nerwem” bankiera inwestycyjnego. Temu profilowi odpowiada niejeden menedżer, ale CV dwóch pasuje najbardziej: Mariusza Grendowicza, byłego prezesa BRE Banku, oraz Cezarego Smorszczewskiego, do niedawna wiceprezesa Aliora i budowniczego tego banku.
Jeszcze w ubiegłym tygodniu rynek uważał, że pewniakiem do stanowiska prezesa jest Cezary Smorszczewski, który miesiąc temu odszedł z Aliora. Od razu pojawiły się spekulacje, że „idzie do Inwestycji Polskich”. Do spółek skarbu państwa nie wchodzi się z ulicy, bo trzeba mieć odpowiednio wysoko postawioną osobę wprowadzającą. Cezary Smorszczewski miał cieszyć się poparciem jednej z najbardziej wpływowych osób w kraju — Jana Krzysztofa Bieleckiego.
— To świetna kandydatura w amerykańskim stylu. Czarek po odejściu z Aliora jest osobą zamożną i nie ubiega się o stanowisko ze względu na pensję. Jest bardzo ambitny i chciałby zrobić coś dużego — mówi znajomy Cezarego Smorszczewskiego.
Inna sprawa, że Inwestycji Polskich nie krępuje ustawa kominowa. Cezary Smorszczewski na debiucie Aliora mógł zarobić nawet około 30 mln zł. W oficjalnym komunikacie bank podał, że grupa kluczowych menedżerów dostała pakiet 2,4 mln akcji o wartości 140 mln zł. Nie wiadomo, ile przypadło Cezaremu Smorszczewskiemu, jest on jednak jednym z trzech ojców założycieli Aliora.
Pieniądze to, jak wiadomo, nie wszystko. Były wiceszef Aliora z niejednego biznesowego pieca chleb jadł. Pracował m.in. w PGNiG, Banku Handlowym. W Pekao, gdzie poznał Jana Krzysztofa Bieleckiego, doszedł do stanowiska wiceprezesa odpowiedzialnego za pion korporacyjny, skąd przeszedł do kierownictwa PKN Orlen, przejmując odpowiedzialność za inwestycje kapitałowe. Był jednym z architektów i akuszerów przejęcia rafinerii w Możejkach.
Nasi rozmówcy twierdzą, że ta transakcja, z perspektywy czasu średnio udana, miała go skłonić do powrotu do służby publicznej, żeby niejako dokończyć rozpoczętą misję w służbie publicznej. Albo motywacja była za słaba, albo na drodze do Inwestycji Polskich pojawiły się niespodziewane przeszkody.
Jeszcze w weekend, kiedy weryfikowaliśmy informacje o kandydaturze Cezarego Smorszczewskiego, przekaz z kilku różnych źródeł jednoznacznie wskazywał na duże szanse tego menedżera. Obok Mariusza Grendowicza miał on najwyższe notowania wśród zgłoszonych aplikacji. Tymczasem wczoraj Cezary Smorszczewski, w rozmowie z „Pulsem Biznesu”, zaprzeczył pogłoskom o swojej kandydaturze.
— Bardzo mi pochlebia, że moje nazwisko pojawia się w takim kontekście oraz to, że moją kandydaturę, jak spekuluje rynek, popiera Jan Krzysztof Bielecki. Podjąłem natomiast decyzję, że przez jakiś czas zajmę się swoimi sprawami i na rynek wrócę w kwietniu, maju — mówi Cezary Smorszczewski.
Pytany, czy zobaczymy go w sektorze prywatnym, czy publicznym, odpowiada, że „jeśli połknie się bakcyla przedsiębiorczości, to ciężko jest potem z tego zrezygnować”.