Nie jest jeszcze ustalona nazwa poszerzonej struktury, dotychczasowi udziałowcy mówią raczej o formule BRICS Plus — notabene jakże bliskiej nazewniczo obecnym władcom Polski… Dotychczasowy prosty skrót obejmował pierwsze litery angielskich nazw Brazylii, Rosji, Indii, Chin i Republiki Południowej Afryki. Nowi członkowie to Argentyna, Arabia Saudyjska (te dwa państwa należą do G20), Zjednoczone Emiraty Arabskie, Iran, Egipt i Etiopia. W drugiej transzy, przewidzianej do przyjęcia za rok, kandyduje cały tłum — Indonezja (także z G20), Kazachstan, Algieria, Boliwia, Kuba, Kongo, Komory, Gabon. Ba, nawet Bangladesz i Wenezuela. Są to gospodarki najróżniejsze — od takich, gdzie arabscy władcy z nadmiaru pieniędzy pławią się w inwestycyjnych ekstrawagancjach, do państw upadłych. Jaki zatem może być wspólny mianownik BRICS Plus? Ze słowotoku frazesów i pustosłowia przywódców dają się wyodrębnić dwa wątki — bardzo pojemna kategoria państw rozwijających się oraz silnie stymulowana przez Chiny i Rosję antyzachodniość.
Powstawanie i rozwój bytów takich jak BRICS jest równie naturalne, co puste merytorycznie. Zupełnie inny sens istnienia ma np. militarna Organizacja Traktatu Północnoatlantyckiego (NATO) czy też gospodarczo-społeczna Unia Europejska, w których członkostwo wiąże się z bardzo konkretnymi korzyściami i zarazem obowiązkami. Coraz więcej powstaje jednak międzynarodowych tworów niedecyzyjnych, których sens istnienia sprowadza się do przekazywania rotacyjnego przewodnictwa oraz organizowania okresowych i pełnych zadęcia szczytów. Na tych szczytach zaś absolutnie najważniejszym punktem jest zawsze ustawienie się władców państw do familijnego zdjęcia, po jego wykonaniu spokojnie mogliby się rozjechać. Gospodarze zbiórki miesiącami przygotowują równie obszerne co ogólnikowe i niedecyzyjne deklaracje końcowe. Wysyp nowych inicjatyw dowodzi postępującego upadku Organizacji Narodów Zjednoczonych, której formuła z roku na rok jest coraz bardziej archaiczna. Stałymi członkami Rady Bezpieczeństwa z prawem weta chciałby zostać co najmniej tuzin państw, czujących się równymi stanem i potencjałem np. z Wielką Brytanią czy Francją. Notabene Zachód stworzył najpierw samozwańczą grupę potentatów G7 (okresowo była to G8 z Rosją), a potem równie samozwańczą G20, do której po uważaniu zaliczono wybrane gospodarki rozłożone równomiernie kontynentalnie. Podgrupa BRICS w całości należy do G20, ale czuje się w tamtej formule tłamszona i dyskryminowana przez Zachód, zatem stworzyła alternatywę.
Okolicznością fatalną dla Ukrainy i generalnie całego Zachodu jest triumf odniesiony w Johannesburgu przez Władimira Putina. Ścigany za zbrodnie wojenne bał się fizycznie przyjechać, ale jego występ ekranowy został wysłuchany z wielką uwagą i aplauzem przez wszystkich uczestników, czyli ścisłą BRICS, całą Afrykę i innych gości pozaeuropejskich. W pełni zaakceptowali przekaz cara Kremla, że w wewnętrznym konflikcie słowiańskim Rosja dąży do konstruktywnego pokoju, natomiast Ukraina jest awanturnikiem. Generalnie za wszystkim stoi oczywiście Zachód, na czele z USA, prowadzący krucjatę przeciwko państwom rozwijającym się. Putin zaprosił wszystkich na przyszłoroczny szczyt BRICS Plus do siebie, jako że rotacyjne przewodnictwo przejmuje właśnie Rosja. Za rok tematem już priorytetowym będzie dedolaryzacja światowego obrotu gospodarczego. Zbiórka w RPA w wątkach finansowych nie osiągnęła żadnego porozumienia, poza ogólnikową deklaracją potrzeby preferowania w rozliczeniach walut narodowych. Sytuacja zatem wygląda jak w tytule, ale... na razie.

