Dwóch jest Piotrów. Jeden z uporem i głową do interesów, drugi — miłośnik sztuki. A człowiek jeden — Voelkel.
Ktoś stawia scenografię, ktoś sprawdza światło. Stukot młotków, słychać piłę i nerwowe okrzyki. Nerwówka na pięć minut przed premierą... Nawet gdy tancerze wyjdą na scenę, za kurtyną gwar ustanie pozornie. Bo kierownik techniczny to facet, który nigdy nie jest szczęśliwy. Zawsze w stresie.
Piotr Voelkel był drobiazgowy. Dlatego za kurtyną Polskiego Teatru Tańca Conrada Drzewieckiego wszystko chodziło jak w zegareczku. Do czasu.
Od technicznej strony
Krotoszyn. I ta małego Piotrka prowincjonalna — w dobrym tego słowa znaczeniu — ciekawość świata. Ciąg do kultury, której w miasteczku tyle było, co w tamtejszym domu kultury. Za mało, nie taka? Do Poznania czy Wrocławia jedzie się stamtąd ponad godzinę. Krótko — jeżeli w interesach, długo — gdy na spektakl czy do kina.
— A myśmy jeździli do teatru kilka razy w miesiącu. Mama uwielbiała teatr, podtykała nam fajne książki, także eseje czy felietony. Dyskutowaliśmy o tym, co przeczytaliśmy i zobaczyliśmy — wspomina młodzieńcze czasy Piotr Voelkel.
Ukształtowały go. Czasy studenckie. Kolorowe. Politechnika Poznańska, Wydział Mechaniczno-Technologiczny. Po dwóch latach zmiana: odlewnictwo na Politechnice Wrocławskiej. Zgroza rysunków technicznych, konstrukcyjnych zagwozdek i matematycznych szarad. A dlaczego nie historia sztuki czy szkoła aktorska?
— Mam umysł ścisły, analityczny. Z logiki jestem orzeł, z dat i nazwisk — noga. Technika mnie pociąga, humanizm fascynuje — tłumaczy Voelkel.
Kiedy był szefem kultowego wśród poznańskich żaków klubu Odnowa, poznał Sławomira Pietrasa, wówczas dyrektora wrocławskiej opery.
— Urządzaliśmy m.in. premiery dla studentów, w tym w operze. Pietras przed pierwszym dźwiękiem opowiadał o spektaklu, o autorach. Pewnego dnia zapytał, czy nie chciałbym pracować u niego w dziale technicznym, bo wtedy mógłbym połączyć pasję do teatru z wykształceniem technicznym. „Zobaczysz, jak to działa zza kulis, jak się montuje dekoracje, ustawia światła, robi rekwizyty” — przekonywał. Przekonał — wspomina Voelkel, który ochoczo przeniósł się ze studiami do miasta Grotowskiego i Tomaszewskiego, teatru Kalambur, festiwalu Wratislavia Cantans.
Studia, praktyki w operze, szefowanie klubowi Pałacyk, organizacja imprez kulturalnych (m.in. Jazzu nad Odrą): politechnika zleciała migiem. Pietras montował właśnie ekipę techniczną Polskiego Teatru Tańca Conrada Drzewieckiego.
— Zostałem szefem technicznym, odpowiedzialnym za produkcję dekoracji i kostiumów do spektakli. Tak rozpoczęła się genialna przygoda w moim życiu — mówi Voelkel.
Powrót do Poznania. I twarda szkoła, bo czyjąś wizję, obrazek, projekt na serwetce zamienić na teatralną scenografię — trzeba umieć.
— I to na czas, bo teatr Drzewieckiego był de facto objazdowy. Inne sceny… W Teatrze Wielkim w Warszawie — olbrzymia, a w Mielcu — mikroskopijna. A dekoracje te same. Wiele nocy nie przespałem — opowiada Voelkel.
Im więksi artyści, tym bardziej szalone były pomysły na scenografię. A rzeczywistość? Drewniano-metalowa. Czyli zdobywanie materiałów nie do zdobycia.
