Psychoterapeuci wiedzą, jak bardzo boimy się zmian. Małych, dużych i tych przewracających świat do góry nogami. Wiedzą, bo w ich gabinetach często pojawiają się ludzie stojący u progu zmiany.
Może to być chęć odrzucenia "starego" albo potrzeba spróbowania "nowego" — zrealizowania pomysłu, prze-wartościowania pewnych spraw. W obu przypadkach na granicy czai się lęk, bo bez względu na to, czego i jak bardzo chcemy, pojawiają się pytania: czy warto, czy się uda, czy to ma sens. W zmianie jest zagadka, niepewność rezultatu.
Choć "stare" z dnia na dzień ciąży coraz bardziej, jest oswojone, zadomowiło się w naszym życiu. Może lepiej przy nim zostać. W końcu nie trzeba aż takiego ryzyka podejmować... Z drugiej strony, "nowe" kusi i się wdzięczy jak enigmatyczna obietnica, że będzie lepiej. Problem w tym, że "nowe" jest raczej wyobrażeniem, niż rzeczywistością. Pozostaje w sferze wyobraźni, czasem marzeń, nie jest czymś konkretnym. Nie to co "stare", zgodnie z powiedzeniem: "Lepszy wróg znany od nieznanego". W końcu z tym znanym wrogiem radzimy sobie jakoś, a ten nowy to nawet nie wiadomo, kim jest i co zaproponuje.
Tylko czy aby na pewno "nowe", którego obecności chcielibyśmy zaznać, jest wrogiem? Może wolimy tak myśleć, żeby nie musieć nic zmieniać, żeby brak zmiany zgrabnie sobie uzasadnić i spokojnie trwać bez zmian.
Zaczynamy się gubić pomiędzy mocniejszym lub cichszym głosem zachęcającym do podjęcia ryzyka z nadzieją, że będzie lepiej, a natarczywym głosem lęku powstrzymującego przed jakimkolwiek krokiem.
"Nie rób tego, daj spokój, co będzie, jak sobie nie poradzisz?" — mówi lęk.
"Zaryzykuj, zrób ten krok, to przecież tak niewiele, a może być zupełnie inaczej!" — zachęca nadzieja.
Takie wewnętrzne głosy potrzebują czasu na wygadanie się, na poprzerzucanie argumentami, wykłócenie się ze sobą. To trwa tyle, ile trzeba — ani dłużej, ani krócej. Warto dać sobie ten czas, posłuchać obu stron sporu, żeby w końcu podjąć decyzję, co ma się w życiu zdarzyć. Nie trzeba się popędzać i stawiać pod ścianą, ale należy unikać przedłużania sprawy ponad miarę. To odwieczny problem złotego środka i znalezienia równowagi między działaniem całkowicie impulsywnym a dzieleniem włosa na czworo.
Ten proces bywa trudny, ale czasem musi być trudniej, żeby za jakiś czas było znacznie lepiej.
Jedni radzą sobie z tym sami, odnajdując się w sprzecznych argumentach wewnętrznych dialogów, inni dzielą się wątpliwościami z przyjaciółmi, albo szukają pomocy psychoterapeuty. Każda droga pomagająca w podjęciu decyzji i przystąpieniu do jej realizacji (to kolejny etap wprowadzania zmian) jest dobra.
Kiedy przytłacza nas lęk, można sobie wyobrazić sytuację, w której zmiana nastąpiła. Szczegółowo: co się ze mną dzieje, co czuję, z czego mogę się cieszyć, jak wygląda moje życie, mój dzień, kto jest obok mnie, gdzie pracuję, czym się zajmuję, a nawet, jak wyglądam. A potem wrócić z krainy zmiany i zobaczyć, jak jest teraz, tutaj, a jak było tam. To też jest drogowskaz.
Albo inaczej: załóżmy, że nic nie zmieniam, nie ruszam się z miejsca — co się ze mną dzieje za 10 lat? Co zaprząta moją uwagę, jak życie może się potoczyć, jeśli postanowię niczego nie ruszać.
Kilka dni temu prowadziłam zajęcia z grupą ludzi, którzy podjęli decyzję o poważnych zmianach. Obserwowałam, co i jak o tej sytuacji mówią, jak oceniają decyzję sprzed roku, dwóch. Dorośli ludzie wylali morze łez, spędzili niepoliczalne ilości minut na poruszających rozmowach, śmiali się razem. Ani jeden nie żałował kierunku, w jakim zmierza. Wielu mówiło o dumie z odwagi odrzucenia starego i pójścia za głosem nadziei na to, że będzie lepiej.
Osiągnąwszy tak wiele, każdego dnia dokonują kolejnych wyborów, podejmując kolejne decyzje. Wygląda to na niekończący się proces i tak rzeczywiście jest.
Kiedyś uznali, że warto, bo stare jest zbyt ciężkie, a dzisiaj są w tej krainie zmiany, której już nie muszą sobie wyobrażać.
Każdy z nas wielokrotnie staje u progu zmiany i podejmuje decyzje, bo przecież tak czy inaczej każdy dokonany wybór jest decyzją. l
