Czy (jeszcze) leci z nami pilot?

Kazimierz Krupa
opublikowano: 2003-04-02 00:00

Jeden z dowcipów o pilotach i samolotach kończy się malowniczą niewątpliwie scenką, w której pasażerowie samolotu proszeni są o wyjrzenie przez okno, by... zobaczyć na oceanie maleńką (z wysokości kilku tysięcy metrów wszystko jest maleńkie) żółtą szalupę z której pozdrawia ich pilot wraz z załogą. Ciekawe, czy premier Miller ma już przygotowaną taką żółtą szalupę, a jeżeli tak (trudno sobie wyobrazić, by nie miał), to gdzie ona się znajduje i kogo na nią zabierze. Bo chętni co prawda jeszcze są, ale z każdym dniem ich ubywa.

Nawet przy maksymalnej dawce dobrej woli trudno nie zauważyć, że ster rządu co jakiś czas wymyka się premierowi z rąk. Efekt jest taki, że samolot lata bez sensu (dookoła), para idzie w gwizdek, załogantów bierze się niemalże z łapanki, by po chwili wyrzucić ich z pokładu, co chwila ktoś inny łapie za drążek, samolotem trzęsie, wszystkim puszczają nerwy, a niektórzy jeszcze zapadają na „chorobę wściekłych dziennikarzy”.

O ludziach PSL już zapomnieliśmy (to zamierzchła historia), Balickiego też już nie ma, Cytrycki niby jeszcze jest, ale jakby go nie było, a wkrótce zapewne przyjdzie premierowi wybierać między Hausnerem i Kołodką. Eufemistycznie mówiąc, panowie za sobą nie przepadają i każde ich spotkanie jest tak naładowane elektrycznością, że mogłoby oświetlić średniej wielkości miasto. Teraz, po zaprezentowaniu przez ministra Hausnera swojego pomysłu na naprawę Rzeczypospolitej, napięcie jeszcze wzrośnie. Tym bardziej że dobrotliwy „Krakus” okazał się znacznie bardziej radykalny od „Tygrysa”.

„Nieszablonowa sytuacja wymaga niestandardowych przedsięwzięć” — i minister Hausner po nie sięgnął. Istotne, przejściowe, zwiększenie długu publicznego, zdecydowane obniżenie podatków, ustawowe umożliwienie pozyskania środków OFE na przedsięwzięcia infrastrukturalne — to tylko niektóre, z przecieków, elementy projektu ministra gospodarki i wielu, wielu innych rzeczy.

Po „kierunkowym” przyjęciu przez rząd programu ministra Kołodki (jak sądzimy, zna on wszystkie argumenty za podatkiem liniowym, przytoczone m.in. w naszym wczorajszym tekście, ale aż tak jego gorącym zwolennikiem nie jest — to był, niestety, tylko primaaprilisowy żarcik) mamy klęskę urodzaju. Oby nie przekształciła się ona w jeszcze większą awanturę i zwyczajną klęskę. Bo wtedy to już pozostanie tylko ta żółta tratwa.