— Pierwszy spektakl — i pierwsza wtopa. Dekoracje do „Epitafium dla Don Juana” — takiej baletowej anegdoty o jego pomysłach na uwodzenie kobiet. Miałem zrobić podest łatwy do zamontowania i zdemontowania. A może ze styropianu naklejonego na sklejkę? Skleiliśmy jedno z drugim, ale wilgoć w kleju zrobiła swoje i cały podest wygiął się jak chips — wspomina Voelkel.
Z rozrzewnieniem. Podobnie jak projektory.
— Scenografia z projektorów to wtedy była nowość w Polsce i — bodajże — w Europie. Część scenografii mogła być nie tylko wyświetlana, ale i poruszana w czasie spektaklu. Jedne obrazy gasły, inne się pojawiały, a Pankiewicz — wspaniały scenograf — dodał jeszcze tiule, nadające perspektywę. Widzowie osłupieli! — wspomina Voelkel.
W teatrze poznał rzemiosła teatralne — od szewstwa, stolarstwa po perukarstwo, powroźnictwo i wytwarzanie baletek. I technologie. Do dzisiaj o tiulach potrafi rozmawiać godzinami, a wykonanie butów ze skóry z podeszwą z dwoiny nie zajmie mu pewnie więcej niż tydzień.
— Miałem szczęście. Teatr był miejscem, w którym łączyłem wykształcenie techniczne z miłością do teatru, do sztuki. Nauczyć się przekładania wizji projektanta na gotowy produkt, nieważne, czy baletki czy mebel. To się teraz przydaje — sądzi Voelkel.
Conrad Drzewiecki znany był i ceniony w Europie. Więc się jeździło.
— Zobaczyliśmy kawał świata. Nieźle zarabialiśmy — mówi Voelkel.
Znaczy, w kraju niewiele, jakieś 3 tys. zł. Butelka wódki kosztowała stówkę, a paczka carmenów — 18 zł. Ale zagraniczne diety to już 30 marek dziennie, czyli jakieś 6000 zł. Dwa tygodnie — i miało się kilka pensji.
Koniec pieśni
Przygoda z teatrem zakończyła się i nagle, i prozaicznie. Poszło o ambicje. Pewnie też o pieniądze.
— Conrad Drzewiecki miał robić dwie premiery w roku: jedną on, drugą gościnnie inny choreograf — nam zależało: ktoś wybitny. Conrad zgodził się, abyśmy zaprosili Johna Neumeiera, dyrektora baletu w operze w Hamburgu, by zrobił u nas premierę „Parsifala”. Jeśliby się udało, cała Europa stanęłaby przed nami otworem. Zagraniczne tournée… I kasa! Nie wiedzieliśmy, że Drzewiecki zakładał, że Neumeier nam odmówi, więc gdy ten się zgodził, szef w ostatniej chwili wycofał się z realizacji „Parsifala” w swoim teatrze. Ludzi tak to wkurzyło, że wielu powiedziało mu: baw się sam — wspomina Voelkel, który był jednym z buntowników.
Nie żałuje, że wtedy — wraz z oświetleniowcem — wybrali inną drogę. Pewnie do dzisiaj biegałby po scenie za 3 tys. zł miesięcznie!
Siermięga prywaciarza
Co mógł robić zrażony nieco do teatru technik teatralny (z wykształcenia odlewnik) w czasach, gdy synonimem kapitalizmu była szklarnia pod miastem. Ano — zostać prywaciarzem.
— Wybrałem drewno. Otworzyłem firmę Wytwarzanie Galanterii z Kości, Rogów, Surowców Miejscowych i Odpadowych — opowiada Piotr Voelkel — już ten drugi, biznesmen.
Sprytnie, bo galanterią i surowcem odpadowym mogło być wszystko. Ale te kości i rogi?
— W wykazie rzemiosł były dwie kategorie: wymagające papierów mistrzowskich i niewymagające kwalifikacji — czyli m.in. zabawkarstwo i galanteria z kości i rogów, więc trochę na chybił trafił wybrałem tę ostatnią — uśmiecha się Voelkel.
