Co wyliczę, to wyliczę

Grzegorz Nawacki
opublikowano: 2007-05-21 00:00

Reportaż Aktuariusz. W powszechnej opinii drugi po księgowym najnudniejszy zawód świata. Zbigniew Andrzejewski zrobił wiele, by zaprzeczyć tej tezie.

Kim jest aktuariusz? — zapytałem znajomych. „Nie mam pojęcia” lub „brzmi jak notariusz” — słyszałem najczęściej w odpowiedzi. Więc pouczałem, zgodnie z definicją: „aktuariusz zajmuje się obliczaniem ryzyka oraz wartości bieżącej projektów finansowych, w szczególności długoterminowych lub obarczonych ryzykiem. Zawód związany z branżą ubezpieczeń, reasekuracji oraz planów pracowniczych”. Jednym słowem: nuda — skomentowali.

Może jednak nie?

— Pracowałem na czterech kontynentach, odwiedziłem kilkadziesiąt krajów, a w nich najpiękniejsze zakątki. Zakładałem, prowadziłem, przekształcałem, łączyłem i wprowadzałem na giełdę firmy. Poznałem wielu wspaniałych ludzi, w tym rodzinę Hiltonów. Każdemu życzę tak nudnej pracy — ripostuje aktuariusz Zbigniew Andrzejewski, do niedawna prezes grupy Commercial Union Polska.

Ze śmiechem dodaje jednak, że nawet jego dzieci nie wiedzą, czym dokładnie zajmuje się aktuariusz. A jego umiejętności przydają się w niezwykłych miejscach. Choćby w kasynie.

Szanse w kasynie

— Kiedy otwierało się pierwsze kasyno w Australii, poproszono mnie, bym wyliczył reguły gry. Jeśli byłyby zbyt łagodne, klienci z odpowiednio głębokimi kieszeniami doprowadziliby kasyno do bankructwa. Jeśli zbyt restrykcyjne, nikt by nie wygrywał i ludzie przestaliby grać — tłumaczy Zbigniew Andrzejewski.

Pomógł również wyliczyć opłatę za ścieki.

— Jedno z australijskich miast chciało wprowadzić podatek za ścieki. Nie wiedziało, jak go wyliczyć. Najprościej było przyjąć, że z domów wypływa tyle ścieków, ile wpływa do nich wody. Aktuariusze zauważyli, że w lecie ogromne masy wody trafiają do ogródków, a nie do ścieków. Dlatego do wyliczenia powinno się użyć średniej z zimowych miesięcy, gdy nie podlewa się ogródków. I dzięki temu ludzie oszczędzili na opłatach, a miasto na montażu liczników w studzienkach — wspomina Andrzejewski.

Wyliczanie prawdopodobieństwa ryzyka to dla niego chleb powszedni. Tymczasem do zawodu trafił przez przypadek. Od zawsze był dobry z matematyki. Pierwszą myślą była informatyka.

Niechciany

— Poszedłem do firmy, napisałem test i usłyszałem „zadzwonimy do ciebie, jeśli się zdecydujemy”. Po tonie głosu wiedziałem, że swego miejsca muszę szukać gdzie indziej — śmieje się Zbigniew Andrzejewski.

Wybrał ubezpieczenia. Aby zostać aktuariuszem, trzeba studiować korespondencyjnie przez pięć do ośmiu lat w Brytyjskim Instytucie Aktuariuszy. Jemu zajęło to trzy lata. Niemalże prosto z bram uczelni trafił do firmy ubezpieczeniowej National Mutual Life. Początki nie zachęcały.

— Wtedy nie było jeszcze komputerów i wszystkie informacje, które aktuariusz wykorzystuje w pracy, a jest ich cała masa, wpisywało się ręcznie do odpowiednich kart. Mój przełożony instruował mnie codziennie: musisz to bardzo starannie wypełniać. Byłem zawiedziony: po to studiowałem kilka lat, zdawałem trudne egzaminy, żeby teraz wypełniać karty? — wspomina Andrzejewski.

Sprawdził się. Szybko awansował. Któregoś dnia zawołał go szef i powiedział: „Chcemy, żebyś został szefem filii na Zachodzie”.

— Super, Perth to bardzo piękne miasto — odpowiedziałem.

— Chcemy, żebyś pojechał nieco dalej na zachód. Do Kapsztadu — uściślił szef.

Sporo mu zajęło przekonanie żony, że w Afryce też da się żyć. Oddział w RPA okazał się sukcesem. W nagrodę wrócił do Australii. Nie na długo. Firma wysłała go do Azji. Tam po raz pierwszy zetknął się z Commercial Union. I zostało mu to po latach przypomniane.

— Dla National Mutual wykonałem raport o Commercial Union. Po latach, gdy zacząłem tam pracować, szefowie wyciągnęli go i powiedzieli: Ty pisałeś o nas to i to. Wniosek: w biznesie trzeba bardzo uważać, co się mówi — śmieje się Andrzejewski.

Po złej stronie

Pierwszy kontakt ze Zbigniewem Andrzejewskim nieco konfuduje. Imię i nazwisko brzmi swojsko. Jednak akcent w połączeniu z bezpośrednim stosunkiem, nawet do świeżo poznanej osoby, każe myśleć: obcokrajowiec pełną gębą. Prawda leży pośrodku. Korzenie ma polskie, ale gdy w 1997 r. zawitał nad Wisłę po raz pierwszy, był tuż po pięćdziesiątce. Przyjechał, bo Commercial Union zaproponowało mu udział w rozwijaniu firmy w naszym kraju. Dobrze pamięta pierwsze dni w Warszawie. Kwiecień i padający śnieg.

