Dobra gleba, ale nasion mało

Jacek Kowalczyk
opublikowano: 26-11-2009, 00:00

Żeby inwestować, trzeba mieć co. A przeciętny Kowalski w 2010 r. specjalnie się nie wzbogaci. W przyszłym roku dochody ludności staną w miejscu, a bezrobocie pójdzie w górę — wynika z ankiety "PB".

Gospodarka powoli dochodzi do siebie po trzęsieniu ziemi, jakim był światowy kryzys finansowy. Przez ostatni rok inwestorzy wiele mogli stracić (np. na giełdzie), ale niektórzy równie dużo zarobili (np. na rynku walutowym). Teraz przynajmniej będzie spokojnie, a to najlepsze środowisko dla pomnażania pieniędzy.

— Na rynki wrócił spokój. Przyszłość wydaje się znacznie bardziej przewidywalna. Gospodarką rządzą bardziej racjonalne przesłanki niż w czasie finansowej zawieruchy. Warunki do inwestowania w przyszłym roku wydają się więc bardzo sprzyjające — mówi Adam Czerniak, ekonomista Invest-Banku.

Tym bardziej, że — zdaniem analityków — aktywa nadal powinny raczej nabierać wartości niż tracić.

— Cały czas istnieje pewne ryzyko wystąpienia drugiego dna kryzysu w gospodarce, ale raczej należy się spodziewać powrotu ożywienia. Po załamaniu na początku kryzysu większość akcji czy surowców nadal jest niedowartościowana w stosunku do fundamentów ekonomicznych. Jeśli nic się nie wydarzy, indeksy powinny stopniowo rosnąć — twierdzi Adam Czerniak.

Czy te obiecujące perspektywy ponownie skuszą Polaków do inwestowania? Wszystko wskazuje na to, że boomu wśród inwestorów indywidualnych nie będzie. I to nie tylko dlatego, że krach sprzed roku skutecznie zniechęcił wielu potencjalnych graczy. Ekonomiści ostrzegają, że przeciętny Kowalski po prostu może nie mieć pieniędzy do wyłożenia. A to właśnie dochody decydują o skłonności ludzi do inwestowania.

Gorące krzesła

Jak wynika z ankiety przeprowadzonej przez "Puls Biznesu" wśród dziewięciu uznanych ośrodków analitycznych, przyszły rok przyniesie dalsze zaostrzenie sytuacji na rynku pracy. Analitycy spodziewają się, że na koniec przyszłego roku bezrobocie sięgnie 13,3 proc. (taka jest mediana prognoz pytanych zespołów ekonomistów). To oznaczałoby, że grono bezrobotnych przez najbliższe 13 miesięcy powiększy się o kolejne 400 tys. osób (obecnie bez pracy jest 1,7 mln osób, a stopa bezrobocia wynosi 10,9 proc.).

— Badania empiryczne pokazują, że w gospodarce takiej jak polska, wzrost gospodarczy musiałby przekroczyć 3 proc., żeby bezrobocie przestało rosnąć. Niestety, jeszcze nam daleko do takiego rozgrzania koniunktury, dlatego trzeba przygotować się na dalsze ubywanie miejsc pracy — mówi Mateusz Szczurek, główny ekonomista ING Banku Śląskiego.

Taki sam nieciekawy wniosek płynie z prognoz dotyczących zatrudnienia. Pytani przez nas analitycy prognozują, że w przyszłym roku w przeciętnej polskiej firmie zatrudnienie spadnie o 1 proc. Niby niewiele, ale jeszcze niespełna dwa lata temu liczba etatów rosła w tempie 6 proc. rocznie.

— Słaby popyt sprawia, że firmy zmuszone będą dalej ciąć koszty, w tym koszty pracy. Pewnym stabilizatorem może okazać się na szczęście sektor publiczny, który prawdopodobnie — mimo zapowiedzi rządu — nie będzie zwalniał pracowników. Jednak na wzrost zatrudnienia i poprawę na rynku pracy nie można liczyć — ostrzega Tomasz Kaczor, główny ekonomista Banku Gospodarstwa Krajowego.

Nie podskoczysz

Niezbyt optymistyczne są też prognozy dotyczące wynagrodzeń Polaków. Spadające zapotrzebowanie na pracowników osłabia ich pozycję względem pracodawców, a więc również odbiera im argumenty przy negocjacjach dotyczących podwyżek płac. Szefowi łatwiej przychodzi odpowiedź "na twoje miejsce czeka dziesięciu innych". Dlatego z naszej ankiety wynika, że w przyszłym roku pensja przeciętnego Polaka wzrośnie zaledwie o 3,2 proc. A przecież rok temu pensje rosły w średnim tempie sięgającym 13 proc. rocznie.

— Dynamika wynagrodzeń spada i będzie spadać. To naturalne następstwo spadku zatrudnienia. Dlatego należy spodziewać się, że w przyszłym roku ludzie nie będą mieli środków do inwestowania. Liczba pracujących będzie się kurczyć, a pensje będą rosły bardzo wolno — przewiduje Adam Czerniak.

Tym bardziej, że większość wzrostu wynagrodzeń pożre inflacja. Według pytanych przez nas ekonomistów ceny wzrosną w 2010 r. średnio o 2,2 proc.

— Realny fundusz płac (łączna pula wynagrodzeń wypłaconych pracownikom po uwzględnieniu inflacji — red.) wzrośnie w przyszłym roku zaledwie o 0,9 proc. To jednak i tak lepszy wynik niż obserwowany od kilku miesięcy, kiedy fundusz spada o około 2 proc. — zaznacza Mateusz Szczurek.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Kowalczyk

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu