Co do diagnozy — nie ma sporu. O tym, że polski system ochrony zdrowia jest ciężko chory, mówią zgodnie lekarze, pacjenci, politycy, a przytakuje im z troską w głosie każdy kolejny minister zdrowia. I choć najczęściej szefem resortu jest wybitny lekarz, dotychczas żaden z nich nie potrafił zastosować skutecznej terapii. Czego służbie zdrowia potrzeba, dobrze wiadomo — pieniędzy. Dość wspomnieć, że wydatki na ochronę zdrowia w przeliczeniu na głowę mieszkańca są czterokrotnie mniejsze niż w Niemczech czy we Francji, a nawet o połowę niższe niż na Węgrzech i w Czechach. Podobnie wyglądają relacje w zarobkach personelu medycznego — np. w Niemczech lekarze zarabiają około 3-5 tys. euro miesięcznie i już walczą o podwyżki. Ich polscy koledzy dostają połowę tej kwoty, ale w złotych.
Wbrew powszechnemu odczuciu pieniędzy w systemie jest coraz więcej (w ciągu pięciu lat przychody ze składek na Narodowy Fundusz Zdrowia wzrosły o ponad 40 proc.), lecz nie ma w najbliższych latach co liczyć, że Polska służba zdrowia będzie równie zasobna jak w krajach UE. Po pierwsze dlatego, że startujemy z bardzo niskiego poziomu — obecna mizeria nie zaczęła się wraz z gospodarką rynkową, ale jest efektem dziesięcioleci zaniedbań. Po drugie — opieka zdrowotna staje się coraz nowocześniejsza, ale i coraz droższa. Z danych OECD wynika, że w 2003 roku zrzeszone tam kraje przeznaczały na zdrowie średnio 8,8 proc. PKB wobec 7,1 proc. trzynaście lat wcześniej. Po trzecie wreszcie — i chyba najważniejsze — nawet te skromne środki są w polskim systemie źle rozdysponowane.
O wprowadzeniu koszyka gwarantowanych świadczeń medycznych (czyli określeniu, które usługi medyczne opłacane są z budżetu), wprowadzeniu rejestru usług medycznych mówią wszyscy ministrowie zdrowia od kilkunastu lat. I na zapowiedziach się kończy. Kolejni szefowie resortu nie zmuszali też dyrektorów placówek służby zdrowia do racjonalizacji wydatków i pilnowania kosztów. Wręcz przeciwnie. Tak jak przed wiekami cyrulicy na wszystkie choroby stosowali jedno lekarstwo — upuszczanie krwi, tak polscy ministrowie zdrowia na wszelkie niedomagania systemu opieki zdrowotnej stosowali jedno wątpliwej skuteczności lekarstwo — oddłużenie szpitali i przychodni. Za każdym razem zapewniali, że to ostatni raz i od tego momentu już trzeba będzie pilnować kosztów. Ci dyrektorzy placówek, którzy się na to nabrali, prędzej czy później wychodzili na ciężkich idiotów, bo po „już naprawdę ostatnim” oddłużeniu przychodziło następne. Na ten cel poszło już z budżetu kilkanaście miliardów złotych — np. przy okazji wprowadzenia kas chorych w 1999 roku skarb państwa przejął 8 mld zł długów służby zdrowia. Na koniec ubiegłego roku zobowiązania wymagalne służby zdrowia znów sięgnęły 5 mld zł...
Teraz sytuacja jest gorsza, bo oprócz tego, iż nie ma za co leczyć, wkrótce nie będzie komu leczyć. Wejście Polski do UE stworzyło polskim lekarzom i pielęgniarkom możliwość wyboru — i z tego korzystają. To chyba ostatnia chwila, by zdać sobie sprawę, że nie ma cudownych recept i lekarstwa bywają gorzkie. Nie wystarczą kropelki obietnic i pastylki oddłużeń. Potrzebna jest radykalna terapia — zerwanie z mitem leczenia za darmo i wpuszczenie do systemu ochrony zdrowia nieco wolnego rynku (możliwości prywatnych dodatkowych ubezpieczeń, konkurencji między ubezpieczalniami, a także przychodniami i szpitalami). Skoro już utarło się, że ministrem zdrowia musi być lekarz (tak jak gdyby ministrem transportu musiał być kierowca), to potrzebny jest odważny chirurg i świadomość, że po tak przewlekłej i ciężkiej chorobie konieczna jest długa i skomplikowana operacja.