I zaczął się kapitalizm. Piwnica w bloku na osiedlu Kraju Rad w Poznaniu. Warsztat wielkości obecnego gabinetu Voelkela. W nim niby tartaczek. Produkcja karniszy. W bloku byli pierwsi, więc kolejni lokatorzy sądzili, że to osiedlowy warsztat lub maruderzy po budowie. Przychodzili — a to deski przyciąć, a to półki zamówić.
— Symbioza trwała do czasu, gdy pod presją kontroli fiskusa musieliśmy wystawić w oknie szyld. Mieszkańcy zorientowali się, że jesteśmy prywaciarzami. Od tej pory mogliśmy hałasować tylko do obiadu — opowiada Voelkel.
Kumple z opery obmyślili prosty wzór… Karnisze szły jak woda. Na Garbarach wciąż stoi sklep, jeden z pierwszych odbiorców „operowych” karniszy.
Gdy raz w tygodniu podjeżdżał zastawą, ludzie już czekali. Z samochodu wystawały dwumetrowe kije. Dla pewności klienci zabierali je wprost z auta, by w sklepie dostać resztę.
— Potem stali z nimi przed budynkiem jak Masaje — śmieje się Voelkel.
Gdy już zachodnia Polska znała pomarańczową zastawę producenta karniszy, ten pomyślał o zagranicy. Tuż przed stanem wojennym poznał Niemca, który zamówił u niego drewniane kółka do zabawek.
— Uparł się, by zobaczyć „fabrykę”. Miałem pokazać piwnicę? Zawiozłem go do Swarzędzkiej Fabryki Mebli, skąd brałem drewniane odpady. Wszyscy mnie tam znali, wartownicy też. Jak zobaczył, oniemiał. Zamówił tysiące kółek — puentuje Voelkel.
Narodziny podwalin
Wkrótce przeniósł się do dużego warsztatu pod Poznaniem. Odtąd kółka i karnisze robił w miejscowości o wdzięcznej nazwie Wiórek. Kółka okazały się przełomem. Eldorado… Półtorej marki za kółko. I 50 tys. sztuk miesięcznie. Potem zabawki — pociągi, konie na biegunach. Obroty jak u Cegielskiego.
— Raz w tygodniu zawoziłem te kółka do Niemiec, do Hamburga. Czternastoletnim mercedesem beczką za 2,5 tys. marek. Był na ropę, a benzyna na kartki... — wspomina Voelkel.
Stan wojenny. Czyli perturbacje.
— Bezpieka zatrzymała mi paszport. Nic nie dawały pisma do Kiszczaka. Chcieli mnie namówić do współpracy. Pewnego razu wezwali mnie do biura paszportowego. Gdy stanąłem przed oficerem, wypaliłem, że mój wspólnik z Niemiec prosił, bym przekazał, że „ma dla pana damski kożuszek”. Gdy facet zaczął pytać o kolor, już wiedziałem, że mam paszport z powrotem. Potem mnie odwiedzał — a to po deskę, a to po coś. Po stanie wojennym chciał, bym pomógł mu wydać książkę o tym, jak jeździł za Wyszyńskim! — jeszcze nie może się nadziwić Voelkel.
Tuż przed grudniem 1982 r. ze znajomym z Niemiec otworzył firmę polonijną. Po co przywozić marki do kraju i zamieniać je na złotówki po kiepskim kursie? Z zagranicy sprowadzali tony odpadów — i z tych kawalątków skór szyli kurtki i kożuchy — w łatki. Gigantyczny biznes!
Gdy pojawił się Balcerowicz, Voelker założył istniejący i dziś Vox.
— Meble dla dzieci. Wszystko wtedy szło do Niemiec! Dzisiaj Vox jest największym ich producentem w Polsce — sumuje Voelkel.
