Cudowne narodziny

Karol Jedliński
opublikowano: 2008-12-24 06:46

Afykanki potrafią z noworodkiem przemierzać dziesiątki kilometrów. A na Zachodzie? Co trzecia Holenderka rodzi w domu - przekonuje dr Wojciech Puzyna, dyrektor Szpitala Specjalistycznego św. Zofii w Warszawie. Czy to nie cud, że Chrystus przeżył?

„Puls Biznesu”: Przyznajmy — Chrystus rodził się w dość podłych warunkach. Czy to nie cud, że w ogóle przeżył?

Dr Wojciech Puzyna, dyrektor Szpitala Specjalistycznego św. Zofii w Warszawie: Teza, którą pan stawia, jest ekstremalna. Deklaruje pan przy tym głęboko zarysowany ateizm, odrzucając w tym przypadku działanie opatrzności bożej… Ale tak poza tymi cudownymi narodzinami to przecież ludzkość powiększała swoją liczebność i te dwa tysiące lat temu. O kryteriach położniczych w krajach wysokorozwiniętych, gdzie wskaźniki umieralności noworodków liczone są w promilach, słyszymy dopiero od kilkudziesięciu lat.

Dawniej nikt nie bawił się w statystyki?

Przed II wojną światową liczono śmiertelność matek przy porodach. W szpitalu św. Zofii nie przekraczała ona 5 proc. — i była to czołówka europejska. Teraz w Europie i Ameryce Północnej ten wskaźnik wynosi 1 na 10-20 tys. porodów! Ostatnie 50 lat to przełom: rozwój techniki cięcia cesarskiego, antybiotyki, rozpoznawanie grup krwi, wyrafinowane znieczulenie. Pierwsze historyczne cięcia cesarskie odbywały się na martwych kobietach. Wiele znanych z historii postaci narodziło się kosztem życia własnych matek. W zaawansowanym średniowieczu cesarki robiono już czasem z sukcesami, ale na „żywca”, w ogromnym bólu! By rananie była otwarta, niektórzy medycy używali... drutu.

Wróćmy do czasów Chrystusa. Jak to się na co dzień działo? W Betlejem chociażby.

Było niewiele inaczej niż w jeszcze istniejących, prymitywnych społecznościach w Afryce, Azji czy Ameryce Południowej. Dawniej poród odbywał się zwykle w domu — to było miejsce przyjścia na świat. Wiele kobiet rodziło po kilkanaścioro czy nawet więcej dzieci.

A tu prasa robi sensacje i donosi o osiemnastym dziecku pewnej 42-latki.

św. Zofii, patronki akuszerek, nadano. W latach 1921-22 nadbudowano piętro, miejsc dla rodzących do 76 powiększając” — głoszą szpitalne kroniki. Podczas wojny znajdował się on na obszarze getta. Patronkę odzyskał w 1992 r. W zeszłym roku w szpitalu narodziło się 4317 dzieci. Trwa jego rozbudowa, obliczona jeszcze na kilka lat.

Nie tak wcale dawno, przed wojną, na Wołyniu żył kuzyn pierwszego dyrektora szpitala dr. Stanisława Zaborowskiego. Tenże krewny miał dwie żony, pierwsza zmarła przy 24. porodzie. W sumie doczekał się 42 potomków.

Daję wiarę… Ale co do mojej niewiary: po prostu próbuję Boże Narodzenie na laicki język przełożyć. Tak po ludzku, to chyba Świętej Rodzinie nie było wtedy łatwo.

Dziś, podobnie jak w czasach biblijnych, także stwierdzamy, że w ogromnej większości przypadków ciąża i poród to nie choroba, a fizjologia. Do stanów podwyższonego ryzyka, wymagających obser- wacji, leczenia zaliczamy około 20 proc. ciąż w Polsce.

Sporo.

Niekoniecznie. 80 proc. kobiet praktycznie bez opieki medycznej mogłoby przebyć ciążę, urodzić w domu i wszystko byłoby ok.

I mogłyby te panie dosiąść osiołka i w siną dal uciekać przed siepaczami?

Oczywiście. Skoro w obecnych czasach, w Afryce, kobieta w godzinę po porodzie może wziąć dziecko na ramię i wrócić piechotą 30 km do domu.

A może w cywilizowanych krajach kobiety są słabsze? Bo i mogą sobie na to pozwolić, może je boleć, mogą się źle czuć. Nikt nie będzie ich gonił z noworodkiem na barkach. Zresztą słusznie.

Jako społeczeństwo jesteśmy coraz słabsi fizycznie. Dzisiejsi młodzi rodzice głównie przesiadają się z fotela w samochodzie na fotel przed telewizorem. Problemy z kręgosłupami, wydolnością i oczekiwanie na elementy pomocy zewnętrznej... Przy porodzie chcieliby, żeby nie bolało i by nie musieli podejmować za dużego wysiłku. I może w ogóle ktoś by za nich urodził.

