Wystarczy obligacja i ryzykowny fundusz inwestycyjny
Im więcej akcji w portfelu, tym lepiej — to strategia inwestycyjna krajowych oszczędzających jeszcze rok temu. Bessa jak zwykle zaskoczyła wielu inwestorów, odwracając rynek finansowy do góry nogami. Akcje poszły w odstawkę. Zapanowała za to moda na lokaty bankowe, ale nie tylko. Olbrzymią popularność zyskały tzw. produkty strukturyzowane. Według różnych szacunków Polacy ulokowali w nich 13 mld zł — tylko w tym roku 4 mld zł. Takiej dynamiki mogą tylko pozazdrościć krajowe fundusze inwestycyjne, i to z czasów największej ich świetności. Skąd ta popularność? Tzw. struktury z reguły oferują gwarancję kapitału. Z drugiej strony — dają ich właścicielom nadzieje na spore zyski, np. z dość egzotycznego dla Kowalskiego rynku surowcowego.
Poza gwarancją części bądź całości kapitału produkty strukturyzowane oferują szeroki dostęp do różnych klas aktywów (np. złota, ropy, kawy czy indeksów azjatyckich). Przy nich krajowe fundusze wypadają dość blado. Jednak struktury mają też wady. Są budowane jako produkt zamknięty na czas z góry określony. Nawet jeśli strategia produktu okaże się zła (np. trafimy na bessę surowcową), to szansa na wyjście z takiej inwestycji bez uszczerbku jest niewielka.
Trudno też określić klientom produktów strukturyzowanych, jaki jest koszt ich inwestycji. Nie ma regulacji, które zmuszałyby sprzedawców do informowania o opłatach wbudowanych w lokatę. Nawet Komisja Europejska zwracała oszczędzającym uwagę, że ten rynek jest mało przejrzysty. Podobnego zdania jest Komisja Nadzoru Finansowego.
Tymczasem nic nie stoi na przeszkodzie, aby Kowalski uszył sobie strukturę na miarę własnych potrzeb. Jest to prostsze do zrealizowania, niż wielu oszczędzających sobie wyobraża. W obecnych warunkach wystarczy za 88 proc. portfela kupić zwykłą dwuletnią obligację skarbową, a pozostałą część gotówki ulokować w dowolne, ryzykowne aktywa (w akcje, surowce, indeks zagraniczny). Po dwóch latach dzięki obligacjom przynajmniej odzyskamy to, co zainwestowaliśmy.
Z reguły struktury są zbudowane z obligacji i opcji. W portfelu musi być tyle obligacji, żeby na koniec okresu inwestycji dawały one gwarancję kapitału. Za resztę można kupić opcje, czyli produkt inwestycyjny, który związany jest z dużą dźwignią finansową. Niestety, na warszawskiej giełdzie rynek opcji jest słabo rozwinięty. Dlatego przy domowej konstrukcji struktury trzeba zrezygnować z tzw. lewara. W zamian możemy ulokować pieniądze w jednostki funduszu małych i średnich spółek czy np. certyfikatów indeksowanych na pszenicę lub spółki kazachskie.
Domowej roboty struktura ma
zalety funduszy otwartych, bo
w każdej chwili można ją
sprzedać. Dokładnie też
wiadomo, ile kosztuje.
Dodatkowo można samemu
wybrać poziom
zabezpieczenia oszczędności.
Dla wielbicieli "misiów"
Odbicie małych spółek to kwestia czasu. Warto w nich ulokować chociaż część oszczędności.
Wielu analityków zwiastuje, że małe i średnie spółki niebawem podniosą się z kolan. Znów zaczną rosnąć dużo szybciej niż cały rynek. Niełatwo jednak wrócić do tych papierów, jeśli ktoś inwestował w lipcu zeszłego roku. Jak połączyć samemu możliwość małych i średnich spółek z zaletami bezpiecznej inwestycji? To nie jest trudne. Można zrobić to na parę sposobów. Załóżmy, że po dwóch latach kursy małych i średnich firm wzrosną o 50 proc. (25 proc. w skali roku). Wystarczy teraz poszukać w miarę dobrego funduszu "misiów" i ulokować w nim mniejszą część naszych oszczędności (za pozostałą część kupić obligacje skarbowe). Najlepiej, jak się uda kupić jednostki w ofercie, która zwalnia z opłat manipula-cyjnych.
Wycisnąć z dolara, ile się da
Analitycy prognozują, że amerykańska gospodarka podniesie się jak feniks z popiołów i pociągnie w górę dolara.
