Ciepło Kaukazu

Bartosz Krzyżaniak
26-08-2011, 15:45

Za oknem coraz pochmurniej, słońce zachodzi szybciej, a pociągi jeżdżą wolniej. Wakacje się kończą, a im mniej lata wokół, tym więcej wspomnień w głowie. Moje dotyczą przełomu maja i czerwca, gdy z grupą motocyklowych zapaleńców ze stowarzyszenia Moto-Experience, pod patronatem „Business Class”, przemierzaliśmy południową stronę Kaukazu.

Droga wiodła nas przez Słowację, Węgry, gdzie zatrzymaliśmy się w stolicy bogatego winem regionu – Tokaju – i Rumunię, kuszącą przepiękną trasę przez Góry Fogarskie – zachciankę Nicolae Ceausescu  –której budowę okupiono co najmniej dziesiątkami ofiar. Udało nam się jednak zobaczyć zaledwie początek trasy, która o tej porze roku okazała się nieprzejezdna ze względu na zalegający śnieg. Utrzymując kurs na południe, przejechaliśmy przez Bułgarię i zawitaliśmy w Turcji, która uświadomiła nam, co to korek w wielkim, kilkunastomilionowym mieście, a także to, że do wypisania czterech mandatów za przekroczenie prędkości nie potrzebny jest radar. Wzdłuż południowego wybrzeża Morza Czarnego, w ślimaczym tempie, zatrzymując się w przydrożnych hotelach, jechaliśmy na wschód. I wreszcie, w strugach deszczu, po przygodzie z granicznym naciągaczem, dotarliśmy do Gruzji.

Szampan z dedykacją
Po kilkunastu kilometrach wjechaliśmy do nadmorskiego kurortu – Batumi, gdzie w restauracji z lokalnym jedzeniem nakarmiono nas chaczapuri, chinkali i odżapuri i napojono zieloną lemoniadą, a później uraczono niespodziewanym koncertem gruzińskiej grupy wokalnej, która przypadkiem zajmowała stolik obok. Już pierwszego dnia dane nam było odczuć serdeczność Gruzinów: po występie śpiewacy podarowali nam butelkę gruzińskiego szampana, nie omieszkawszy umieścić na nim dedykacji, a po serii kilkunastu uścisków i pocałunków machali nam życząc wszystkiego dobrego.

Otwarte ramiona
Jechaliśmy na wschód. Pierwszy nocleg nas zaskoczył. A właściwie jego cena, którą podał nam sprzedawca ze sklepu spożywczego w centrum kilkutysięcznej Kedy: 5 lari, czyli nieco ponad 8 zł od osoby. W cenie pokój, pięć łóżek, miejsce pod dachem dla motocykli, oddzielna łazienka z prysznicem.
Zaskoczyła nas też restauracja, która okazała się zwyczajnym domem, bez szyldu, neonów itp. Przywitano nas jednak z otwartymi ramionami, nakarmiono, napojono, pośpiewano. Gospodarze wznieśli też kilka toastów, m.in. za przyjaźń między naszymi narodami i wspólną religię. Wyruszyliśmy napełnieni nie tylko jedzeniem.

Barany i śnieg
Po drodze do Armenii dowiedzieliśmy się, że niektórych gruzińskich dróg nie sposób pokonać szybciej niż w tempie 100 km na dzień. Ale po co szybciej, skoro widoki roztaczające się nad drogą są tym piękniejsze, im bardziej jest ona dziurawa.
Odwiedziliśmy skalne miasto Wardzia, które na początku ubiegłego millenium zamieszkiwała legendarna królowa Tamara wraz z kilkudziesięcioma tysiącami podwładnych. Wieczorem obraliśmy kierunek na południe. Przed granicą gruzińsko-ormiańską dopadło nas gradobicie, a na górskiej drodze pojawił się – oprócz baranów sprowadzanych na noc z pastwisk – śnieg.

Nocne opowieści
Odprawa po gruzińskiej stronie trwała kilkanaście minut, podczas których staliśmy po kostki w kałuży, a pogranicznik próbował błyszczeć geograficzną wiedzą, pytając, jak tam w Pradze. Po dwóch kilometrach drogi przez nieoświetloną ziemię niczyją dojechaliśmy do Armenii, w której odprawa trwała prawie dwie godziny (trzeba wypełnić wniosek o wizę, kupić obowiązkowe ubezpieczenie, odwiedzając kilka okienek w granicznych barakach), ale pogranicznicy byli bardzo mili, jeden poczęstował nas ciastem upieczonym przez żonę. Pierwszy nocleg w Armenii trafił się nam w hotelu w Gyumri – do rana słuchaliśmy opowieści Wahe, recepcjonisty, o niegdysiejszej potędze Armenii, o odwiecznych wrogach (Turcji i Azerbejdżanie), chwilowym w miarę neutralnym sąsiedzie – Gruzji i największym przyjacielu – Iranie, z którym Armenia graniczy na kilkudziesięciokilometrowym odcinku.

