Dlaczego Polacy nie płacą na czas?

Kredyt kupiecki to eufemizm określający zjawisko niespłacania faktur w terminie. Dlaczego ten problem jest w Polsce aż tak duży i czy ma podłoże mentalne? Wyjaśnia Mateusz Ostrowski, psychoterapeuta i dziennikarz ekonomiczny.

Wywiad jest fragmentem naszego nowego podcastu - #PBdosłuchania (Odc. 36): Gdy firma czeka na przelew...

Mateusz Ostrowski
Zobacz więcej

Mateusz Ostrowski

Marcin Dobrowolski: Byłeś kiedyś dziennikarzem ekonomicznym. Czy teraz w swojej pracy zajmujesz się terapeutyzowaniem decyzji biznesowych?
 
Mateusz Ostrowski: Różnych, aczkolwiek ten wątek związany z psychologią pieniądza mnie wciąż pasjonuje.
 
Rzeczą związaną z naszymi decyzjami ekonomicznymi jest niewątpliwie problem terminowego regulowania faktur, czy w ogóle należności. Skąd on się bierze?
 
Wydaje mi się, że może na to wpływać kilka czynników. Między innymi ekonomiczny. Jesteśmy krajem na dorobku i u wielu osób mogą pojawić się realne problemy finansowe. System emerytalny jest kosztowny i niezależna od dochodu, comiesięczna stała opłata na ZUS jest dla przedsiębiorców uciążliwa. Może się więc okazać, że dokonujemy jej kosztem opóźnienia zapłaty faktury kontrahenta.
Kiedy się nad tym zastanawiam, to wydaje mi się, że może to wynikać z naszej przeszłości. Socjologowie mówią o tzw. homo sovieticus, czyli w naszym przypadku pozostałości mentalnej po PRL. Widzimy to na co dzień, gdy pociągi się spóźniają, szara strefa wciąż jest dość spora, a poziom korupcji dużo większy niż na zachodzie Europy. Ten rodzaj mentalności może tłumaczyć takie myślenie „poczekam jeszcze, może jakoś się uda”.
 
Historycy zajmujący się naukowo szarą strefą wskazują na powiązanie długotrwałej okupacji przez obce państwo z takim nastawieniem społeczeństwa, o którym mówisz.
 
Bo administracja to byli „oni”, ci źli i obcy.
 
Ale nawet po wyzwoleniu władza wciąż bywa utożsamiana z okupantem. Dlatego w krajach z podobnym doświadczeniem, cnotą bywa unikanie płacenia obciążeń nakładanych na nas przez państwo.
 
Gdy uświadomimy sobie, że to są wzorce, które utrwalały się wśród nas przez dziesiątki a nawet setki lat, trudno oczekiwać, że zmienią się one w ciągu jednego pokolenia. Czas naszego funkcjonowania w gospodarce rynkowej jest stosunkowo krótki, my się jej uczymy. Poprawa to proces na lata.
 
Kilka lat temu średni termin zapłaty już przeterminowanych faktur wynosił ponad 200 dni. Obecnie jest on dużo krótszy, ale kilkadziesiąt dni po terminie to wciąż dużo. Jak wytłumaczyłbyś takie zjawisko, że albo płacimy szybko, albo bardzo późno lub wcale?
 
Zapewne jest dużo wytłumaczeń, ale hipoteza, która mi przychodzi do głowy to coś, co nazywamy „księgowaniem mentalnym”. Każdy z nas w swojej głowie również prowadzi taki podział na różne kategorie ważności. Taka opóźniona faktura przeszła z kategorii „do zapłacenia” do kategorii „już niezapłacone”. A jak jest niezapłacona, to czy czeka trzydzieści dni, czy pięćdziesiąt nie ma w naszych głowach większego znaczenia, bo i tak mamy kłopot. I to opóźnienie będzie się tylko wydłużało.
 
Jako dziecko często przetrzymywałem na tej zasadzie książki z biblioteki po terminie.
 
Przy tym występuje takie zachowanie, które moglibyśmy nazwać „strategią strusia”: mam problem i chowam głowę w piasek udając, że problemu nie ma. Bardzo często ją stosujemy, nie tylko przy trudnościach finansowych, próbując odsunąć problem od naszej świadomości. Gdy zaczniemy ją praktykować, to ta przykładowa książka, może na naszej półce poleżeć bardzo długo.
 
Zastanawiam się czy istnieje jakaś skuteczna forma nacisku, która pomogłaby przedsiębiorcom uzyskiwać w terminie zapłaty wystawionych faktur?
 
Myślę, że przede wszystkim należy spóźniających się zmuszać do płacenia. W moich rozmowach zauważam, że upominanie się o zapłatę bywa dla niektórych, choć nie dla wszystkich, jest niezręczne. No bo to opóźnienie stało się niestety normą.
 
Zgodnie z popularnym hasłem: „czekam na przelew”?
 
Tak. Stało się to już mniej lub bardziej akceptowane społecznie. Upominanie się kojarzyć się może z nachalnością. Pozbądźmy się tego przekonania. To są nasze pieniądze, umówiliśmy się na jakiś termin, wykonaliśmy pracę i możemy oczekiwać, że płatność będzie na czas. To jest standard, a nie opóźnienie, choćby kilkudniowe.
 
Zdarzało ci się domagać się przelewu?
 
Oczywiście. I to nie raz. Jako przedsiębiorca bywałem w takim położeniu i czasami dochodziło do sytuacji paradoksalnych. Raz zagroziłem, że nie oddam kolejnej części zleconej pracy, dopóki nie dostanę wynagrodzenia za już wykonaną. Zresztą opóźnionego. Usłyszałem wtedy, że szantażuję zleceniodawcę. Do takich argumentów niektórzy się posuwają, ale jeżeli to jest szantaż, to spóźnienie z wynagrodzeniem można nazwać kradzieżą. Przypominanie o nadchodzącym terminie może więc zmienić standard myślenia.
 
Czasami w terminowej spłacie pomaga świadomość istnienia trzeciego elementu obok dwóch kontrahentów, może nim być na przykład faktor czy biuro informacji gospodarczej.
 
Tak, to na pewno działa. Wtedy problem spomiędzy nas dwojga wydostaje się na widok publiczny, więc wstyd jest większy. Ale relacje biznesowe to trochę spór o to kto jest silniejszy: czy ja tobie zapłacę, czy też nie. Tu jest jak na podwórku, kiedy wołamy silniejszego kolegę na pomoc. Wezwania do zapłaty, rejestry dłużników, sądy – narzędzi jest kilka, ale często wystarczy samo przypomnienie przy świadomości możliwych kolejnych etapów postępowania. Staje się to elementem negocjacji, jakie stosuje kontrahent patrząc na ile może sobie z nami pozwolić. Jeżeli widzi twardą reakcję, to często po drugiej stronie spotka się ona z szacunkiem i zrozumieniem, a w konsekwencji spłatą faktury. Warto więc korzystać z takich rozwiązań instytucjonalnych, aby pilnować tej terminowości u nierzetelnych płatników.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marcin Dobrowolski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Inne / Dlaczego Polacy nie płacą na czas?