Amerykańska waluta przeżywała największą słabość od lat. Jeszcze w 2004 r. dolar kosztował 4,04 zł. Minimum ustalił w połowie lipca tego roku, kiedy to sięgnął dna na 2,03 zł. Teraz kurs dolara to 2,44 zł. Inwestorzy, którzy wierzą, że dolar ma szansę na kolejne wzrosty, ale nie tolerują ryzyka, mogą stworzyć sobie produkt oparty na funduszach obligacji amerykańskich. W ten sposób ich zyski zależą od kursu dolara. Dodatkowo zarobią na odsetkach od obligacji. Załóżmy, że dolar umocni się w najbliższych dwóch latach o 50 proc. Amerykańskie papiery dają średnio rocznie 3,5 proc. Zatem w dwa lata wypracują stopę zwrotu 7 proc. Ważne, aby kupić fundusz na promocji — bez opłat.
Wariant 1
100
proc. gwarancji kapitału.
Zyski
Możliwe 9,27 proc. w skali roku.
Wariant 2
90
proc. gwarancji kapitału.
Zyski
Możliwe 15 proc. w skali roku.
Wariant 3
80
proc. gwarancji kapitału.
Zyski
Możliwe 21,6 proc. w skali roku.
Wariant 1
100
proc. gwarancji kapitału.
Zyski
Możliwe 12,77 proc. w skali roku.
Wariant 2
90
proc. gwarancji kapitału.
Zyski
Możliwe 18,5 proc. w skali roku.
Wariant 3
80
proc. gwarancji kapitału.
Zyski
Możliwe 25,1 proc. w skali roku.
Wariant 1
100
proc. gwarancji kapitału.
Zyski
Możliwe 9,91 proc. w skali roku.
Wariant 2
90
proc. gwarancji kapitału.
Zyski
Możliwe 16,04 proc. w skali roku.
Wariant 3
80
proc. gwarancji kapitału.
Zyski
Możliwe 23,1 proc. w skali roku.
Wariant 1
100
proc. gwarancji kapitału.
Zyski
Możliwe 8,99 proc. w skali roku.
Wariant 2
90
proc. gwarancji kapitału.
Zyski
Możliwe 14,56 proc. w skali roku.
Wariant 3
80
proc. gwarancji kapitału.
Zyski
Możliwe 20,96 proc. w skali roku.
Dla zwolenników surowców
Surowce mocno tanieją. Banki wciąż wierzą, że to tylko chwilowa słabość.
Nie jest prawdą, że Kowalski nie może sam zainwestować w kakao, kawę czy platynę. Wystarczy rachunek maklerski. Na GPW są produkty, których wartość zależy od cen surowców, m.in. ropy naftowej, złota czy cukru. Surowce są świetną inwestycją dla osób, które nie wierzą, że kryzys instytucji finansowych ma się ku końcowi. W sytuacjach kryzysowych rośnie cena ropy. Załóżmy, że kolejna fala kryzysu w USA wypchnie cenę czarnego złota w kolejnych dwóch latach do 170 USD za baryłkę, czyli wzrośnie ona o 61,9 proc. W biurze maklerskim trzeba zapłacić około 0,5 proc. prowizji za certyfikat indeksowany. Dodatkowo trzeba uwzględnić spread na giełdzie, czyli różnicę między ofertą kupna i sprzedaży (wynosi około 1 proc.).
A może Japonia
Europa Zachodnia nie ma większych szans na szybki powrót do zdrowia. Lepiej wygląda USA. Dobrze rokuje również Japonia.
Globalni inwestorzy wciąż mają awersję do ryzyka. Omijają więc zmienne rynki, do których zalicza się GPW. Pieniądze płyną za to ku bezpieczniejszym inwestycjom. Za takie uważane są obligacje skarbowe czy akcje rynków dojrzałych. Japonia od wielu lat przeżywa recesję. Może więc już czas na poprawę? Optymiści mogą postawić na giełdę w Kraju Kwitnącej Wiśni. Tamtejszy indeks od lipca zeszłego roku osunął się o 32 proc. Załóżmy, że przez kolejne dwa lata zdoła tę stratę odrobić, czyli urośnie o 47,05 proc. (23,52 proc. w skali roku). W tej strategii także potrzebny jest rachunek maklerski. Kosztem inwestycji jest prowizja za zakup certyfikatu inwestycyjnego u maklera, która wynosi około 0,5 proc.
Anna Borys