Firmy, których jedynym odbiorcą jest przemysł, najdotkliwiej odczuwają wahania rynkowej koniunktury. Zdaniem Jerzego Wiertelorza, dyrektora finansowego firmy Petrochemia-Blachownia, dobra organizacja wewnętrzna pozwala łagodzić skutki załamania popytu.
Trudna sytuacja gospodarcza wymaga od przedsiębiorców zmodyfikowania stosowanych dotychczas metod zarządzania. Elastyczne dostosowywanie charakteru usług czy struktury produkcji do dynamicznie zmieniających się potrzeb rynku stało się w tej chwili czynnikiem, determinującym przetrwanie na rynku. Szczególnymi umiejętnościami muszą się tu wykazać firmy, mające w tym zakresie niewielkie pole manewru.
Kryzys w jednej branży nigdy nie pozostaje obojętny dla innych, pozornie nie powiązanych z nią, gałęzi gospodarki. W szczególnie niekorzystnej sytuacji znajdują się firmy, których jedynym odbiorcą jest przemysł. Mając skrajnie ograniczony wpływ na relacje panujące między producentem wyrobów finalnych a klientem, muszą one stosować inne metody, pozwalające na minimalizację skutków dekoniunktury.
— Nasza firma zajmuje się głównie przetwórstwem benzolu koksowniczego oraz produkcją etylobenzolu. Z etylobenzolu powstaje styren, a dalej styropian oraz kauczuk syntetyczny. Są to półprodukty stosowane w budownictwie, oraz przemyśle motoryzacyjnym. Niestety, oba te sektory dotkliwie odczuły pogarszającą się od kilku lat sytuację finansową polskiego społeczeństwa. Dla nas, kryzys w tych branżach oznacza zmniejszenie wolumenu produktów, które możemy efektywnie ulokować na rynku. Ponieważ linie technologiczne przeznaczone do produkcji wspomnianych substancji nie nadają się do innego wykorzystania, musimy szukać alternatywnych sposobów wyjścia z zaistniałej sytuacji — tłumaczy Jerzy Wiertelorz, dyrektor finansowy w firmie Pertochemia-Blachownia.
W przemyśle chemicznym nie ma wyraźnych podziałów regionalnych. Takie czynniki jak popyt czy cena kształtują się na płaszczyźnie międzynarodowej. Poszczególne przedsiębiorstwa, z wyjątkiem kilku światowych potentatów, nie mają więc wpływu na kształtowanie się rynku.
— Po wydzieleniu spółki Petrochemia-Blachownia w 1998 r. przystąpiliśmy do remontu posiadanego majątku, podwyższając tym samym wydajność, jakość i konkurencyjność fabryki. Przez trzy lata udało nam się osiągnąć stabilną pozycję, podpartą wewnętrzną dojrzałością organizacyjną. Mimo nie najlepszej dla polskiej gospodarki koniunktury udawało nam się osiągać znaczące przyrosty finansowe. W zeszłym roku, obrót w wysokości ponad 300 mln. zł wypracowało niespełna 200 pracowników, co stanowi dobrą średnią światową. Udało nam się również wdrożyć systemy zarządzania jakością według normy ISO 9001:2000, oraz, szczególnie ważny w przemyśle chemicznym, system zarządzania środowiskiem ISO 14001. W tej chwili przygotowujemy się do certyfikacji systemu zarządzania bezpieczeństwem pracy, według norm PN 18001. Pozytywne efekty osiągnięcia tak wysokiego stopnia organizacji wewnętrznej obserwujemy szczególnie dziś, kiedy pojawiła się przed nami nowa przeszkoda, w postaci spadku cen półproduktów chemicznych na rynkach międzynarodowych. Dzięki odpowiednio szybkiej reakcji udało nam się uchronić firmę przed znaczącymi stratami. Musieliśmy jednak na pewien czas znacznie ograniczyć produkcję produktów, których cena rynkowa była niższa od kwoty, którą należy przeznaczyć na zakup samych surowców — narzeka Jerzy Wiertelorz.
Podkreśla on, że na znaczne ograniczenie skutków wahań rynku wpłynęła dojrzała organizacja wewnętrzna firmy.
— My nie zajmujemy się prowadzeniem restrukturyzacji w trakcie kryzysu, ale korzystamy z efektów wcześniejszych, przemyślanych działań — mówi Jerzy Wiertelorz.