Con fegato w kotłowni

Restauracja na warszawskim Żoliborzu wzbudziła skojarzenia z popularną w naszych czasach studenckich piosenką: „Na dole gdzieś w kotłowni sylwetki nagie lśnią”. Zajrzeliśmy. Sylwetek nie było, a do dzisiejszej Kotłowni nie trzeba schodzić. Przeciwnie, należy pokonać kilka schodków w górę.

Jeszcze kilkadziesiąt lat temu na mapie Warszawy liczyło się tylko kilka dzielnic. Saska Kępa, Mokotów, Żoliborz. Przez wiele lat Witold Lutosławski był moim sąsiadem na Saskiej Kępie. Później przeniósł się na Żoliborz. Gdy odwiedziłem go tam po latach, chwalił sobie okolice. A pod względem kulinarnym? Saska Kępa nadal jest matecznikiem smakowych atrakcji. Na Żoliborzu jak było, tak jest — w sumie restauracyjnie szaro.

WINNE ZASKOCZENIE

Wśród tej posuchy zaintrygowała nas Kotłownia. Zajrzeliśmy. Znaleźliśmy się w tętniącym życiem przytulnym winebarze, gdzie stołów nie nakrywa się obrusami. Od razu sprawdziliśmy kartę win. Głównie w obawie, że może Kotłownia reprezentuje olbrzymi peleton restauracji, w których wina nie mają nic wspólnego z podawanymi w nich potrawami. Gdzie zła kolejność — najpierw zamawiane potrawy, a dopiero później wino — może mieć w konsekwencji przykre smakowo wrażenia. Kotłownia nas zaskoczyła.

Były tam niewidziane gdzie indziej wina (w przystępnych cenach). Od małych (wyłącznie włoskich) producentów bezpośrednio na Żoliborz importowanych. Do tego przy każdym winie widniał rocznik — zupełny ewenement w polskich restauracjach.

A co w menu? Dużo włoskich akcentów. Wróżyło to potencjalnie dobrze w mariażach z włoskimi winami. Na początek zamówiliśmy kieliszek białego domowego wina. Dlaczego? Z reguły po jego jakości zawsze możemy sobie wyobrazić, co będzie z dalszą restauracyjną winną drużyną. Wino w Kotłowni okazało się OK.

BURAK W OBJĘCIACH SERA

Zprzystawek początkowo rozważaliśmy talerz wędlin włoskich. Ostatecznie wybór padł na sałatę z pieczonym burakiem w objęciach koziego sera. Do tego w miodowych akcentach. Początkowo podsunęliśmy przystawce domowe białe wino. Nie była zachwycona. Ale zasugerowane przez sommeliera Patryka Sochackiego Armannia Pecorino IGT 2011 De Luca, Abruzzo zupełnie nieźle się wpasowało. W drugim rzucie przystawek poszła bruschetta z pomidorami, pieczoną papryką, cebulką balsamico i świeżym tymiankiem. Pierwotnie miała być z kozim serem, ale za namową kucharza przystaliśmy na gorgonzolę. Z Pecorino było dobrze. Chociaż w oryginalnym wydaniu (z kozim serem) mogło być jeszcze lepiej.

MERLOT NIE KWASI

Zastanawialiśmy się, co dalej. W rachubę wchodziła pierś kaczki z różanym sosem i buraczkami. Ostatecznie wybraliśmy kluski con fegato: tagliatelle z oliwą truflową i drobiowymi wątróbkami. Ale nie tylko. Były tam także borowiki, nawet parmezan. Smakowita kombinacja. Zaskoczyła nas subtelna (ale przyjemna) nutka słodyczy. Patryk zasugerował do piersi czerwonego towarzysza: Merlot IGT Marche Abate Pallia (Saputi, Marche). Początkowo się wzbranialiśmy. Padły jednak argumenty, że on już sobie trochę poleżał (2009) i nie będzie kwasił. I że będzie dobrze. Co się okazało? Zaraz po otwarciu butelki był dramat: borowiki wyły. Ale po profesjonalnym napowietrzeniu Merlot mile się rozwinął. Był dobry sam w sobie, a z con fegato po prostu bajeczny.

SŁODKI SMAK SMUTKU

Na deser zasugerowano bonet z lodami malinowymi — tradycyjny przysmak z Piemontu. Był smaczny, ale smutny. W karcie nie było żadnego z win deserowych do towarzystwa. Obiecali, że w przyszłości się poprawią.

 

Restauracja i skład win Kotłownia
Warszawa, ul. Suzina 8
Ogólne wrażenie 4,5
Karta win 4,5
Potrawy 4,0
Wystrój wnętrza 4,0
Obsługa 5,0
Na biznes lunch 3,0
Na obiad z rodziną 4,0

 

Słodkie zakończenie wieczoru — tradycyjny deser piemoncki bonet z lodami malinowymi.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: STANISŁAW J. MAJCHERCZYK

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Po godzinach / Con fegato w kotłowni