Człowiek z gębą mecenasa

Jacek Konikowski
30-11-2007, 00:00

Dwóch jest Piotrów. Jeden z uporem i głową do interesów, drugi — miłośnik sztuki. A człowiek jeden — Voelkel.

Ktoś stawia scenografię, ktoś sprawdza światło. Stukot młotków, słychać piłę i nerwowe okrzyki. Nerwówka na pięć minut przed premierą... Nawet gdy tancerze wyjdą na scenę, za kurtyną gwar ustanie pozornie. Bo kierownik techniczny to facet, który nigdy nie jest szczęśliwy. Zawsze w stresie.

Piotr Voelkel był drobiazgowy. Dlatego za kurtyną Polskiego Teatru Tańca Conrada Drzewieckiego wszystko chodziło jak w zegareczku. Do czasu.

Od technicznej strony

Krotoszyn. I ta małego Piotrka prowincjonalna — w dobrym tego słowa znaczeniu — ciekawość świata. Ciąg do kultury, której w miasteczku tyle było, co w tamtejszym domu kultury. Za mało, nie taka? Do Poznania czy Wrocławia jedzie się stamtąd ponad godzinę. Krótko — jeżeli w interesach, długo — gdy na spektakl czy do kina.

— A myśmy jeździli do teatru kilka razy w miesiącu. Mama uwielbiała teatr, podtykała nam fajne książki, także eseje czy felietony. Dyskutowaliśmy o tym, co przeczytaliśmy i zobaczyliśmy — wspomina młodzieńcze czasy Piotr Voelkel.

Ukształtowały go. Czasy studenckie. Kolorowe. Politechnika Poznańska, Wydział Mechaniczno-Technologiczny. Po dwóch latach zmiana: odlewnictwo na Politechnice Wrocławskiej. Zgroza rysunków technicznych, konstrukcyjnych zagwozdek i matematycznych szarad. A dlaczego nie historia sztuki czy szkoła aktorska?

— Mam umysł ścisły, analityczny. Z logiki jestem orzeł, z dat i nazwisk — noga. Technika mnie pociąga, humanizm fascynuje — tłumaczy Voelkel.

Kiedy był szefem kultowego wśród poznańskich żaków klubu Odnowa, poznał Sławomira Pietrasa, wówczas dyrektora wrocławskiej opery.

— Urządzaliśmy m.in. premiery dla studentów, w tym w operze. Pietras przed pierwszym dźwiękiem opowiadał o spektaklu, o autorach. Pewnego dnia zapytał, czy nie chciałbym pracować u niego w dziale technicznym, bo wtedy mógłbym połączyć pasję do teatru z wykształceniem technicznym. „Zobaczysz, jak to działa zza kulis, jak się montuje dekoracje, ustawia światła, robi rekwizyty” — przekonywał. Przekonał — wspomina Voelkel, który ochoczo przeniósł się ze studiami do miasta Grotowskiego i Tomaszewskiego, teatru Kalambur, festiwalu Wratislavia Cantans.

Studia, praktyki w operze, szefowanie klubowi Pałacyk, organizacja imprez kulturalnych (m.in. Jazzu nad Odrą): politechnika zleciała migiem. Pietras montował właśnie ekipę techniczną Polskiego Teatru Tańca Conrada Drzewieckiego.

— Zostałem szefem technicznym, odpowiedzialnym za produkcję dekoracji i kostiumów do spektakli. Tak rozpoczęła się genialna przygoda w moim życiu — mówi Voelkel.

Powrót do Poznania. I twarda szkoła, bo czyjąś wizję, obrazek, projekt na serwetce zamienić na teatralną scenografię — trzeba umieć.

— I to na czas, bo teatr Drzewieckiego był de facto objazdowy. Inne sceny… W Teatrze Wielkim w Warszawie — olbrzymia, a w Mielcu — mikroskopijna. A dekoracje te same. Wiele nocy nie przespałem — opowiada Voelkel.

Im więksi artyści, tym bardziej szalone były pomysły na scenografię. A rzeczywistość? Drewniano-metalowa. Czyli zdobywanie materiałów nie do zdobycia.

