Dania spod chmur

Agnieszka Janas
opublikowano: 2003-07-25 00:00

Ze schodów zbiega uśmiechnięta kobieta w kucharskim fartuchu narzuconym na elegancki kostiumik. Hanna Moździerz — od 1979 roku bez przerwy w Locie, dziś prezes Lot Catering — przyjdzie porozmawiać, „gdy tylko zrobi sobie zdjęcia, jak miesza chochlą w garnku”.

— Lubi się Pani uczyć ?

— Bardzo. Wiedzieć coraz więcej, ale — fakt — każdy z tych kursów był mi potrzebny do pracy — opowiada Hanna Moździerz.

Studia ukończyła na Wydziale Mechaniczno-Technologicznym Politechniki Warszawskiej.

— Na praktykę zawodową trafiłam do fabryki ciągników Ursus. I kiedy popatrzyłam na dziewczyny w moim wieku, harujące po 8 godzin w huku maszyn, natychmiast łapałam za książki, by mnie ominął ten los — wspomina pani prezes.

Od tego czasu właściwie bez przerwy się uczy. Skończyła kurs dla kandydatów na członków rad nadzorczych, głównych księgowych, uzyskała dyplom syndyka i likwidatora podmiotów gospodarczych oraz dyplom ze sztuki negocjacji i mediacji WSPS. Teraz kończy studium nowoczesnego zarządzania, współorganizowane przez austriacki rząd.

— Nowa wiedza pozwala doskonalić metody zarządzania, wspierać firmę, awansować. Jedno przynajmniej miałam z głowy: w Locie pracuje dużo kobiet na ważnych stanowiskach, ich awanse traktuje się jak coś normalnego. To mobilizuje i nie odbiera radości z pracy — ocenia Hanna Moździerz.

W Locie znalazła się właśnie dzięki nauce. Szukała tematu pracy magisterskiej. Żadna tam teoria — lubiła rozwiązywać konkretne problemy oraz lubiła profesora Zygmunta Zbichorskiego, wykładającego „gospodarki pomocnicze”.

— Lot zaproponował, by ktoś wziął się za „Organizację gospodarki narzędziowej PLL Lot”. Dla mnie temat jak znalazł: wszystko co lubię razem wzięte! Zapoznałam się z systemem napraw i przeglądów samolotów — i niespodzianka! Nic takiego wówczas w Locie nie istniało! Samoloty produkcji radzieckiej naprawiano w Związku Radzieckim, nie było maszyn, zasad magazynowania, organizacji pracy, ale była za to konieczność napisania pracy magisterskiej... — śmieje się na wspomnienie paniki, w jaką wówczas wpadła.

— Poszłam się wyżalić do profesora, a ten mi mówi: „Dziecko, to świetnie! Napiszesz część teoretyczną, a potem stworzysz wizję tego, jak to powinno wyglądać, by działało jeszcze po 2000 roku!” — pani prezes wiernie przytacza radę promotora.

W Locie zaczęła od stanowiska inspektora ds. organizacji w dziale organizacji.

— Jak dostałam pierwszą propozycję wejścia do rady nadzorczej? Tworzyłam procedury i domagałam się ich wypełniania... Pewnie władze firmy doszły do wniosku, że powinnam sprawdzić je na własnej skórze. I tak w 1991 roku zaproponowano mi posadę w radzie nadzorczej spółki spedycyjnej Roehlig Poland — wspomina.

Ponieważ de facto Lot nie miał możliwości podejmowania w tej spółce decyzji, a sprawy szły w złym kierunku, zarekomendowała sprzedaż lotowskich udziałów. Firma pozbyła się ich w 1992 roku, a Hanna Moździerz straciła posadę w radzie nadzorczej.

— I dobrze się stało! — stwierdza.

W tym samym roku weszła do zarządu Lot Catering.

— Właściwie pełniłam tam podobną funkcję jak w Roehlig, gdyż cateringiem zarządzała wtedy skandynawska spółka SAS Service Partner. Niestety, zarządca prawie nie interesował się tym, co było dla nas najważniejsze: nowymi interesami — choć to mogło dać cateringowi konieczny impuls do rozwoju. Lot rozstał się więc ze Skandynawami, a ja objęłam — w 1995 roku — stanowisko wiceprezesa spółki. Boże, to co wtedy zastałam w papierach... Postanowiłam zrobić kurs dla syndyka i likwidatora. Właściwie nie było takiej dziedziny, gdzie sytuacja spółki wyglądałaby dobrze! — kręci głowa na to wspomnienie. I dodaje:

— Dzięki kursowi wiedziałam, jak przekonywać właściciela spółki Lot Catering do ratowania firmy.

Za największy sukces uważa „wyjście na prostą”, a potem poprawę wyników spółki. Dobre skutki przyniosło pozyskiwanie nowych klientów, czyli innych przewoźników lądujących na Okęciu, którzy zaczęli zaopatrywać się w Warszawie, oraz poszukiwania konsumentów poza lotniskiem.

Jedną z dróg naprawy była organizacja, we współpracy z Wydziałem Zarządzania UW, sesji strategicznej: wówczas to powstały plany ratowania firmy. Ustalono, gdzie dokonać oszczędności i postawiono na handlową ofensywę.

— Nie było pieniędzy na analizy, gdzie, jak i co oferować klientom z ulicy. Ale poszliśmy na całość! Jeśli ktoś chciał kupić u nas tort na urodziny — mógł go nabyć, jeśli chciał zorganizować przyjęcie firmowe dla 150 osób — proszę bardzo! Padł pomysł otwierania Podniebnych barków z jedzeniem lotniczym — jak najbardziej tak! Napracowaliśmy się nieraz za parę groszy albo zarabialiśmy dobrze, wykorzystując standardowe procedury — opowiada Hanna Moździerz.

Powstała lista przedsięwzięć, które warto prowadzić, oraz tych, które eliminowano. W końcu Lot Catering skoncentrował się na trzech rodzajach działalności: stałych punktach gastronomicznych (barki, stołówki, kantyny pracownicze), obsłudze biurowców i doraźnych zamówieniach (bankiety, catering konferencji).

Z nieukrywaną radością Hanna Moździerz opowiada o pomyśle, który po pięciu latach prób staje się coraz popularniejszy, więcej! przynosi dochód — o wprowadzeniu do sprzedaży w sieciach Makro oraz stacji benzynowych Orlen i Jet mrożonych dań obiadowych.

— Nie ma ucieczki od Lotu, nawet w domu! Synowie (Sebastian i Paweł) — pilotują należące do WEA turbolety. Nocnymi lotami przewożą pocztę. Doskonalą umiejętności i nabierają doświadczenia. Największe ich marzenie to usiąść za sterami wielkich samolotów pasażerskich — opowiada Hanna Moździerz.

Jeśli porównać daty, okaże się, że gdy pani prezes broniła Lot Catering przed upadkiem, jako mama też miała wielkie zadanie: starszy syn zdawał maturę.