Deflacja jak za Gomułki

  • Jacek Kowalczyk
14-11-2014, 00:00

Ceny w sklepach spadają już w tempie, jaki ostatnio obserwowany był ponad pół dekady temu.

Kiedy latem wskaźnik inflacji w Polsce zbliżał się do zera, ekonomiści uspokajali, twierdząc, że naszej gospodarce deflacja nie grozi i że w najgorszym razie się o nią otrzemy. Obecnie widać, jak bardzo się mylili. Październik był już czwartym miesiącem z rzędu z ujemną inflacją, a w dodatku presja deflacyjna stale się nasila.

Ceny konsumpcyjne spadają już o 0,6 proc. rok do roku, wobec spadku o 0,3 proc. w dwóch poprzednich miesiącach. To prawdopodobnie najgłębsza deflacja od 58 lat (choć przed 1990 r. dane nie są do końca porównywalne), czyli od czasów wczesnego Gomułki. Ten pogłębiający się spadek cen to splot kilku zdarzeń.

Po pierwsze, tanieją surowce na międzynarodowych rynkach (głównie z powodu wyhamowania koniunktury w globalnej gospodarce), dzięki czemu spadają ceny ropy naftowej (wczoraj baryłka ropy brent staniała do 79 USD, czyli kosztowała najmniej od września 2010 r.) i surowców żywnościowych, a to obniża w Polsce ceny konsumpcyjne paliw i produktów spożywczych. Po drugie, na dynamice cen nadal piętno odciskają skutki rosyjskiego embarga na polską żywność, choć efekt ten zaczyna prawdopodobnie wygasać.

— Świadczy o tym fakt, iż odnotowane w październiku 2014 r. spadki cen niektórych produktów objętych rosyjskim embargiem były zbliżone (mięso) lub nawet mniejsze (owoce) niż w październiku ubiegłego roku — mówi Jakub Borowski, główny ekonomista Credit Agricole. Po trzecie, procesy deflacyjne przestają być już tylko sprowadzane do kraju z zagranicy, ale powoli zakorzeniają się na krajowym rynku.

— Brak presji inflacyjnej widoczny jest nie tylko w paliwach i żywności, ale również w produktach, których ceny zależą od czynników krajowych, np. w łączności czy zdrowiu. Widać więc, że wprawdzie niższe ceny paliw i żywności pozwalają gospodarstwom domowym zwiększyć popyt na pozostałe dobra, to jednak nie powoduje to wzrostu cen tych dóbr — tłumaczy Wiktor Wojciechowski, główny ekonomista Plus Banku.

Obecnie większość prognoz mówi, że spadki cen nie będą już istotnie się pogłębiać, ale wskaźnik wyjdzie na plus dopiero późną zimą lub na wiosnę przyszłego roku. Kiedy wróci w okolice celu inflacyjnego Narodowego Banku Polskiego, czyli 2,5 proc.? Raczej nie w horyzoncie jakichkolwiek sensownych prognoz.

Sam bank centralny jeszcze przed wczorajszymi danymi prognozował, że średniorocznie wskaźnik cen osiągnie ten poziom najwcześniej w 2017 r. Mimo to, Rada Polityki Pieniężnej na ostatnim posiedzeniu postanowiła przerwać proces łagodzenia polityki pieniężnej i pozostawiła stopy bez zmian. Wzbudziło to zaskoczenie i krytykę wśród zdecydowanej większości analityków rynkowych.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Kowalczyk

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Gospodarka / Deflacja jak za Gomułki