— Pierwszy spektakl — i pierwsza wtopa. Dekoracje do „Epitafium dla Don Juana” — takiej baletowej anegdoty o jego pomysłach na uwodzenie kobiet. Miałem zrobić podest łatwy do zamontowania i zdemontowania. A może ze styropianu naklejonego na sklejkę? Skleiliśmy jedno z drugim, ale wilgoć w kleju zrobiła swoje i cały podest wygiął się jak chips — wspomina Voelkel.

Z rozrzewnieniem. Podobnie jak projektory.

— Scenografia z projektorów to wtedy była nowość w Polsce i — bodajże — w Europie. Część scenografii mogła być nie tylko wyświetlana, ale i poruszana w czasie spektaklu. Jedne obrazy gasły, inne się pojawiały, a Pankiewicz — wspaniały scenograf — dodał jeszcze tiule, nadające perspektywę. Widzowie osłupieli! — wspomina Voelkel.

W teatrze poznał rzemiosła teatralne — od szewstwa, stolarstwa po perukarstwo, powroźnictwo i wytwarzanie baletek. I technologie. Do dzisiaj o tiulach potrafi rozmawiać godzinami, a wykonanie butów ze skóry z podeszwą z dwoiny nie zajmie mu pewnie więcej niż tydzień.

— Miałem szczęście. Teatr był miejscem, w którym łączyłem wykształcenie techniczne z miłością do teatru, do sztuki. Nauczyć się przekładania wizji projektanta na gotowy produkt, nieważne, czy baletki czy mebel. To się teraz przydaje — sądzi Voelkel.

Conrad Drzewiecki znany był i ceniony w Europie. Więc się jeździło.

— Zobaczyliśmy kawał świata. Nieźle zarabialiśmy — mówi Voelkel.

Znaczy, w kraju niewiele, jakieś 3 tys. zł. Butelka wódki kosztowała stówkę, a paczka carmenów — 18 zł. Ale zagraniczne diety to już 30 marek dziennie, czyli jakieś 6000 zł. Dwa tygodnie — i miało się kilka pensji.

Koniec pieśni

Przygoda z teatrem zakończyła się i nagle, i prozaicznie. Poszło o ambicje. Pewnie też o pieniądze.

— Conrad Drzewiecki miał robić dwie premiery w roku: jedną on, drugą gościnnie inny choreograf — nam zależało: ktoś wybitny. Conrad zgodził się, abyśmy zaprosili Johna Neumeiera, dyrektora baletu w operze w Hamburgu, by zrobił u nas premierę „Parsifala”. Jeśliby się udało, cała Europa stanęłaby przed nami otworem. Zagraniczne tournée… I kasa! Nie wiedzieliśmy, że Drzewiecki zakładał, że Neumeier nam odmówi, więc gdy ten się zgodził, szef w ostatniej chwili wycofał się z realizacji „Parsifala” w swoim teatrze. Ludzi tak to wkurzyło, że wielu powiedziało mu: baw się sam — wspomina Voelkel, który był jednym z buntowników.

Nie żałuje, że wtedy — wraz z oświetleniowcem — wybrali inną drogę. Pewnie do dzisiaj biegałby po scenie za 3 tys. zł miesięcznie!

Siermięga prywaciarza

Co mógł robić zrażony nieco do teatru technik teatralny (z wykształcenia odlewnik) w czasach, gdy synonimem kapitalizmu była szklarnia pod miastem. Ano — zostać prywaciarzem.

— Wybrałem drewno. Otworzyłem firmę Wytwarzanie Galanterii z Kości, Rogów, Surowców Miejscowych i Odpadowych — opowiada Piotr Voelkel — już ten drugi, biznesmen.

Sprytnie, bo galanterią i surowcem odpadowym mogło być wszystko. Ale te kości i rogi?

— W wykazie rzemiosł były dwie kategorie: wymagające papierów mistrzowskich i niewymagające kwalifikacji — czyli m.in. zabawkarstwo i galanteria z kości i rogów, więc trochę na chybił trafił wybrałem tę ostatnią — uśmiecha się Voelkel.

