Mapa ciepła cen surowców powstaje na podstawie danych Banku Światowego, aktualizowanych na początku miesiąca. Widać na niej minimalne ochłodzenie, w coraz większej liczbie miejsc na mapie punkty "gorąca” tracą intensywny kolor, co oznacza, że ceny się obniżają. Ale nie jest to jeszcze zmiana frontu atmosferycznego. Na mapie wciąż jest bardzo ciepło, a niektórzy twierdzą, że idzie kolejna fala gorąca.

Ochłodzenie wynika z pogorszenia sytuacji makroekonomicznej na świecie, a szczególnie w Azji, która jest najważniejszym źródłem wzrostu popytu. Międzynarodowy Fundusz Walutowy zrewidował ostatnio w dół prognozy PKB dla wielu krajów azjatyckich, szczególnie dla Indii i krajów z grupy ASEAN-5 (Indonezja, Filipiny, Malezja, Singapur, Tajlandia). Rewizja wynika m.in. z pogorszenia sytuacji epidemicznej. Ale inwestorzy pamiętają zapewne, że epidemia w krajach rozwiniętych okazała się mieć tylko krótkotrwały wpływ na ceny surowców, więc jej kolejne odnogi nie powinny też istotnie zmieniać perspektyw dla tych cen. Oczywiście kraje azjatyckie mają mniejsze możliwości stymulacji popytu niż kraje rozwinięte, ale z drugiej strony organizacyjnie dużo lepiej radzą sobie z pandemią i mają szansę uniknąć dużych szkód gospodarczych. Więc ten czynnik makroekonomiczny może mieć mały potencjał do dołowania cen surowców.
Na mapie cen w lipcu drożały właściwie tylko surowce energetyczne, czyli ropa, gaz i węgiel. Powodem wzrostu cen są ograniczenia podażowe powstałe po wielu latach spadków cen, które spotkały się z nieoczekiwanie szybkim wzrostem popytu. Wzrosty cen są też efektem, częściowo zamierzonym, polityki klimatycznej, która zmierza do ograniczenia wydobycia paliw kopalnych. Wysokie ceny tworzą naturalny bodziec ekonomiczny do inwestycji w alternatywne źródła energii.

Ceny metali przemysłowych były w lipcu stabilne, utrzymując się dość wyraźnie poniżej szczytów z marca i kwietnia. Choć sam koniec miesiąca przyniósł już zmianę sentymentu i wyraźne ożywienie popytu. A analitycy dużych banków inwestycyjnych wciąż ślą analizy podtrzymujące teorię super-cyklu. Goldman Sachs napisał, że nadchodzi druga odnoga hossy na rynku miedzi, wspierana mocniejszym popytem ze strony branży motoryzacyjnej. Bank podtrzymał swoją prognozę globalnego deficytu na rynku miedzi w 2022 roku na poziomie 200 tys. ton i obniżył prognozę nadwyżki w 2023 roku o połowę do 129 tys. ton. W kolejnych latach rynek ma znajdować się w systematycznym deficycie. Dlatego GS podtrzymuje, że do końca roku cena miedzi wróci do 11 tys. dolarów za tonę. Z kolei byczą prognozę dla rynku niklu opublikował bank Citi. Jego zdaniem już w trzecim kwartale cena surowca wzrośnie do 20,5 tys. dolarów za tonę. Zdaniem analityków tego banku sygnałem zacieśnienia warunków na rynku niklu jest spadek zapasów na giełdach.
Największe ochłodzenie na mapie surowców występuje w rejonach surowców rolnych. Ceny pszenicy, kukurydzy, czy olejów dość wyraźnie się obniżyły w minionych miesiącach, m.in. z powodu poprawy perspektyw zbiorów i lekkiego pogorszenia perspektyw popytu. Ale podobnie jak w przypadku metali, druga połowa lipca przyniosła zmianę trendów, której nie widać w danych miesięcznych. Czy ta zmiana okaże się szumem, czy trwałym zjawiskiem? Analitycy zwracają uwagę, że warunki podażowe na świecie są trudne. Wprawdzie International Grain Council podniosła w lipcu prognozę światowej produkcji zbóż w tym roku, ale gorsze od oczekiwań będą zbiory zbóż w Ameryce Północnej i Południowej, gdzie trwa potężna susza. Ostateczny wpływ tej suszy jest jeszcze trudny do oszacowania. Co więcej, rosnące ceny energii będą wspierały ceny roślin oleistych ze względu na wzrost zapotrzebowania na biopaliwa.
Gdyby ceny surowców powróciły do hossy dla polskich firm byłoby to złe zjawisko. Agencja Bloomberg opublikowała ostatnio ciekawą analizę pokazującą, które kraje zyskują, a które tracą na tegorocznym wzroście cen surowców. Polska jest wymieniana jako jeden z krajów o najwyższych stratach – tegoroczny wzrost cen powoduje straty na poziomie 1,5 proc. PKB. Taka ma być zmiana in minus bilansu handlowego. Choć można mieć wątpliwości, czy jest to dobra metodologia mierzenia zysków lub strat ze zmian cen surowców, to nie ma wątpliwości, że jako importer netto materiałów pierwotnych Polska pod względem konkurencyjności traci na wysokich cenach.

