Długoterminową konsekwencją trwających od trzech i pół roku zawirowań na rynkach finansowych może być wybuch światowej inflacji — ostrzega ekonomista.
Firmy, gospodarstwa domowe i samorządy powinny być przygotowane na to ryzyko, bo jeśli się zrealizuje, drastycznie wzrosną koszty obsługi zaciągniętego długu.
— W ostatnich latach przerobiliśmy już lekcję numer jeden, czyli wzrost rat kredytów walutowych wynikający z osłabienia złotego. Czyli ryzyko walutowe przy długoterminowych pożyczkach mamy już odhaczone. Istnieje poważne zagrożenie, że przed nami lekcja numer dwa, czyli rosnące raty wynikające z wysokiej stopy procentowej — ostrzega Marcin Mrowiec.
W ostatnich latach niemal wszystkie największe banki centralne na masową, niespotykaną dotąd skalę „drukują pieniądze”, czyli zwiększają tzw. bazę monetarną. Najpierw prym w tej dziedzinie wiodła Rezerwa Federalna, czyli bank centralny USA. Skupował rządowe obligacje za nowo kreowany pieniądz.
— W trzy lata baza monetarna USA się potroiła. Fed wykreował 2 bln USD nowych pieniędzy i wpuścił je w gospodarkę — mówi Marcin Mrowiec.
W połowie 2011 r. tę samą drogą odważnie poszedł Europejski Bank Centralny. Najpierw zaczął skupować obligacje zadłużonych państw południa strefy euro, a następnie dwukrotnie zorganizował bankom swoistą promocję na pieniądz. Pożyczył bankom 1 bln EUR nowo wykreowanego pieniądza na wyjątkowo przychylnych warunkach (na trzy lata, na 1 proc., pod zastaw stosunkowo mało wartych aktywów). Skutek był taki, że baza monetarna EBC wzrosła w osiem miesięcy o ponad połowę, czyli o 1,1 bln EUR.
— Masowy dodruk pieniądza to potencjalna inflacyjna pułapka. Wieloletnie doświadczenia różnych gospodarek pokazują, że silny przyrost pieniędzy krążących zawsze kończy się wzrostem cen. To tylko kwestia tego, jak długo na ten wzrost trzeba czekać — zaznacza Marcin Mrowiec.
Rządy państw — zarówno w Europie, jak i w USA — zdają sobie sprawę z ryzyka tej ekspansywnej polityki pieniężnej banków centralnych. Nie sprzeciwiają się, bo jest to im na rękę.
— Państwa rozwinięte są mocno zadłużone, a presja ze strony rynków finansowych rośnie. Jeśli rządy chcą uniknąć bankructwa, mają dwa wyjścia. Pierwsze to zaciskać pasa i jak najszybciej spłacić dług. Ale takie drastyczne oszczędności obniżają PKB, przez co dług relacji do PKB często wcale nie spada. Dlatego państwa wybierają drugi wariant, czyli „opcję inflacyjną”, a więc dodruk pieniądza i wzrost inflacji, która obniża realną wartość długu — mówi Marcin Mrowiec.
Wspólny interes banków centralnych i rządów państw w luzowaniu polityki pieniężnej sprawia, że inflacja może wzrosnąć — najpierw na świecie, potem w Polsce. A to zawsze kończy się wzrostem kosztu pozyskiwania kapitału.

— Dlatego istnieje poważne zagrożenie, że skończył się w Polsce wieloletni okres, w którym rynkowe stopy procentowe stale spadły. Inflacja może najpierw pójść w górę na świecie, co podniosłoby inflację w Polsce i zmusiłoby Narodowy Bank Polski do podnoszenia stóp procentowych, a to oznaczałoby wzrost rynkowego oprocentowania — zaznacza Marcin Mrowiec.