I zaczął się kapitalizm. Piwnica w bloku na osiedlu Kraju Rad w Poznaniu. Warsztat wielkości obecnego gabinetu Voelkela. W nim niby tartaczek. Produkcja karniszy. W bloku byli pierwsi, więc kolejni lokatorzy sądzili, że to osiedlowy warsztat lub maruderzy po budowie. Przychodzili — a to deski przyciąć, a to półki zamówić.

— Symbioza trwała do czasu, gdy pod presją kontroli fiskusa musieliśmy wystawić w oknie szyld. Mieszkańcy zorientowali się, że jesteśmy prywaciarzami. Od tej pory mogliśmy hałasować tylko do obiadu — opowiada Voelkel.

Kumple z opery obmyślili prosty wzór… Karnisze szły jak woda. Na Garbarach wciąż stoi sklep, jeden z pierwszych odbiorców „operowych” karniszy.

Gdy raz w tygodniu podjeżdżał zastawą, ludzie już czekali. Z samochodu wystawały dwumetrowe kije. Dla pewności klienci zabierali je wprost z auta, by w sklepie dostać resztę.

— Potem stali z nimi przed budynkiem jak Masaje — śmieje się Voelkel.

Gdy już zachodnia Polska znała pomarańczową zastawę producenta karniszy, ten pomyślał o zagranicy. Tuż przed stanem wojennym poznał Niemca, który zamówił u niego drewniane kółka do zabawek.

— Uparł się, by zobaczyć „fabrykę”. Miałem pokazać piwnicę? Zawiozłem go do Swarzędzkiej Fabryki Mebli, skąd brałem drewniane odpady. Wszyscy mnie tam znali, wartownicy też. Jak zobaczył, oniemiał. Zamówił tysiące kółek — puentuje Voelkel.

Narodziny podwalin

Wkrótce przeniósł się do dużego warsztatu pod Poznaniem. Odtąd kółka i karnisze robił w miejscowości o wdzięcznej nazwie Wiórek. Kółka okazały się przełomem. Eldorado… Półtorej marki za kółko. I 50 tys. sztuk miesięcznie. Potem zabawki — pociągi, konie na biegunach. Obroty jak u Cegielskiego.

— Raz w tygodniu zawoziłem te kółka do Niemiec, do Hamburga. Czternastoletnim mercedesem beczką za 2,5 tys. marek. Był na ropę, a benzyna na kartki... — wspomina Voelkel.

Stan wojenny. Czyli perturbacje.

— Bezpieka zatrzymała mi paszport. Nic nie dawały pisma do Kiszczaka. Chcieli mnie namówić do współpracy. Pewnego razu wezwali mnie do biura paszportowego. Gdy stanąłem przed oficerem, wypaliłem, że mój wspólnik z Niemiec prosił, bym przekazał, że „ma dla pana damski kożuszek”. Gdy facet zaczął pytać o kolor, już wiedziałem, że mam paszport z powrotem. Potem mnie odwiedzał — a to po deskę, a to po coś. Po stanie wojennym chciał, bym pomógł mu wydać książkę o tym, jak jeździł za Wyszyńskim! — jeszcze nie może się nadziwić Voelkel.

Tuż przed grudniem 1982 r. ze znajomym z Niemiec otworzył firmę polonijną. Po co przywozić marki do kraju i zamieniać je na złotówki po kiepskim kursie? Z zagranicy sprowadzali tony odpadów — i z tych kawalątków skór szyli kurtki i kożuchy — w łatki. Gigantyczny biznes!

Gdy pojawił się Balcerowicz, Voelker założył istniejący i dziś Vox.

— Meble dla dzieci. Wszystko wtedy szło do Niemiec! Dzisiaj Vox jest największym ich producentem w Polsce — sumuje Voelkel.

