Co dalej? Pomidor

Inwestycyjny rozmach Rafała Zarzeckiego wywołał wojnę o światło. Profity z jego owocowo-warzywnych biznesów kłują w oczy Czechów. A zaniepokojeni mogą być też w innych krajach Europy i Ameryki Południowej.

Stoimy na porośniętym suchymi krzakami wzgórzu. Błoto mlaska pod nogami, zimny wiatr szumi w uszach, oczy razi blask bijący z miejsca, w którym 10 tysięcy lamp karmi kilkaset tysięcy pomidorów w szklanych domach.

Rafał Zarzecki
Wyświetl galerię [1/2]

Rafał Zarzecki

wywołał wojnę o światło, które razi Czechów w oczy Marek Wiśniewski

— Za plecami są Czechy, przed nami Niemcy — wyjaśnia Rafał Zarzecki. Jak to leciało w dawnych piosenkach przemytników? „Na granicy deszcz obmyje,/A słonko wysuszy,/Las od kuli skryje,/ Kroki wiatr zagłuszy”. Niemal sto lat później w okolicach Zgorzelca i Bogatyni liryka wraca w wersji na opak. Granica — zachodnia i południowa — jest i jej nie ma zarazem, deszczówka uderza w szklane dachy szklarni, w której zimą słońca jest za mało. I biją po oczach nagłówki w polskich i czeskich mediach. Rafał Zarzecki, chcąc, nie chcąc, znalazł się w epicentrum zamieszania. To on przez ostanie cztery lata jako współwłaściciel i szef warzywno-owocowej odnogi spółek z grupy Citronex z mozołem budował to, co zapowiedział — firmy liderów w segmentach spożywczych wartych w sumie kilka miliardów złotych. Nadzoruje największego producenta pomidorów w Polsce, a także potentata na rynku bananów. Zarabiałby spokojnie kokosy, dokładając kolejne przychody do zeszłorocznych 1,3 mld zł Citroneksu, gdyby nie ciemnolubni sąsiedzi Czesi. Im 10 ha ultranowoczesnej szklarni pod Bogatynią, u podnóża Elektrowni Turów, świeci niemiłosiernie.

— Zimą pomidory potrzebują dodatkowego światła do wzrostu. Nie powiem, że 10 tysięcy lamp jest niewidoczne dla okolicznych mieszkańców. W zeszłym roku nic jednak nikomu nie przeszkadzało — twierdzi Rafał Zarzecki. I przywołuje wydarzenia sprzed niemal 60 lat.

Kurtyna w dół

Bo ta pomidorowa historia sięga 1958 r. Wówczas Polska i Czechosłowacja, prostując graniczne zakola, wymieniły się niewielkimi terenami. W rezultacie do Polski trafił kawałek prastarych włości morawskich, ale Czechosłowacy otrzymali niemal 400 ha ziemi więcej. I to o ten dług graniczny Polacy od kilku kwartałów upominają się jakby intensywniej. Rafał Zarzecki podejrzewa zaś, że ta intensywność poprawia światłoczułość oczu czeskich braci, a także ich polityków. Sprawa pojawia się bowiem nawet w dyskusjach rządowych po obu stronach granicy. Co nie zmienia tego, że szklarni i lamp na bogatyńskim wzgórzu będzie przybywało. Citronex zainwestował tam już niemal 80 mln zł, a co najmniej drugie tyle kosztowały remonty i budowy w podwrocławskich Siechnicach, gdzie mniej zaawansowane technologicznie szklarnie zajmują 40 ha.

— Na dobrą sprawę moglibyśmy te protesty Czechów zignorować, wszystko postawiliśmy zgodnie z prawem. Jak się jednak spokojnie pomyśli, to w końcu jesteśmy nie tylko inwestorami, ale i mieszkańcami tej okolicy. Chcemy się dalej rozwijać w zgodzie. Dlatego kosztem około miliona euro rozciągniemy pod dachem szklarni nowe, szczelniejsze kurtyny, przepuszczające zdecydowanie mniej światła. W słoneczne dni będziemy je mechanicznie odsłaniać — planuje współwłaściciel Citroneksu.

Szwejk pod księżycem

Wieczorami łuna konfliktu goreje nad okolicą. Ale choć Citronex pod Bogatynią wydaje w sezonie 8 mln zł na prąd, to Księżyca nie przyćmiewa. Efekty świetlne zależą od detali, m.in. wysokości chmur i kierunku wiatru, spychającego parę wodną z kominów elektrowni w stronę szklarni. Wystarczy odejść od niej 100-200 metrów, by stanąć w świetle na tyle mdłym, że o czytaniu choćby „Przygód dobrego wojaka Szwejka” bez lampki nie ma mowy.

Zresztą badania astronomów dowodzą, że polska inwestycja nie uniemożliwia obserwacji gwiazd, a ten argument podnosili Czesi. Pewne jest natomiast to, że nawet bez doświetlania wart kilkadziesiąt milionów złotych eksport citroneksowych pomidorów do Czech nie przeszedłby za południową granicą bez echa. Paradoksem staje się zaś to, że kijem w szprychy pomysłu na podbicie pomidorowego rynku — wartego tylko w Polsce 2,5 mld zł — może być właśnie przeciwświetlna osłona. Pomidory kapryszą.

