Nelli Rokita, żona Jana, chce wyzwolić Polki z jarzma niepewności! Gorzko wspomina Lenina, chętnie rozprawia o Bogu.
„Puls Biznesu”: Jak zaczynamy?
Nelli Rokita Arnold, przewodnicząca polskiej sekcji Europejskiej Unii Kobiet: A jak pan chce...
No to lekko: do czego Pani dąży?
Mój cel? Bardzo jasny! Chcę, żeby wszystkie — aktywne! — kobiety w Polsce nie bały się mówić prawdy!
Polki się boją? Kogo?
Może „boją się” to złe określenie. Czasami brak im wiary we własne siły, nie są pewne siebie...
A Pani?
Zawsze byłam.
Chce Pani zrobić karierę polityczną?
Karierę polityczną? W Polsce robią ją ludzie, uważający politykę za coś nadzwyczajnego, elitarnego...
Jak Pani mąż?
Chwileczkę... Mnie to śmieszy! Polityka jest naszym życiem! Nie ma w niej nic elitarnego! Niech sobie wszyscy w końcu uświadomią, że życie w państwie demokratycznym to uprawianie polityki!
Zazdrości Pani mężowi?
Pan zna mój życiorys?
Trochę..
To powinien pan wiedzieć, że już jako dziecko byłam aktywna politycznie. W szkole podstawowej przewodziłam „komandzie” im. Lenina, później całej szkole! W Związku Radzieckim nie miałam poczucia, że mam mniejsze szanse od chłopców. Byłam aktywna, wszystko mi się podobało! To w szkole podstawowej. Gdy miałam 14 lat, zrozumiałam, ile w tym wszystkim było fałszu i manipulacji! Mnie interesują ludzie — przez człowieka poznaję Boga. Kariera polityczna? Nie! Jestem po prostu w organizacji politycznej — Europejskiej Unii Kobiet (EUK).
A kiedy Pani doszła do wniosku, że trzeba walczyć...
Nie walczę!
Jak to nie? Wszystkie kobiety muszą walczyć o swoje — taki feministyczny stereotyp!
Nie rozumiem feministek. Nie wyobrażam sobie robienia czegokolwiek bez wsparcia mężczyzn. Zawsze byłam przez nich kochana — ojca, brata, męża... Wierzyłam przy tym we własne siły, energię i aktywność. To mnie zmusza do myślenia i działania. Potrafię osiągać założone cele. Niestety, wciąż tracę energię na przekonywanie mężczyzn, że inne kobiety też tak potrafią. Oni zawsze mi mówią: „Nelli! Jesteś wyjątkowa, z tobą można się dogadać — bez problemu! Bo z większością kobiet się nie da”.
Ależ Pani wyjątkowa!
Może pan sobie darować... I żeby było wszystko jasne: uważam się za całkiem normalnego człowieka, który — jak każdy — ma pragnienia! Ja ciągle chcę się czegoś nowego uczyć, poznawać...
To kiedy Pani poczuła misję wyzwolenia kobiet z jarzma niepewności?
Kobiety potrafią świadomie korzystać z wolności i łączyć ją z odpowiedzialnością — za dom, dzieci... Nawet za męża! I mają doskonałe pomysły, ale nie mówią o nich. To był dla mnie sygnał. Potrzeba kobiecej organizacji, w której możemy szczerze powiedzieć: czego chcemy, co nam przeszkadza, dlaczego jesteśmy niepewne? Polska kobieta jest już na tyle wykształcona, że może robić dużo więcej, niż siedzieć w domu i gotować mężowi obiadki!
I Pani nie jest feministką...
Oczywiście! Feminizm dawno przeminął! Współczesna kobieta dysponuje olbrzymim potencjałem! Może być wszystkim, mężczyzna — nie! To wielki przywilej!
Słucham?
Niestety! Kobieta jest zazwyczaj mocniejsza psychicznie. Dlatego, myślę, ustępuje mężczyźnie!
Jakbym słyszał feministkę!
Nie!
Co za różnica...
Feministki są przeciw mężczyznom. My kochamy was, mężczyzn, i chcemy z wami pracować. Feministki nie chcą brać odpowiedzialności za mężczyzn i dzieci. Dla nas to pierwszorzędna sprawa. Poza tym wcale wam nie zazdroszczę — polityka uprawiana przez mężczyzn zyskuje coraz mniejszą aprobatę...
Co na to mąż? Z nim też Pani rozmawia w ten sposób?
I on nie jest zadowolony z polityki w dzisiejszej Polsce. Też chce ją zmieniać. Tylko że ja nazywam rzeczy po imieniu i mówię: to niestety polityka męska! I kobiecość może pomóc w stworzeniu lepszego stylu uprawiania u nas polityki!
Kobiety odchamią polską politykę!?
Tak! Posprzątają! Bo kobiety lubią porządek! Ale jeszcze nie są w stanie, bo reguły gry są takie męskie...
Ale przecież już są kobiety w polskim parlamencie.
Większość z nich musi się podporządkowywać zasadom ustalanym przez mężczyzn.
I jak Pani to zmieni?
Powoli. Najpierw musimy mężczyznom udowodnić, że posiadamy wiedzę... Na przykład wciąż musimy być lepsze od was, by pracować na tym samym stanowisku. Ale to żadna katastrofa! W ten sposób się uczymy!
Ponoć się Pani już tak zapamiętała w tej kobiecej aktywności, że mąż się skarży partyjnym kolegom... Mówi, że Pani już nawet obiadów nie gotuje!
Ha, ha, ha... Najlepsze obiady gotuje mój mąż!
Ach tak!
