Recesja w Polsce zaczyna być coraz częściej rozważanym scenariuszem makroekonomicznym. Napisałem o niej kilka dni temu w kontekście wersji „czeskiej” i „brytyjskiej”. W poniedziałek przed recesją ostrzegał Paweł Borys, prezes Polskiego Funduszu Rozwoju i jeden z autorów polskiej polityki gospodarczej. Powiedział podczas konferencji Izby Domów Maklerskich: „Możemy wejść w techniczną recesję za dwa-trzy kwartały. Najbliższe miesiące to będzie balansowanie między poważnym a łagodniejszym spowolnieniem gospodarczym”.
Jest okazja, by rozważyć pokrótce, co właściwie oznaczałaby taka recesja dla Polski. Niektórzy uważają, że recesja to nic strasznego – ot, trochę gorsza sytuacja, to naturalne w gospodarce, tak jak w życiu. Problem polega na tym, że recesja może nieść długookresowe koszty – dlatego lepiej w nią nie wpadać, nawet za cenę podwyższonej inflacji. Ostateczny bilans nigdy nie jest oczywiście łatwy.
Co to jest recesja? Najprostsza definicja brzmi: dwa kwartały spadku PKB (w ujęciu kwartał do kwartału). Według szerszej definicji stosowanej w Stanach Zjednoczonych, jest to „znaczny spadek aktywności gospodarczej, który rozkłada się na całą gospodarkę i trwa dłużej niż kilka miesięcy” (NBER). Według czysto statystycznej definicji, w Polsce mieliśmy tylko jedną recesję – w 2001 r. Według szerszej definicji co najmniej trzy – jeszcze w 2008 r., 2020 r. i prawdopodobnie w 2013 r., kiedy wprawdzie PKB nie spadał przez dwa kwartały, ale mocno rosło bezrobocie i ewidentnie obniżał się standard życia. Istotny jest natomiast fakt, że gdy PKB zaczyna spadać, zwykle przekłada się to na pełnowymiarową recesję, z konsekwencjami na rynku pracy. Widać to po danych z USA: gdy PKB spadał przez co najmniej dwa kwartały, mocno rosło bezrobocie. Dlatego gdy Paweł Borys mówi o technicznej recesji, traktowałbym to jako bardzo poważne zjawisko. Niech słowo „techniczna” nie ujmuje nic z powagi sytuacji.

Niektórzy ekonomiści uważają, że recesja nie jest w ogóle dużym problemem. W słynnej pracy z 1987 r. późniejszy noblista Robert Lucas pokazywał, że koszty recesji w postaci utraconej konsumpcji są znikome – raz się jest niżej, raz wyżej, to się w cyklu znosi. PKB i konsumpcja wahają się wokół stabilnego trendu i nie ma powodu, by tym wahnięciom przeciwdziałać, ani ich się jakoś obawiać. Niektórzy twierdzą wręcz, że recesje są potrzebne, by oczyścić gospodarkę z nieefektywnych firm i ułatwić relokowanie zasobów – kapitału i ludzi – do firm lepszych i bardziej produktywnych. Piękny obraz. Gdybyśmy w niego wierzyli, powinniśmy czekać na najbliższą recesję z wypiekami na twarzy, aż ludzie niepotrzebnie zajmujący się handlem kryptowalutami zaczną zajmować się neurochirurgią, bo akurat w tej dziedzinie mamy braki.
Nie sądzę jednak, byśmy mogli bagatelizować koszty recesji i traktować ją jako zjawisko pozytywne. Recesja niesie wiele kosztów długookresowych, które mogą i prawdopodobnie przeważają nad korzyściami.
Przede wszystkim, co pokazywali tacy ekonomiści jak David Romer, kosztem recesji bardziej niż utracony dochód i konsumpcja są utracone godziny i miejsca pracy. Jeżeli przez rok będziemy rzadziej chodzić do kawiarni, nie stanie nam się wielka krzywda, Lucas ma pewnie w tej kwestii rację. Jeżeli jednak stracimy pracę, może być już gorzej – bo możemy stracić ją na dłużej niż rok. W Stanach Zjednoczonych bezrobocie po recesji wraca do wyjściowych poziomów zwykle przez kilka lat – czasami dwa, czasami pięć. Ludzie tracący pracę tracą też zdolności, często są mniej przydatni dla kolejnych pracodawców, a cała gospodarka przez to może gorzej wykorzystywać swoje zasoby. Przy silnych recesjach mogą istotnie rosnąć problemy społeczne, takie jak ubóstwo, niedożywienie, frustracja, populizm, których późniejsze zwalczanie trwa latami.
Są jednak także inne koszty recesji. To prawda, że recesje mogą eliminować nieefektywne firmy, ale mogą też eliminować efektywne – na fali powszechnego wzrostu awersji do ryzyka finansowanie tracić mogą też projekty potencjalnie bardzo korzystne dla gospodarki. Dlatego głębokie recesje mogą potencjalnie zmniejszać zasoby kapitałowe i technologiczne w gospodarce.
To wszystko nie oznacza, że powinniśmy chronić się przed recesją za absolutnie wszelką cenę. Dziś koszty dwucyfrowej inflacji w postaci frustracji społecznej i obniżonego poczucia komfortu życia są bardzo wysokie. Jedyne, do czego chcę przekonać, to by nie traktować recesji jako zjawisko zwykłe, naturalne i łatwo akceptowalne. Jej koszty są zwykle bardzo wysokie.