To źle, że nie chcemy, żeby bolało? Większość kobiet, już po porodzie, błogosławi znieczulenie.

Nie oceniam… To kwestia filozofii życia, podejścia do przeżywania wyjątkowych sytuacji, konstrukcji osobowości. Można by tu wtrącić tradycję kościelną, wcale nie taką zamierzchłą. Niegdyś stanowisko Kościoła brzmiało: nie należy znieczulać porodu, bo ból to kara za grzech pierworodny.

Wyznaję pogląd, że największą zdobyczą ostatnich dekad jest to, że możemy w wielu kwestiach okołoporodowych (i nie tylko) dokonać wyboru. Że nie ma jedynie słusznej drogi. To dotyczy i znieczulenia. Są pacjentki, które kategorycznie odrzucają taki pomysł, chcą poród przeżyć z pełną świadomością, głęboko i wyjść z tego zdarzenia wzmocnione, nierzadko na całe życie. Wiele kobiet korzysta z tego, że technologie medyczne zapewniają dziś bezpieczną redukcję bólu porodowego do minimum. I ta możliwość wyboru bardzo mnie cieszy.

Ponoć mózg kobiety zapomina o bólu porodowym już po kilku dniach.

To prawda. Nasze matki, babki nie mają traum poporodowych, a raczej złe wspomnienia kontaktu z oddziałami położniczymi w Polsce komunistycznej. Pozbawiano je godności, traktowano przedmiotowo, nie pytano o zgodę. Przed: lewatywa, golenie tępą żyletką, oddzielenie od rodziny, ubieranie w podartą szpitalną koszulę. Po: nie wolno było dotykać dziecka, przywożono je tylko na karmienie, żadnych wizyt na oddziale.

Rodzenie nie po ludzku.

Ja sam nie byłem obecny przy porodzie mojego pierwszego dziecka, choć chciałem. Paradoks: byłem nawet lekarzem w szpitalu, w którym rodziła żona. Ale tatuś nie był mile widziany.

Nie lepiej w domu z położną, jak za starych czasów?

Coraz więcej Polek chce rodzić w domu, na przełomie lat 80. i 90. było narastające zjawisko porodów domowych, jako bunt przeciwko praktykom w szpitalach.

Tylko brzmi to trochę strasznie. Bo gdzie białe kitle, gdzie maszyneria, gdzie psychiczna podpora — szpital?

Już mówiłem, to nie choroba. W Holandii ponad 30 proc. dzieci rodzi się w domu — i nic się złego z tego powodu nie dzieje. Na zachodzie Europy przychodzi zresztą na świat w domu znacznie większy odsetek dzieci, niż w Polsce. W ogóle mamy jeden z najbardziej wyrafinowanych systemów opieki położniczej na świecie. Wymaga zaangażowania najbardziej wyspecjalizowanej kadry.

Ludzie z czasów Heroda byliby w szoku widząc, ilu medyków trzeba w pogotowiu, by wydać na świat jednego małego człowieczka. Domowe rodzenie to dobry pomysł na cięcia kosztów w systemie opieki zdrowotnej?

Teraz to całkiem racjonalne rozwiązanie, wypróbowane, gdy ciąża przebiega prawidło- wo. W ogóle wtedy nie potrzeba specjalnie medyka. W takich sytuacjach, np. w Szwecji, kobieta w ogóle nie widzi lekarza w czasie ciąży i porodu. Jest pod opieką położnej.

W Wielkiej Brytanii panie mają prawo jedynie do dwóch bezpłatnych wizyt.

W Szwecji jest najniższy na świecie wskaźnik umieralności okołoporodowej. A na Wyspach działa m. in. system domino: pacjentka przyjeżdża do szpitala na chwilę, już w zaawansowanym porodzie. I jeśli wszystko jest w porządku, to po dwóch godzinach wraca do domu. Łóżko szpitalne jest bardzo kosztowne i opłaca się wysłać do domu personel medyczny, by tam pomógł i skontrolował.

Mówi pan bardziej jak menedżer niż lekarz.

Skończyłem także studia z zarządzania. 90 proc. czasu poświęcam zarządzaniu, 10 proc. — na praktykę lekarską.

I widzi pan cud narodzin czy tylko koszty, statystyki, estymacje?

Każde narodziny są niezwykłe, ale bywają wyjątkowe cuda. Sytuacja dramatyczna: mamy pacjentkę, która rodzi po raz 8. i jest to jej 6. cięcie cesarskie z łożyskiem przodującym. Czyli poważne zagrożenie życia — a jednak wszystko przebiega bez komplikacji. Cud to także dziecko przychodzące na świat dokładnie w chwili, gdy rozpoczyna się szpitalna pasterka.