Może problem polega na tym, że nie zawsze mamy czas, by zjeść razem. Z gotowaniem zaś nie ma problemów — raz gotuję ja, raz mąż...
Co się jeszcze zmieniło w Waszym życiu prywatnym po tym, jak Pani została przewodniczącą polskiej sekcji EUK?
Muszę się przyznać: czytałam wszystkie wywiady z mężem...
A teraz on musi czytać wywiad z Panią.
(śmiech)
I jest zadowolony z tego, co Pani robi?
I mój mąż, i przewodniczący Donald Tusk nie do końca wierzyli, kiedy powiedziałam, że w Polsce jest wiele zdolnych, aktywnych kobiet. Szczególnie w małych miasteczkach i na wsi. Powiedzieli: „znajdź je”! I właśnie to robię — jeżdżę po Polsce i szukam!
Rozwiesza Pani plakaty: „aktywna kobieta poszukiwana”?
Dlaczego? To niepotrzebne. Wystarczy zapytać — jedną panią, drugą... I już są informacje. Poznałam mnóstwo wspaniałych kobiet! Wszystko zaczęło się jakieś dwa lata temu, kiedy byłam wiceprzewodniczącą polskiej sekcji EUK, powiedziałam: „dziewczyny otwórzmy się na aktywne kobiety!”. To mój pomysł na organizację! Moja rewolucja!
No i co na to dziewczyny?
Powiedziały: tak!
A Marta Fogler?
Uważała inaczej, ale była w mniejszości... Moja idea wygrała! To dobra myśl: mobilizować kobiety!
Marta Fogler trochę się źle kojarzy...
Urocza osoba.
Ale uwikłana w „warszawską aferę mostową”.
Nie zrozumiałam, jaka była jej wina, o co w tym całym środowisku chodziło... Ciężko mi osądzać koleżankę... Myślę, że jest niewinna.
Ona jest cały czas w Unii?
Tak. W zarządzie. Tylko że nie chce być zbyt aktywna. Rozumiem ją.
A niech Pani powie: kto Pani chciał dopiec tą „szpiegowską” plotką z finałem we „Wprost”?
O tym, że byłam szkolona w KGB?
Tak.
Wie pan... Każdy może mówić, co myśli o drugiej osobie, powinien tylko ponosić za to odpowiedzialność...
Ale o co chodziło?
Założyłam, że jeżeli tak ważna osoba, jak Andrzej Barcikowski, szef ABW, mówi takie rzeczy mojemu mężowi, to już nie plotka, ale wydarzenie, na które trzeba zareagować. Napisałam otwarty list do Pana Barcikowskiego i poinformowałam media, dziennikarzy „Wprost”. Uważałam, że ten fakt trzeba upublicznić. Zrobiłam to natychmiast. To cena popularności, którą płacą osoby publiczne... Ponosimy większą odpowiedzialność za swoje czyny. Ludzie muszą mieć prawo zapytać nas: co robisz? kim jesteś? I mamy obowiązek udzielenia im pełnej odpowiedzi... A na próby dyskredytacji trzeba reagować. Jeśli nie mamy nic na sumieniu, pokażmy to!
„Newsweek” pisał, że jest Pani źródłem niesnasek między Janem Rokitą i Donaldem Tuskiem. Podano dwa przykłady. Pierwszy: przewodniczący Tusk protestował przeciw Pani kandydowaniu do Parlamentu Europejskiego — mąż ustąpił. Drugi: podczas wizyty polskich parlamentarzystów u papieża mąż nalegał, by — zamiast niego — Pani spotkała się z Janem Pawłem II; uległ Tusk. To prawda?
Tak. Każda aktywna kobieta wzbudza u mężczyzn może nie zazdrość, ale niepewność! Mój mąż to realista i wie, jak ważne jest mieć w zespole kobietę. A Pan przewodniczący Tusk (cenię go i szanuję — wspaniały człowiek!)? — może trochę przez to, że jest Kaszubem, jeszcze chyba nie docenia roli kobiety...
Może jednak zazdrości Janowi Rokicie żony?
Pan żartuje! To mnie zazdroszczą — męża!
Na czym polega takie małżeństwo publiczno-polityczne?
Dla mnie zawsze było jasne, że moim mężem może być osoba, która na tym świecie żyje świadomie. Nie rozumiem ludzi, którzy nie robią niczego. Zawsze szukałam osób, które chcą zmieniać świat... To nie przypadek, że wybrałam takiego męża! Zawsze powtarzam, że trafiłam lepiej od niego, bo znalazłam ciekawego człowieka, który jest bardzo inteligentny, oczytany i posiada wielką wiedzę... Chciałam takiego życia!
Ale jak to z Wami jest? Ciągle gadacie o polityce? Nawet kiedy mąż wraca z Sejmu po przegranym głosowaniu, to klepie go Pani po ramieniu, mówiąc: „Nie martw się, Jasiu — i tak będziesz premierem”?
Proszę pana... Często rozmawiamy o polityce, ale nasze ulubione tematy to rozmowy o Bogu, książkach... Jestem zadowolona z tego związku, bo jest oparty na uczciwości — staramy się nie okłamywać, pomagać sobie nawzajem. Nie zawsze się wszystko udaje, ale w większości przypadków tak jest.
Chciałaby Pani, aby został premierem?
To decyzja Jasia, nie moja. Zawsze wierzyłam w jego skuteczność i prawdziwe, szlachetne zamiary. I bez względu na to, za jakie zadania się weźmie, to na pewno zawsze będzie się starał zmieniać polską rzeczywistość na lepszą. I o to chodzi! Ja w to wierzę!
Ale chyba głównie w siebie?
Pewnie! I wszystkim tego życzę...