— Szklarnia tego typu to kosztowna inwestycja. Długo myśleliśmy nad produktem, który będzie rósł w tych przestrzeniach. Padło nie na zwyczajne pomidory, lecz na jedną z odmian pomidorów malinowych. Bardzo wrażliwą na zmiany mikroklimatu. Kurtyna taką zmianę spowoduje — twierdzi Rafał Zarzecki, który wie, co mówi: już raz prawie poległ na malinowych pomidorach.

Makijaż z Biedronki

— Pomidory? Dobra, róbcie, sadźcie. Już kilku takich „pomidorowców” z wielkimi planami u nas było. I na tym się skończyło — mówił z uśmiechem niedowierzania jeden z menedżerów PGE, właściciela Elektrowni Turów, gdy szefowie Citroneksu wyłożyli mu swoje plany.

A elektrownia w zimę pomidorom niezbędna: ma w bród gorącej wody potrzebnej do ogrzania szklarni, nie mówiąc o dostawach prądu. Najpopularniejsze nad Wisłą warzywo ma bowiem dwa oblicza. Najtańsze, poślednie gatunki latem rosną na otwartych polach, zgarnia się je widłami i miele na ketchup. Co innego pomidor dostępny w zimie, a do tego jadalny. Rafał Zarzecki ani myślał konkurować ze sprzedawanymi w Polsce hiszpańskimi drobnymi, słodkimi odmianami. Nie chciał też wchodzić w gospodarczą polemikę z warzywami krajowymi i zachodnimi, które choć wyglądem kuszące, to zimą w smaku i konsystencji przypominają baloniki nasączone mdłą mazią. Padło więc na pomidory malinowe — trudne w hodowli, nielubiące transportu i zbyt ciepłych klimatów („im słodsze warzywo, tym szybciej się psuje”) i nielubiane przez Niemców za nieidealny makijaż.

— Zakładaliśmy, że uruchamiając produkcję pomidorów malinowych na masową skalę w sezonie zimowym, będziemy sami na rynku z drogim, unikalnym towarem. Bez chemii, lecz ze słodkim, zrównoważonym miąższem, delikatną skórką. Pierwsze zbiory pod okiem doświadczonego Holendra rokowały źle, 40 proc. upraw straciliśmy — przyznaje Rafał Zarzecki.

Widmo totalnej klęski zajrzało im w oczy. Holender odszedł, a Rafał Zarzecki z lokalną ekipą drogą prób i błędów okiełznał rozchwianą malinową naturę, oczekującą innych mieszanek nawozów, pór podlewania i nasłonecznienia. Unikat pochłonął kolejne miliony, ale wydał w końcu dobre owoce. Niedowiarkowie mogą ich spróbować w sieci Biedronka za 14,99 zł za kilogram. Smakuje? Chyba tak, skoro popyt kilkakrotnie przekracza moce produkcyjne.

Szum złota

Dziś szefostwo PGE nie robi już wielkich oczu, słysząc, że Citronex planuje kolejne szklarnie w okolicy Turowa. Na dobrą sprawę można by taki scenariusz obstawiać niemal w ciemno. Szefowie Citroneksu, czyli Artur Toronowski i jego synowie Rafał i Robert Zarzeccy, ze śmiałych inwestycji na pograniczu polsko-czesko-niemieckim słyną od lat. Dość powiedzieć, że Artur Toronowski pierwsze drobne biznesy handlowo-kantorowe zaczął już w latach 80. Citronex oficjalnie wystartował w 1988 r. i słynie z opisywanych wielokrotnie dojrzewalni bananów, zaopatrujących dzisiaj jakieś 70 proc. sklepów w Polsce. To jednak tylko część układanki biznesowo-rodzinnego trio: po Europie jeździ kilkaset ich ciężarówek, w okolicy rodzinnego Zgorzelca wiele sklepów, wielkich stacji benzynowych i hoteli kontroluje najzamożniejsza rodzina w regionie. Kilka lat temu podzieliła się strefami wpływów. Działkę warzywno-owocową rozwija najstarszy syn Rafał.

— Łącznie nasz biznes to 24 spółki. Ile miały przychodu w 2015 r.? Trudno powiedzieć, wciąż liczymy. Z pewnością wyraźnie ponad miliard — mówi 36-letni Zarzecki. Pozbył się już łatki syna krezusa. A jeszcze dekadę temu Toronowscy chętnie pozowali w złotych łańcuchach, jeździli Ferrari, a z ich ust nie schodziło hasło „królowie bananów”. Dziś już jakby się wyszumieli, odnajdując frajdę w rozwoju i codziennym znoju. No i oczywiście w dalszym agresywnym inwestowaniu. A Ferrari? Już dawno sprzedane.