— Samochody jeździły po złej stronie. Łatwiej, gdy jechał jakiś przed nami. Jeśli byliśmy sami, mechanicznie zjeżdżaliśmy na prawą stronę. Długo mieliśmy z żoną układ, że pasażer przypomina kierowcy: jesteś po złej stronie. A najgorsze było rondo — mówi Andrzejewski.

Miał też trudności z trafieniem do domu.

— Mieliśmy mapę, ale problem w tym, że nigdzie nie było tabliczek z nazwą ulicy. O tym, gdzie jesteśmy, dowiadywaliśmy się po przeczytaniu nazwy przystanku tramwajowego czy autobusowego. Za to teraz Warszawa ma doskonały system informacji miejskiej — dodaje Zbigniew Andrzejewski.

Pieczątki i kolejki

Nowa rzeczywistość ciągle go zaskakiwała. Okazuje się, że to, co dla nas zupełnie naturalne, przyjezdnych może dziwić.

— Wszechobecne kolejki. Przychodzę coś załatwić, a tu ludzie stoją i gadają. Tłumaczyłem to sobie tym, że na Zachodzie ludzie chodzą pogadać do pubu, a w Polsce było ich mało, więc tym miejscem była na przykład poczta. No i to wypytywanie: kto jest na końcu kolejki — wspomina Zbigniew Andrzejewski.

Do kolejek po pewnym czasie się przyzwyczaił. Gorzej z zasadami w nich panującymi.

— Stoję w kolejce, aż tu nagle osoba przede mną odwraca się i mówi: „Ja tu będę stał” i odchodzi. No i co ja mam teraz niby zrobić? — mówi Zbigniew Andrzejewski.

Stanie w kolejkach nie było bezcelowe. Często chodziło o magiczną pieczątkę.

— Po przyjeździe musiałem załatwiać wiele spraw. Gdziekolwiek poszedłem, musiałem dostać pieczątkę. Dlaczego w każdym miejscu ktoś musi przybić mi stempel — śmieje się Zbigniew Andrzejewski.

Teraz już przywykł. Ma swoje ulubione kawiarnie, restauracje, parki. Nie tęskni nawet za słynnym piwem Fosters.

— Wolę polskie piwa. Nie są takie słodkie, a poza tym mniej mnie po nich boli głowa — żartuje Andrzejewski.

Po drugiej stronie globu czeka jednak wnuk. I pustynia, na którą chcą z żoną pojechać na kemping. Jak za dawnych lat. n

Skandalistka Paris Hilton

W 1919 r. Conrad Hilton założył w Cisco w Teksasie pierwszy hotel pod marką Hilton. Niedługo potem powstał kolejny i wkrótce sieć. Dziś liczy ona 2645 hoteli z 485 tys. pokoi w 80 krajach. Zatrudnia 105 tys. osób i jest notowana na nowojorskiej giełdzie. Jedna z dziedziczek rodzinnej fortuny, Paris Hilton, urodzona 17 lutego 1981 r. jest modelką. Swych sił próbowała również jako aktorka i piosenkarka. Zasłynęła głównie ze skandali obyczajowych i romansów, m.in. z Leonardo DiCaprio. W 2006 r. została skazana na karę grzywny za prowadzenie samochodu pod wpływem alkoholu. Brak prawa jazdy nie przeszkodził jej w jeżdżeniu, za co 4 maja skazano ją na 45 dni aresztu. Za kraty ma trafić 5 czerwca.

Rodem z Londynu

Wykonujący ten zawód został nazwany aktuariuszem pierwszy raz w 1762 r. W 1848 r. aktuariusze z różnych firm powołali Instytut Aktuariuszy w Londynie. Miał się zajmować rozwojem matematycznych teorii do wyliczania przewidywania długości życia, a także prawdopodobieństwa wydarzeń związanych z systemem monetarnym i finansowym.

BMW dla prezesa

W Australii czeka na Zbigniewa Andrzejewskiego jego BMW 525 z 1974 r. Gdy przyjechał do Polski, zażyczył sobie, by jego służbowym samochodem również było BMW.

— Nie chcemy pana znaleźć w lesie, przykutego kajdankami do drzewa — usłyszałem w odpowiedzi — wspomina Zbigniew Andrzejewski.

Commercial Union w Polsce

Grupa Commercial Union Polska istnieje od 1992 r. W jej ramach działa sześć spółek: powszechne towarzystwo emerytalne — lider na rynku, towarzystwo ubezpieczeń na życie — drugi pod względem wielkości gracz na rynku, towarzystwo funduszy inwestycyjnych, towarzystwo ubezpieczeń ogólnych, spółka zarządzająca aktywami i dystrybucyjne. Prowadzi także oddział Commercial Union Litwa. W Polsce ma ponad 3 mln klientów i zarządza aktywami wartymi 46 mld zł. Oddział Polski jest częścią grupy Aviva — piątej instytucji ubezpieczeniowo-finansowej na świecie. Aviva ma trzystuletnią historię, działa w 25 krajach i obsługuje w nich 35 mln klientów. I to coraz istotniejszą częścią: zysk na koniec 2006 r. stanowi 5 proc. zysk CU Polska grupy Aviva.