Ostatnie dwa dni na rynku walutowym dały cień nadziei tym, którzy z niecierpliwością oczekują końca złej passy złotego. Notowania euro ustabilizowały się przy 4,33 zł, po ustanowieniu w ubiegły piątek rekordu 4,4650 zł. Dolar staniał od tego czasu o ponad 23 grosze, do 3,26 zł. Rynki wciąż jednak pozostają rozchwiane, co sprawia, że optymiści nie powinni oczekiwać zbyt wiele.
Lepszy klimat wokół złotego to rezultat spadku globalnej awersji do ryzyka za sprawą oczekiwań wdrożenia kolejnego planu wspierającego amerykańską gospodarkę. Sceptycy twierdzą, że to kolejne 800 miliardów dolarów, które może zostać zmarnowane i nie uchroni USA przed długą recesją. Zwolennicy takich działań, zapatrzeni w moc Baracka Obamy, odeprą te zarzuty, przywołując pamiętny New Deal prezydenta Roosevelta. Niestety, bardziej realne mogą okazać się te pierwsze opinie.
Odgórne działania nie zmienią naturalnych torów, którymi podąża gospodarka. Podobnie ma się rzecz z powołaniem tzw. złego banku, który miałby zebrać z rynku nic niewarte kredyty oparte na hipotekach czy zwiększoną aktywnością Fed na rynku obligacji. W pierwszym przypadku sankcjonuje się tzw. nierozważne podejmowanie ryzyka. W drugim rozpoczyna się proces psucia pieniądza. Niemniej te ostatnie kwestie już niedługo zaważą na kondycji dolara, co akurat może pomóc złotemu.
W krótkim okresie nie ma jednak co liczyć na to, że notowania euro spadną chociażby w okolice 4,10 zł, a dolara do 3,10 zł. Dzisiejszy umiarkowany optymizm szybko może przerodzić się w kolejne rozczarowanie. W piątek czeka nas publikacja kluczowych danych — dynamiki PKB w USA z IV kwartału. W weekend dowiemy się, jak polski rząd zamierza zaoszczędzić 17 mld zł w tegorocznym budżecie. Skutek? 4,50 zł za euro w pierwszych dniach lutego wciąż pozostaje realne.
Marek Rogalski