Adrenalina w skórce

Można luźno szacować, że w 2015 r. Citronex miał 1,3 mld zł sprzedaży i ponad 100 mln zł zysku. Osią wycenianego na 0,5 mld majątku rodziny pozostają banany, ale ich rola ewoluuje. Nakręcają większość przychodów grupy mającej ponad 200 komór, w których dojrzewają owoce przywożone z Ekwadoru. Wokół bananów powstał cały łańcuch firm i obiektów logistycznych z logo Citroneksu. Ale też wyrósł mit niebotycznych marż. Tymczasem nie jest to takie oczywiste — w polskich gazetkach promocyjnych i na billboardach dwa produkty najczęściej przyciągają ceną do marketów: łopatka bez kości i właśnie banany. A to oznacza, że cena tych owoców jest niezwykle wrażliwym tematem i każdy stopień w drabince kosztowej to prawdziwy gambit.

— Kluczem okazało się utrzymanie wysokiej jakości bananów przy jednoczesnym wzroście sprzedaży. Mamy bardzo rozwiniętą organizację w Ameryce Południowej. W Polsce wciąż inwestujemy w logistykę i nowe dojrzewalnie. Gdyby zabrakło któregokolwiek z elementów, nie moglibyśmy się rozwijać tak szybko jak dotąd. Nasi klienci wymagają najlepszych owoców — a my możemy im je zapewnić także w okresie promocyjnym, gdy zamówienia wzrastają nawet dwukrotnie — twierdzi Rafał Zarzecki. Dość powiedzieć, że kilkunastoprocentowa promocja może zwiększyć sprzedaż o 100 proc. Adrenaliny w tym biznesie dodaje to, że w czterotygodniowym cyklu od zerwania do sprzedaży owoc musi przejść przez kilka ładowni, przepłynąć tysiące kilometrów i pięć razy zmienić odcień skórki. Jeden niewypał po drodze oznacza, że cały transport za kilka milionów euro idzie w piach.

Dżem z plantacji

— Tata w latach 90. miał dobre metody wychowawcze. Z bratem hartowaliśmy się, nie tylko trenując ukochaną koszykówkę. W wakacje pracowaliśmy w dojrzewalni, w magazynach. Ojciec — owszem — płacił nam kilkakrotnie więcej niż innym pracownikom, chcąc dobitniej pokazać, że pracą można coś osiągnąć. Nieraz dawał nam paletę bananów i wysyłał do miasta z misją handlową — śmieje się współwłaściciel zgorzeleckiego holdingu i przyznaje, że dziś to wszystko już nie takie proste. Obecne relacje Citroneksu z Ekwadorem nie ograniczają się do formuły kup — sprzedaj. W okolicach Machali nieopodal Oceanu Spokojnego, u podnóża zaśnieżonych szczytów, rozciąga się 7 tys. ha plantacji bananowców, wydających owoce także dla polskich smakoszy. W tym konglomeracie producentów 700 ha upraw należy bezpośrednio do zgorzeleckich biznesmenów. Opiekuje się nimi Atilio Solano, wspólnik, ale też przyjaciel rodziny. Razem obmyślają, jak dołożyć więcej marży do bananów. Już produkują z nich dżem, być może pojawią się też chipsy z tropikalnych owoców.

— Próbujemy eksportować polskie towary do Ameryki Południowej. Na pierwszy ogień poszły jabłka i mleko w proszku. Wygląda to nieźle — przyznaje Rafał Zarzecki.

Bo, jak twierdzi, banan ze swoim precyzyjnym procesem biznesowym narzucił Citroneksowi standardy jakości i zarządzania niespotykane na polskim rynku owoców i warzyw. Tu jest jak z bananem właśnie, który dopiero z czasem, w odpowiednich warunkach, dojrzewa, zamieniając skrobię w cukry proste i nabierając słodyczy.

Zasady cyrylicy

Jeśli spojrzeć na plany inwestycyjne, zasada wydzielania kilkudziesięciu milionów złotych rocznie na rozwój ma być utrzymana przez co najmniej kilka lat. Każda spółka zgorzeleckiej rodziny ma ambitne plany. Paweł Zarzecki zdradza, że w jego działce trwają przygotowania do upraw innych warzyw i owoców oraz do ekspansji poza Polskę. Przygląda się inwestycjom i akwizycjom w Rumunii, Bułgarii.

— Ruszyły nasze pierwsze operacje w Nikaragui — dodaje i odbiera ważny telefon. Wspomina coś rozmówcy o Sankt Petersburgu i rzuca kilka liczb. Co to za gra? Rynkowa — w Polsce właśnie brakuje bananów, jedynych znośnych w smaku owoców o tej porze roku. Brakuje, bo akurat ekwadorskie plantacje mają produkcyjny dołek wbrew nadwiślańskiemu popytowi. Rafał Zarzecki zatem telefonicznie, na szybko, zdecydował o podbiciu stawki za ładunek owoców płynący do Rosji i przelicytowaniu lokalnych dostawców towaru wartego miliony. Rezultat? Kilka dni później polskie markety zalewają owoce z naklejkami z wypisaną cyrylicą nazwą. I jest cacy, w końcu — jak mawia się w ojczyźnie Atilio Solano — jeśli dziecko może oddychać, to nieważne, że urodziło się z płaskim nosem. &

 

 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: KAROL JEDLIŃSKI

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Inne / Co dalej? Pomidor