Czytasz dzięki

Dobrze, że korespondencyjnych było tak mało

opublikowano: 28-06-2020, 22:00

Największą wartością pierwszej tury wyborów prezydenta RP była okoliczność, że… wreszcie się odbyły — co jeszcze w maju absolutnie nie było pewne.

Wysyłając niniejszy komentarz nie miałem jeszcze wiedzy, na ile wyniki kwalifikujące Andrzeja Dudę i Rafała Trzaskowskiego do rozstrzygającej tury 12 lipca okazały się zgodne z sondażami. Natychmiast rozpoczęło się zagospodarowywanie głosów, które 28 czerwca zdobyli kandydaci wyeliminowani. Na analizę tego zjawiska przyjdzie jeszcze czas.

Zobacz więcej

Andrzej Hulimka

Tytuł nawiązuje do poziomu wiarygodności tych bardzo nietypowych wyborów. W niedzielę enty raz na macierzystym osiedlu przewodniczyłem obwodowej komisji wyborczej. Wymogi antyepidemiczne stworzyły nieznane wcześniej problemy, ale udało się je ogarnąć. Znając procedurę od podszewki nagłaśniam natomiast tezę postawioną w tytule. Miarą odpowiedzialności społeczeństwa była okoliczność, że tryb korespondencyjny zainteresował w kraju jedynie 185 tys. wyborców, czyli zaledwie 0,6 proc. Inaczej za granicą, tam pocztowo głosowało 90 proc. zarejestrowanych, bo inaczej nie mogli. Przyjęty specustawą tryb miał kilka ułomności. Niezależnie od tego, którą ścieżkę przekazania koperty do komisji głosujący zdalnie wybrał — przez skrzynkę pocztową, urząd gminy/miasta lub zaniesienie do lokalu przez jakąś bliską osobę — to nie mógł być stuprocentowo pewny, że jego karta w ogóle wpadła do urny! Wrzucający osobiście takich wątpliwości rzecz jasna nie mieli. Dla wyborcy zdalnego jedyną możliwością upewnienia się było zatelefonowanie do konkretnej komisji pod koniec głosowania. Po godz. 21 spisy i wszelkie ślady zostały zaplombowane praktycznie na zawsze. Notabene nie mogła być pewna także symboliczna babcia powierzająca kopertę uczynnemu wnuczkowi, ponieważ zaklejony głos łatwo dawał się pod światło odczytać! Realistyczna stała się mutacja dawnego hasła „zabierz babci dowód”…

Głosy korespondencyjne miały jeszcze jedną ciemną stronę, szczególnie z punktu widzenia komisji. Otóż ponad tydzień przed wyborami ostemplowaliśmy karty ekspediowane do wyborców oryginalną pieczątką komisji, która stanowi jedyne zabezpieczenie wiarygodności wyników w obwodzie. Karty gdzieś tam przebywały wiele dni, było wiele czasu na wykonanie kopii nie do odróżnienia od oryginału w warunkach pracy komisji. Gdyby ktoś chciał zrobić taki kawał i przy okazji własnego obytu w lokalu dorzucić kilkanaście fałszywek do urny — mimo jej przejrzystości byłoby to możliwe — komisja obwodowa miałaby gigantyczny problem. Skutkiem byłoby co najmniej dłuższe wstrzymanie sporządzania protokołu, albo wręcz jego zablokowanie. Tymczasem bez choćby jednego protokołu z krajowego obwodu nie może sporządzić zbiorczego komisja okręgowa, co dalej blokuje wyniki ogólnopolskie. Na szczęście nie słychać, by mój czarny scenariusz gdzieś się spełnił, ale był całkowicie wykonalny — stąd wniosek zapisany w tytule. I teraz sobie wyobraźmy, jaka byłaby wiarygodność wyborów, gdyby ziściła się hucpa przymusu kopertowego forsowana przez władców kraju na 10 maja…

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane