Małe nasycenie rynku usługami CFM to główny powód, dla którego przedsiębiorcy tej branży nie muszą się obawiać spowolnienia gospodarczego. W 2013 r. będą powoli rośli. Rośliby szybko, gdyby ustawodawca potraktował auta jako narzędzia pracy, a nie oznakę luksusu.
„Puls Biznesu”: To był dobry rok dla CFM w Polsce? Konrad Karpowicz: Bez wątpienia. Pierwsze trzy kwartały — jak wynika z raportu Związku Polskiego Leasingu (ZPL) — przyniosły branży wzrost leasingu pojazdów o prawie 1,5 proc. rok do roku.
Ale gospodarka hamuje. Leasing będzie hamował razem z nią?
Ostatnie dane makroekonomiczne rzeczywiście wskazują na stopniowe hamowanie gospodarki. Jak jednak podkreślają władze ZPL, nie jest ono na tyle gwałtowne, aby zupełnie zatrzymać aktywność inwestycyjną firm. W I kwartale 2012 r. inwestycje średnich i dużych firm rosły jeszcze o 12,4 proc. r/r, a inwestycje w całej gospodarce o 6,7 proc. r/r. W połączeniu z wysokim wykorzystaniem zdolności produkcyjnych pozwala to oczekiwać tegorocznego wzrostu inwestycji o 4-5 proc.
Czyli jak zamknie się 2012 r. w CFM?
Związek, który bacznie śledzi zachowania na rynku, wskazuje, że obserwowany od 2010 r. rozwój rynku leasingu przekładał się na stopniowy wzrost udziału leasingu w finansowaniu inwestycji. Jest on obecnie w Polsce zbliżony do średniego dla Europy (12,6 proc. w 2010 r.). Za ZPL szacujemy, że wzrost rynku w 2012 r. powinien się utrzymać nieznacznie poniżej oczekiwanego wzrostu inwestycji w gospodarce narodowej — głównie z powodu nieco gorszej kondycji mikro- i małych firm oraz większego wpływu na te firmy negatywnych informacji o kryzysie w strefie euro.
A w 2013 r.?
Stagnacji nie przewiduję. Rynek finansowania samochodów w Polsce to swego rodzaju barometr sytuacji w całej gospodarce. Zmiany na nim powodują zmieniające się możliwości i oczekiwania klientów. Wyniki za I półrocze 2012 r., jakie przedstawił Instytut Keralla Research, ilustrują to, co dzieje się nie tylko z branżą, ale także z całą gospodarką. Pierwsza połowa roku była trudna, ale ciekawa dla branży. Kilkuprocentowy stabilny wzrost rynku CFM pozwala jednak z optymizmem patrzeć na nadchodzący rok. Rynek żyje, zmienia się. Najważniejsze jest to, że nie pozostajemy w stagnacji.
Mówi pan tak, bo wie, że nasycenie polskiego rynku CFM jest wciąż bardzo małe.
Jest małe — to prawda. Po pierwszej połowie było to nie więcej niż 4 proc. Tymczasem możliwą do pozyskania flotę aut firmowych, które potencjalnie mogłyby być outsourcowane, można oszacować na około 580 tys. pojazdów. Biorąc pod uwagę obecny stan rynku, czyli 148 tys. wynajętych pojazdów, prognozy dla branży są zdecydowanie optymistyczne, mimo że nastroje przedsiębiorców na ogół nadal są kiepskie.
Czyli będzie o co walczyć.
Tak. Ale klienci coraz częściej zamiast prostego finansowania wybierają produkty złożone, łączące finansowanie auta z pakietem usług dodatkowych. Potwierdza to Instytut Keralla, który właśnie tzw. niepełny wynajem wskazuje jako drugą obok full service leasingu najlepiej sprzedająca się formę outsourcingu flot. W roku 2008 r. niespełna 9 tys. aut zostało sfinansowanych przez przedsiębiorców w ramach produktów złożonych, czyli tzw. niepełnego wynajmu. A już w połowie 2012 r. liczba tych aut wzrosła do niemal 18 tysięcy. Przez te trzy lata średnia roczna stopa wzrostu wyniosła 10,8 proc. Właśnie w tej dziedzinie widzimy największy potencjał dla naszej branży. Zakładamy też, że coraz więcej średnich klientów, którzy dotąd myśleli, iż outsourcing jest dla „dużych”, też sięgnie po te rozwiązania.
Co mogłoby przyspieszyć rozwój CFM w Polsce?
Przepisy. Głównie podatkowe. To one decydują o rozwoju lub zastoju na rynku leasingu. Powinny ewoluować razem z nim. Trzeba je uprościć, wprowadzić czytelne reguły rozliczeń podatku dochodowego i VAT od firm, a także opodatkować osobiste przychody ich pracowników — użytkowników samochodów służbowych, czego teraz nie ma. Na ogół należałoby potraktować taki przywilej jako specyficzną formę wynagrodzenia, a więc przychodu, na co jasno wskazuje ustawa o PIT.
Skoro ustawa wskazuje, to w czym problem?
W tym, że przepisy są nieprecyzyjne. Firmy, które usiłują zastosować się do tej reguły, nie mają pewności, że ich podejście jest prawidłowe i pracownicy unikną dyskusji z fiskusem o weryfikacji deklaracji podatkowych. I czy każdy taki przypadek należy opodatkować, np. czy serwisant firmy telekomunikacyjnej, jeżdżący samochodem z częścią przeznaczoną na narzędzia i elementy urządzeń, ale nadal formalnie osobowym, osiąga taki przychód? A wiele firm po prostu nie wprowadza żadnych rozliczeń, skoro nie wiadomo, jaka ich wersja byłaby prawidłowa. Brak możliwości odliczenia całości VAT przy zakupie, leasingu czy wynajmie samochodów przez przedsiębiorców oznacza z kolei, że duża część VAT staje się faktycznie ukrytym podatkiem dochodowym. Rozwiązaniem byłaby jasna definicja dotycząca podatków od pracowników i prawo do odliczania całości VAT od samochodów służbowych, które w większości przypadków (dla handlowca, konsultanta, pracownika serwisu) są takim samym narzędziem pracy jak maszyny w firmach produkcyjnych.