Biała wołga

Erywań zaskoczył nas zderzeniem drogich samochodów, pięknych kobiet, przepychu w biznesowej, reprezentacyjnej dzielnicy z dziurawymi drogami, dzielnicami przypominającymi slumsy oraz rzekami, w które zamieniały się ulice stolicy po burzy.
Po nocy w Erywaniu skierowaliśmy się na północ, nad jezioro Sevan, traktowane przez Ormian jak morze (do którego dostępu nie mają). Później, wzdłuż granicy z Azerbejdżanem, malowniczą drogą wracaliśmy do Gruzji. Po drodze zatrzymaliśmy się na chwilę, która wystarczyła, by z pobliskiego domu wybiegł do nas Petikjan Niaz, a za nim córka z wnukiem. Powiedział, że byłby bardzo rad, gdyby mógł nas ugościć. I ugościł. Poczęstował kawą i maconi – rodzajem zimnego kefiru podawanego w głębokim talerzu. Żałował, że nie przyjechaliśmy miesiąc-dwa później, bo wtedy mógłby nas poczęstować owocami. Pan Petikjan wraz z rodziną żyje z tego, co mu urośnie. Ma kilka zwierząt. Owoce i warzywa zamienia na mąkę, z której piecze chleb. Jego dumą jest biała wołga. Dzięki pomocy wnuczki, która uczyła się niemieckiego, i jako jedyna w rodzinie znała łaciński alfabet, udało nam się zapisać adres.

Góra Prometeusza

Szczęśliwym trafem gruziński szef celników na granicy z Armenią okazał się motocyklistą (na Zakaukaziu jest ich bardzo niewielu) i zorganizował nam grupę wsparcia w Tbilisi. Dzięki temu w stolicy czekała na nas ekipa powitalna złożona z Sho Tasaki i Memeta – członków gruzińskiego stowarzyszenia motocyklowego. Załatwili nam niedrogi hotel (50 lari za dwuosobowy pokój), który okazał się przybytkiem wykorzystywanym przede wszystkim do uprawiania miłości mierzonej na godziny, ale też doskonałą bazą wypadową na Gruzińską Drogę Wojenną – szlak łączący Władykaukaz i Tbilisi, czyli dwie strony Wielkiego Kaukazu. Wznosząca się na prawie 2,4 tys. m n.p.m. droga jest jedną z najpiękniejszych tras widokowych na świecie. Kilkanaście kilometrów od granicy z Rosją, nad miastem Kazbegi, góruje pięciotysięcznik Kazbek, do którego Zeus przykuł Prometeusza, a pod nim czternastowieczny klasztor Tsminda Sameba.

Godziny na promie
Z Tbilisi pojechaliśmy na zachód, mijając rodzinne miasto Stalina – Gori, zatrzymaliśmy się w Kutaisi. Następnego dnia dotarliśmy nad Morze Czarne, do Batumi, skąd po kilku dniach zabrał nas prom do Iliczewska obok Odessy. Zamiast 34 godzin spędziliśmy na nim ponad 50, a doliczając odprawę paszportową na Ukrainie (przypłynęliśmy o 19.00, wypuszczono nas z portu po 4.00 rano – nie chcieliśmy płacić łapówek) – około 60.
Wyprawa trwała trzy tygodnie, przejechaliśmy 6500 km, 1000 km przepłynęliśmy promem. Gruzja i Armenia są bliżej, niż się wydaje.

Dziki kemping w Rumunii.
Wyświetl galerię [1/22]

Dziki kemping w Rumunii.


Dziękujemy firmom, które wsparły naszą wyprawę: Modece, Brubeckowi i Pająkowi — za to, że nas ubrały i ociepliły chłodne noce, Szkole Jazdy Subaru — za profesjonalne szkolenie motocyklowe oraz serwisom: Moto 46 — za sprawdzenie motocykla oraz Chopper House — za przygotowanie motocykli i pomoc techniczną w trakcie wyprawy.

Foto: Łukasz Styrna

 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Bartosz Krzyżaniak

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Ciepło Kaukazu