To, że Voelkel już wówczas był jedną nogą na Zachodzie, procentowało. Bo gdy w Polsce badziewie przestało się sprzedawać, Vox był bezkonkurencyjny. Potem doszły meble młodzieżowe i dla dorosłych. Dzisiaj Vox pozostaje liderem rynku mebli w średniej cenie. Design to oczko w głowie Piotra Voelkela. Dowód? Seria mebli DJ przypominających… skrzynie, w jakich przewozi się sprzęt muzyczny na koncerty.

Obrazowo

Piotr Voelkel nie zasypia nad bilansami. Biznes? Owszem. Twardą ręką. Pasja?

— Od dawna fascynuje mnie sztuka. Na początku nie traktowałem jej zbyt serio. Nauka trwała wiele lat — twierdzi Voelkel.

Pierwszy obraz w kolekcji? A jakże! — XIX wiek, arabskie konie Juliusza Kossaka. I Fałat. W domu w Krotoszynie wisiały reprodukcje. Byłby też Pankiewicz. Kiedyś Voelkel miał do wyboru: nabyć prawa do spadku albo „kwiaty w wazonie” Józefa Pankiewicza. Wybrał ziemię. Żałuje.

W Poznaniu Voelkel uchodzi za kolekcjonera i mecenasa sztuki. Założył Fundację Vox Artis, szefuje Wielkopolskiemu Towarzystwu Zachęty Sztuk Pięknych. Za namową Jana Kulczyka ściągnął do Polski rzeźby Igora Mitoraja. Nikt go wtedy w Polsce nie znał.

— To, co robię w biznesie, nie spotyka się z wielkim zainteresowaniem mediów. O gębie mecenasa sztuki, jaką mi się przyprawia, mówi się zwykle więcej — wyjaśnia Voelkel.

— Nie dociekałam i nie dociekam, czy pan Voelkel zna się lub nie na sztuce, nie moja sprawa. Faktem jest jednak, że swego czasu jego fundacja pomogła mi w realizacji wystawy w Poznaniu — mówi prof. Magdalena Abakanowicz.

— Rozmawiałam z panem Piotrem wielokrotnie. Jego otwartość i idee dzielenia się dostępem do sztuki i nauki, do wiedzy i urody rzeczy jest na miarę najwspanialszych momentów z pozytywizmu. Patrzę na jego pomysły i idee, które na moich oczach wciela w życie, z zachwytem. Często żałowałam momentów mego niedowierzania czy wątpliwości — wspomina Krystyna Janda.

Pytanie fundamentalne: na czym więc — według Voelkela — polega sztuka?

— Na tym, że artysta odkrywa nowe obszary. Wszystko, co jest powtórzeniem, pozostaje rzemiosłem. Artysta, który powtarza się, przestaje nim być. Dlatego realizm XIX wieku zmienił się w abstrakcję: ekspresjonizm, minimalizm, konstruktywizm, bo artyści zerwali z pokazywaniem tego, co widać. Poszli dalej, wskazując na to, co tkwi w umyśle. Rzecz jasna: sztuką nie jest wszystko, co oprawić w ramę lub co kosztuje majątek — wykłada krótko swoje credo Voelkel.

Ulubieni twórcy? Makowski, Strzemiński, Starzewski. Dzisiaj konikiem Voelkela jest jednak sztuka współczesna. Potrafi na swój użytek „czytać” obrazy Gierowskiego, Tarasina, Fangora, Wróblewskiego.

— Mam jakby dwóch ojców. Bo tata raz mówi o bilansie i kooperantach, innym razem potrafi cały wieczór rozmawiać o sztuce… Albo się wyłączyć i godzinami przeglądać katalog młodego artysty, którego obraz zamierza kupić — mówi Piotr Voelkel junior.

Choć ma niespełna 20 lat, ojciec bez ceregieli wrzucił go na głębinę. W połowie studiów wysłał za granicę — z misją wyszukania kontrahentów dla Voxa. Ojciec nie ukrywa, że widzi syna na swoim miejscu.

Piotr po Piotrze.

Jacek Konikowski

Foto: Grzegorz Kawecki,

Marek Wiśniewski

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Konikowski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Surowce / Człowiek z gębą mecenasa