To, że Voelkel już wówczas był jedną nogą na Zachodzie, procentowało. Bo gdy w Polsce badziewie przestało się sprzedawać, Vox był bezkonkurencyjny. Potem doszły meble młodzieżowe i dla dorosłych. Dzisiaj Vox pozostaje liderem rynku mebli w średniej cenie. Design to oczko w głowie Piotra Voelkela. Dowód? Seria mebli DJ przypominających… skrzynie, w jakich przewozi się sprzęt muzyczny na koncerty.
Obrazowo
Piotr Voelkel nie zasypia nad bilansami. Biznes? Owszem. Twardą ręką. Pasja?
— Od dawna fascynuje mnie sztuka. Na początku nie traktowałem jej zbyt serio. Nauka trwała wiele lat — twierdzi Voelkel.
Pierwszy obraz w kolekcji? A jakże! — XIX wiek, arabskie konie Juliusza Kossaka. I Fałat. W domu w Krotoszynie wisiały reprodukcje. Byłby też Pankiewicz. Kiedyś Voelkel miał do wyboru: nabyć prawa do spadku albo „kwiaty w wazonie” Józefa Pankiewicza. Wybrał ziemię. Żałuje.
W Poznaniu Voelkel uchodzi za kolekcjonera i mecenasa sztuki. Założył Fundację Vox Artis, szefuje Wielkopolskiemu Towarzystwu Zachęty Sztuk Pięknych. Za namową Jana Kulczyka ściągnął do Polski rzeźby Igora Mitoraja. Nikt go wtedy w Polsce nie znał.
— To, co robię w biznesie, nie spotyka się z wielkim zainteresowaniem mediów. O gębie mecenasa sztuki, jaką mi się przyprawia, mówi się zwykle więcej — wyjaśnia Voelkel.
— Nie dociekałam i nie dociekam, czy pan Voelkel zna się lub nie na sztuce, nie moja sprawa. Faktem jest jednak, że swego czasu jego fundacja pomogła mi w realizacji wystawy w Poznaniu — mówi prof. Magdalena Abakanowicz.
— Rozmawiałam z panem Piotrem wielokrotnie. Jego otwartość i idee dzielenia się dostępem do sztuki i nauki, do wiedzy i urody rzeczy jest na miarę najwspanialszych momentów z pozytywizmu. Patrzę na jego pomysły i idee, które na moich oczach wciela w życie, z zachwytem. Często żałowałam momentów mego niedowierzania czy wątpliwości — wspomina Krystyna Janda.
Pytanie fundamentalne: na czym więc — według Voelkela — polega sztuka?
— Na tym, że artysta odkrywa nowe obszary. Wszystko, co jest powtórzeniem, pozostaje rzemiosłem. Artysta, który powtarza się, przestaje nim być. Dlatego realizm XIX wieku zmienił się w abstrakcję: ekspresjonizm, minimalizm, konstruktywizm, bo artyści zerwali z pokazywaniem tego, co widać. Poszli dalej, wskazując na to, co tkwi w umyśle. Rzecz jasna: sztuką nie jest wszystko, co oprawić w ramę lub co kosztuje majątek — wykłada krótko swoje credo Voelkel.
Ulubieni twórcy? Makowski, Strzemiński, Starzewski. Dzisiaj konikiem Voelkela jest jednak sztuka współczesna. Potrafi na swój użytek „czytać” obrazy Gierowskiego, Tarasina, Fangora, Wróblewskiego.
— Mam jakby dwóch ojców. Bo tata raz mówi o bilansie i kooperantach, innym razem potrafi cały wieczór rozmawiać o sztuce… Albo się wyłączyć i godzinami przeglądać katalog młodego artysty, którego obraz zamierza kupić — mówi Piotr Voelkel junior.
Choć ma niespełna 20 lat, ojciec bez ceregieli wrzucił go na głębinę. W połowie studiów wysłał za granicę — z misją wyszukania kontrahentów dla Voxa. Ojciec nie ukrywa, że widzi syna na swoim miejscu.
Piotr po Piotrze.
Jacek Konikowski
Foto: Grzegorz Kawecki,
Marek Wiśniewski
